Novak Djokovic of Serbia and Roger Federer of Switzerland leave the court after the men s singles fiKrok po kroku zbliżamy się do trzeciej najważniejszej imprezy tenisowego sezonu. W piątek nad Tamizą emocje wywołało losowanie obu singlowych drabinek. Na pierwszy rzut oka Wimbledon pod tym względem nie różni się specjalnie od innych turniejów wielkiego szlema. Wiadomo, że  zainteresowanych tym sportem zawsze zaciekawi – nawet w dniu tak wyjątkowym, jak ogłoszenie „Brexitu” – gdzie tym razem wpisane zostały nazwiska faworytów, które pary I rundy zapowiadają atrakcje, czy jakiego układu gier spodziewać się w drugim tygodniu. Oprócz takich zapładniających kibiców drabinkowych rozważań, ceremonia przy Church Road dostarczyła wszakże coś jeszcze. Dla bywalców akurat żadne to zaskoczenie, debiutanci mogli jednak odnieść wrażenie, że czas się im nagle zatrzymał.

Ta sama co zwykle ciasna sala konferencyjna, ozdobiona charakterystycznymi emblematami. Na podium w roli głównej staje sędzia naczelny, Andrew Jarrett plus trójka jego pomocników. Na stole mają kilka zestawów żetonów, elegancki atłasowy mieszek kojarzący się z kasynem, dodatkowo zaś sprzęt elektroniczny. Wszystkie podstawowe operacje wykonane zostaną przez nich ręcznie. Mistrz ceremonii najpierw pożongluje żetonami, potem wrzuci je partiami do woreczka. A te wyciągane pojedynczo przez pomocnika przyporządkuje do nazwiska i do linii, na jaką za chwilę trzeba je będzie wpisać. Ekipa jest nieźle zorganizowana i działa sprawnie. Obecni na sali ludzie mediów co chwila widzą na ekranie dwie sylwetki, jakie właśnie utworzyły turniejową parę. Jednocześnie na innym ekranie, z boku sali, komputer wyświetla im całą drabinkę i non-stop pokazuje jej powolne zapełnianie. Obecni kręcą głowami z lewa na prawo i w drugą stronę, całkiem jakby oglądali na korcie długą wymianę. Starannie notują, bo ceremonię relacjonuje jedynie telewizja wewnętrzna, poza kortami niedostępna. W świat idzie wyłącznie przekaz radiowy. Kibice odbierający sygnał poprzez internet słyszą wyraźny i spokojny głos Jarretta, od czasu do czasu uzupełnienie ze strony trójki ekspertów. Dopiero pół godziny po zakończeniu losowania obie drabinki, już w dobrze znanej wersji elektronicznej, starannie skontrolowane, zjawią się na oficjalnej stronie turnieju. I dopiero wtedy każdy, kto nie słuchał wimbledońskiego radia, będzie miał szansę poznać wyniki.

Osoby, które widziały jak podobne operacje przeprowadzane są w Melbourne, Paryżu, a zwłaszcza w Nowym Jorku, mogą być zaskoczone. We wspomnianych imprezach w roli głównej występuje przecież komputer. Naciśnięcie klawisza uruchamia tam specjalny program, w ułamku sekundy 94 nazwiska, metodą na chybił-trafił, trafiają na wszystkie linie, oprócz tych dla 32 rozstawionych. Uzupełnienie drabinki o tę grupę następuje już tradycyjnie. W sumie cała taka operacja w Australii, we Francji i w Stanach trwa błyskawicznie. Zarazem chyba brak jej kolorytu i osobliwego klimatu niespodzianki, niezawodnie dostarczanego przez Wimbledon. To mniej więcej taka różnica, jaką mamy przy czytaniu książki albo gazety w wersji papierowej oraz elektronicznej. Młodsi powiedzą, że tam żadnej różnicy nie ma, albo że dzięki komputerowi jest szybciej i wygodniej. Starszym nic nie zastąpi papieru trzymanego w dłoniach, a ich mózg, jak się okazuje, dużo lepiej pamięta akurat tego typu doznania.

Uczestników wimbledońskich eliminacji, rozgrywanych tradycyjnie na obskurnym i pozbawionym jakichkolwiek wygód obiekcie w Roehampton, zaskoczyły w tym roku przemysłowe kamery, jakie zainstalowano na kortach. Wchodzącym prześwietlano bagaże, trzeba było też podać kontrolerom swoje dane identyfikacyjne, adres zamieszkania i zdeponować na bramce posiadane większe sumy pieniędzy. Okazuje się, że władze Wimbledonu postanowiły odtąd ogniem i żelazem wypalać dwie plagi współczesnego tenisa: ustawianie wyników pod zakłady bukmacherskie i doping. Przypadek Marii Szarapowej był jak smagnięcie batem więc wynajęto armię analityków i detektywów. Władze All England Clubu zapowiedziały swoje własne kontrole, niezależne od tego, co tradycyjnie robią agendy ITF-u. „Przejście I rundy eliminacji warte jest 7,5 tys. funtów, a 30 tys. funtów dostaną ci, którzy wygrają trzy mecze. Tą są spore kwoty i ogromna pokusa. My jesteśmy zdeterminowani, aby walczyć o czystość tej rywalizacji i o zdrowie grających” – wyjaśnił rzecznik turnieju.

Wimbledon chlubił się przez lata, że w obrazie publicznym jest turniejem aż do przesady wypranym z komercji. Czasem trzeba było dobrej lupy, aby dostrzec biznesowych partnerów imprezy: zegary dostarczone przez Rolex, stroje sędziów uszyte u Ralpha Laurena, czy piłki Slazengera. Ostatnio coś lekko drgnęło w tej przestrzeni. W styczniu tego roku wynajęto agencję marketingową McCann. Postawiono jej zadanie wypracowania zrozumiałej na świecie marki turnieju. Specjaliści z firmy najpierw odrzucili, wymyślone w roku 1980 przez szefa klubu, pana Johna Curry, hasło: „Tenis w angielskim ogrodzie”. Badania pokazały, że slogan ten na rynku nic nie znaczy. Na trzy lata próby przyjęto hasło nowe „W pogoni za wielkością” (In pursuit of greatness). Zaczęła się wielka operacja przybliżania turnieju Amerykanom, zwłaszcza zaś Azjatom. W Chinach Wimbledon kojarzy się ludziom inaczej, w Indiach myślenie o tym wydarzeniu nie jest takie samo. Ponieważ odbiorcy w skali światowej szacowani są w miliardach, a przez media społecznościowe oddziaływać można na gigantyczne audytoria, grać trzeba teraz na różnych instrumentach i na wiele sposobów. To dlatego tuż obok kortu nr 12 zjawił się nagle spory billboard, przypominający o podstawowych wartościach imprezy, a w Stanach wybrani celebryci, którzy będą sprytnie ćwierkać o Wimbledonie dostaną za to po cichu spore finansowe premie. Z puntu widzenia marketingowego wyselekcjonowano kraje szczególnie istotne i dla każdego powstała inna strategia. Szefowie All England Clubu pamiętają, że  najważniejszy wciąż jest dla nich tenis i wyniki z kortu, za kulisami jednak coraz głośniej mówią o tym, że Wimbledon ma się stać niebawem taką marką jak…Super Bowl.

W tym roku jedna  rewolucyjnych zmian dotyczy rynku telewizyjnego. Na wyspach po raz drugi (w latach 60-tych ITV) imprezę pokazywać będzie nie tylko BBC, ale i brytyjski Eurosport Discovery. Londyńskie gazety donoszą, że Wimbledon pojawi się też w Eurosporcie belgijskim, rosyjskim i ukraińskim. Jeśli chodzi o pozostałe kraje ponoć dopinane są ostatnie szczegóły umowy Discovery Network z władzami klubu i agencją Ofcom. Wiadomo na pewno, że w 2027 turniej będzie miał swoje 150-te urodziny. Swoją drogą ciekawe, co wtedy zostanie ze słynnej wimbledońskiej tradycji i jakie jeszcze bariery do tego czasu padną. Wokół wszystko się nam bez przerwy w szalonym tempie zmienia, a do schematu nie pasują tylko ci dziwni Anglicy ze swą trawą i regułami sprzed ponad wieku.

Karol Stopa