Byli ze sobą nieco ponad dwa lata. Ich współpraca zaowocowała zwycięstwem w dwóch imprezach wielkoszlemowych i złotym medalem olimpijskim. Gdy zaczynali, tuż przed Australian Open 2012, w jednym z wywiadów Andy Murray wyraził nadzieję, że Ivan Lendl będzie mu odtąd towarzyszył  „przez resztę jego kariery”. A przy rozstaniu, w marcu 2014, że tylko zawieszają tę kooperację i to „jedynie na pewien czas”. Gdy ostatnio gruchnęła wieść, że znów połączyli siły i stworzyli kolejny raz ekipę, wicelider list światowych okazał się w prognozach dużo ostrożniejszy. „Mam nadzieję, że będziemy pracować długo” – oświadczył tuż po ogłoszeniu decyzji.

Szkot jest ogromnie utalentowanym i zarazem bardzo trudnym do prowadzenia tenisistą. W trakcie 11 lat zawodowej kariery korzystał z usług aż 10 różnych coachów. Przy próbie liczenia wszystkich  jego trenerów, sparringpartnerów czy współpracowników można się pogubić. W zawodowym cyklu czasem trudno się dziś zorientować, kim tak naprawdę jest współczesny coach. Bo przecież z jednej strony oglądamy w tej roli osoby gotowe torbę nosić za zawodnikami, byle tylko móc potem stanąć w świetle kamer telewizyjnych, a z drugiej ludzi potrafiących rozsądnie grę zanalizować i szybko coś doradzić swym podopiecznym. Nie tak znów odległe są czasy, gdy instytucji coacha w tenisie nie mieliśmy wcale, bądź osoba pełniąca taką funkcję nie rzucała się w oczy. Dziś na posterunku stoi dowódca, a tuż za nim dość liczna ekipa, rozkładająca na czynniki pierwsze niemal każdy detal dotyczący techniki, taktyki czy formy fizycznej gracza. Kluczem jest tam jednak zawsze osobowość zawodnika oraz jego charakter. Tacy jak np. Rafael Nadal poszukiwań innego głównego trenera nie biorą pod uwagę i wiadomo, że aż do emerytury stryj Toni robotę ma u bratanka gwarantowaną. Inni, jak np. Roger Federer, do zmian podchodzą rozsądnie, modyfikacje w sztabie przeprowadzają etapami, co pewien czas i przeważnie w konkretnym celu. Niestety, są też i tacy, którzy wnioski personalne wyciągają po każdym przegranym meczu, jak w futbolowej lidze. Naturalnie przy takiej karuzeli trenerskiej rzadko da się mówić o jakichkolwiek pozytywach.

Angażując Ivana Lendla cztery lata temu na swego tenisowego przewodnika Andy Murray sprawił, że w środowisku doszło do małej rewolucji, jeśli chodzi o warsztat trenerski. Wykreowana została wtedy postać super-coacha. Idzie tu o kogoś, kto przed laty był wielkim mistrzem, albo wybitną postacią dyscypliny, a teraz został odkurzony i za wielkie pieniądze doraźnie zatrudniony np. jako doradca na jedną konkretną imprezę, na stałe jako drugi trener, albo też w roli trenera głównego, jednak z jasno określoną w umowie liczbą tygodni, przez jakie układ ten ma obowiązywać. Boris Becker udanie funkcjonujący w ekipie Novaka Djokovicia, Stefan Edberg, a dziś Ivan Ljubicic w teamie Rogera Federera, Magnus Norman triumfujący ze Stanem Wawrinką, Michael Chang u boku Kei Nishikoriego, Goran Ivanisevic poprawiający Marina Cilica, John McEnroe oraz Carlos Moya pochylający się nad grą Milosa Raonica, Joakim Nystroem z Dominikiem Thiemem to przykłady takich super podpowiadaczy z ostatnich kilku lat. Murray z Lendlem przetarli szlak, dziś już wiemy ilu naśladowców znalazł ten pomysł.

Powrót Szkota do kooperacji z człowiekiem o „twarzy przypominającej stary kamień” (old stone face) być może otworzy teraz tenisowym szkoleniowcom nową, mniej im dotąd znaną perspektywę. Chodzi przecież o wejście po raz drugi do tej samej rzeki, manewr, jaki na gruncie sportowym słabo się w przeszłości sprawdzał. Ludzie z obozu Andy’ego podkreślali, że pierwszy etap współpracy tej pary, choć kilka razy coś zgrzytało, był w sumie poprawny, a rozstanie miało charakter polubowny. Jak napisał na łamach „The Guardian” dobrze zorientowany Kevin Mitchell to akurat Lendl okazał się wtedy osobą podejmującą decyzję. Dało o sobie znać zmęczenie podróżami, dwie z jego pięciu córek zaczęły uzyskiwać świetne wyniki w golfie, a on znalazł dużo lepsze miejsce niż kort, aby podreperować dolny odcinek pleców. Zdaniem świadków to Murray mocniej przeżył rozstanie, lecz po kilku miesiącach górę wziął pragmatyzm Szkota i zaczęła się jego szeroko opisywana przygoda z Amelie Mauresmo. Doszli razem do miejsca nr 2 na świecie i dwóch finałów  wielkoszlemowych, jednocześnie nie osiągając ani razu celu głównego. Gdy ona zadeklarowała, że „szkoleniowo więcej już nie może zaoferować” pomysł powrotu do coacha, któremu zawdzięczał główne sukcesy od razu wydał się jedynym rozwiązaniem. Zwłaszcza, że mieli po drodze kilka długich telefonicznych konwersacji, zaś Andy za każdym razem odnosił wrażenie, że dla partnera nie jest to raz na zawsze zamknięty rozdział.

Po Roland Garros sprawy potoczyły się szybko. Matt Gentry, biznesowy partner Murraya, spotkał się z Jerry Solomonem, menadżerem Ivana. Potem oni odbyli długą, nocną rozmowę telefoniczną. Lendl zapowiedział, że musi się przespać z tym pomysłem. Następnie zadzwonił do znanych mu członków ekipy i dokładnie wybadał sytuację. Pytał głównie o wytrenowanie Andy’ego i jego stan zdrowia. Na drugi dzień wysłał wiadomość, że chce tej roboty. Umówili się na 18 do 20 tygodni rocznie, a więc połowę tego, co robili wcześniej. „To będzie działać? Prawdopodobnie. Czy znów skończy się łzami? Całkiem możliwe” – pisze o tym nowym rozdaniu Kevin Mitchell. Na turnieju w Queens Clubie Lendl najpierw mówił, jak go zirytowało upublicznienie paru szczegółów kontraktu. Ale zaraz potem dodał, że ta obecna umowa ma jeden, konkretny cel. Chodzi o pokonanie Novaka Djokovicia i zatrzymanie go w drodze do klasycznego, a może nawet i złotego wielkiego szlema. Ivan podziwia Serba, bo uważa, że tylko ludzie fenomenalni są dziś w stanie wygrać po kolei cztery najważniejsze imprezy. Do niedawna sądził, że taki wyczyn w męskim tenisie jest już po prostu niemożliwy. Teraz zobaczył, że jest jednak ktoś, kto może to zadanie wykonać. Przyjął szkoleniowe wyzwanie, bo chce raz jeszcze odcisnąć swój ślad w historii dyscypliny i przy pomocy Murraya zrujnować plany jego wielkiego rywala. Po korekcie wszczepionych w biodro implantów czuje się teraz dużo lepiej, wreszcie śpi w nocy i nie obawia długich podróży samolotem. Wróciła werwa i wielka ochota do pracy.

Super-coach Ivan Lendl błyskawicznie zameldował się w Londynie i natychmiast rozpoczął swoją działalność. Czas pokaże, czy wzorem programów komputerowych ta jego nowa wersja 2.0 faktycznie okaże się modelem znacznie ulepszonym i czy będzie to miało znów przełożenie na wyniki, uzyskiwane przez Szkota. Pierwszy poważny test już niebawem, podczas Wimbledonu 2016.