EstorilNa mapie zawodowych rozgrywek to jeden mały punkt. Młodsze pokolenie kibiców, coraz częściej przesycone i znudzone nadmiarem ofert, jakie oferuje im co tydzień szklany ekran, oceni pewnie, że szkoda czasu. Patrząc chłodnym okiem nie jest to impreza pierwszoplanowa, a na drodze, jaka o tej porze roku prowadzi na Roland Garros, trafiają się przystanki większe i przyciągające lepsze nazwiska. Na światowych kortach coraz częściej potrzebny jest dziś wybór. Wielka forsa i szpan stają po jednej, sentymenty i tradycje po drugiej stronie. Gdzieś pomiędzy powinny być jeszcze duże sportowe emocje i poziom, choć z tym akurat różnie bywa. Wszystkiego widać w życiu mieć nie można…

Nie taiłem nigdy życzliwości do tenisowych mistrzostw Portugalii. Kwiecień na odkrytych kortach ziemnych w Europie to przecież taki piękny czas wybudzania po zimie. Na półwyspie Iberyjskim mają wtedy prawie tak ciepło, jak u nas latem. Nic tylko brać rakietę do ręki i ślizgać po świeżo wysypanej ceglanej mączce. Inny, ważny powód, to tradycja zbudowana przez moją stację. Pewnie mało osób o tym pamięta, lecz to właśnie od turnieju w Estoril, dokładnie 10 kwietnia 1996 roku, rozpoczęła się polska przygoda Eurosportu. Równo 20 lat temu Witek Domański i nieżyjący już niestety Adam Choynowski w piwnicach starej siedziby Canal Plus przy ul. Kawalerii, tuż obok Kanału Piaseczyńskiego, tam gdzie wcześniej była wietnamska ambasada, skomentowali pierwszy zagraniczny przekaz tenisowy. Dziś podczas jubileuszowych transmisji patrzę na nasz nowoczesny sprzęt, wygodne kabiny, luksusową siedzibę, na kilku wciąż tych samych techników ze skroniami, przyprószonymi lekką siwizną, na kolegów dziennikarzy wreszcie, też już naznaczonych piętnem czasu. Jednej ręki wystarczy do zliczenia osób pamiętających te przaśne początki, zwłaszcza zaś słynne przepierzenie, przysłonięte najpierw tylko kocem, za który trzeba było zgrabnie wskoczyć, by móc zasiąść przed mikrofonem.

Jedną z bardziej zabawnych okoliczności portugalskich mistrzostw tenisowych jest lokalizacja tej imprezy. Od sukcesu Austriaka Thomasa Mustera w roku 1996 przez dokładnie 19 lat nadawaliśmy relacje, przekonani święcie, że non-stop przebywamy w Estoril, na co zresztą wskazywała oficjalna nazwa turnieju. Tymczasem od roku 1990 aż do 2014 gościny użyczało kilka razy większe Oeiras, a jeszcze precyzyjniej, wioska Jamor. Tamtejsze Complexo de Tenis do Estadio Nacional to fragment gigantycznej sportowej całości. Lokalni kibice kojarzą zwłaszcza stadion piłkarski, gdzie grywała reprezentacja, występował słynny Eusebio, a w 1967 odbył się finał Klubowego Pucharu Europy z udziałem Celticu oraz Interu. Większość obiektów zaczęto budować jeszcze przed wojną, stąd ich dość oryginalna architektura. Korty, a zwłaszcza Centralito – podczas turniejów plac drugi co do ważności – to istne cacko. Wpuszczony w ziemię, od góry zamknięty czterema oryginalnymi, niskimi budynkami oraz urokliwymi arkadami, łączącymi wszystko w jedną całość. Miguel Seabra, komentator i ekspert portugalskiego Eurosportu powtarza stale, że to zdecydowanie najpiękniejszy kort, jaki kiedykolwiek spotkał.

Od początku motorem imprezy był pan Joao Lagos. Typ dystyngowanego wilka morskiego, zawsze nienagannie ubrany, wyróżniający się charakterystyczną brodą i siwizną. Dziś dziarski 71-latek, ale kiedyś dwukrotny tenisowy mistrz Portugalii i reprezentant kraju, który zagrał 17 razy w Pucharze Davisa. Sławę uzyskał jednak głównie organizując ważne sportowe imprezy. W 2000 w Lizbonie doprowadził do Masters Cup, gdzie w wielkim stylu wygrał Brazylijczyk Gustavo Kuerten. Golf, żeglarstwo, motocykle, rajdy samochodowe uważano za specjalność jego firmy. W 1998 dołączył do męskiej rywalizacji także turniej WTA. Zazgrzytało, i to ostro, w roku 2013. O swoje prawa upomnieli się wtedy ci autentyczni gospodarze. Awantura o zmianę nazwy oparła się aż o ministra spraw zagranicznych. Stanęło na tym, że światu zostanie przedstawiona lokalizacja prawdziwa, czyli Oeiras, w domyśle Jamor. Mało kto przypuszczał, że wojenka tych urokliwych nadmorskich, miejscowości z przedmieść Lizbony, omal nie skończy się źle dla całego portugalskiego tenisa. Po turnieju w 2014, drugim kolejnym „w Oeiras”, nie jak wcześniej „w Estoril”, Lagos poinformował, że wycofali się jego sponsorzy i kolejnej imprezy nie będzie. W ostatniej chwili do gry wkroczyła wtedy bardzo bogata gmina Cascais i miasto o tej samej nazwie, mekka żeglarzy kręcących się po Atlantyku. Dołączył też bank Millenium i ludzie z dawnej turniejowej ekipy. W odległym o 10 km Estoril, obok hotelu Palacio, znaleziono zaniedbany 14-kortowy obiekt. Po intensywnym remoncie, trwającym od stycznia do marca, udało się doprowadzić do skutku „Millenium Estoril Open 2015”. W finale Francuz Richard Gasquet był lepszy od grającego po raz pierwszy o tytuł ATP młodego Australijczyka, Nicka Kyrgiosa.

W tym roku organizatorzy przygotowali się znacznie lepiej. W świecie marką jest już samo Estoril, kurort wypoczynkowy przypominający trochę nasz Sopot, nazywany „Beverly Hills Lizbony”. Kusi tam słynne kasyno, przyciągają wzrok stare wille z lat międzywojennych, atrakcją jest Autodromo do Estoril, tor Formuły 1, ostatnio używany raczej jako motocyklowy. Jeśli idzie o tenis wszystkie oczy zwrócone są w stronę Joao Sousy. 27-latek trenujący na co dzień w Barcelonie od trzech lat ma mocną pozycję w pierwszej 50-tce ATP, lecz słabo występował dotąd na rodzimych kortach. Raz się zdarzyło, w 2010, że gracz z Portugalii, Frederico Gil, wystąpił w finale otwartych mistrzostw kraju. Powtórka tej sytuacji byłaby teraz czymś nadzwyczaj pożądanym. Szczególnie, że impreza pisze właśnie na nowo swoją historię. Tamte turnieje sprzed lat, gdyby nie komputerowe statystyki, obecni włodarze najchętniej wytarliby gumką myszką. Nie chcą ich wspominać jak my, w polskim Eurosporcie.

Karol Stopa