Foto Paula Kania POL Tennis French Open in Paris Mi 27 05 2015Niespodziewanie opuściły ekstraklasę Rosjanki i Włoszki, druga i trzecia reprezentacja z rankingu ITF. Francuzki, po 11 latach oczekiwania, awansowały w końcu do finału. Mecz w Trelaze będzie się im chyba śnił po nocach, bo przecież sześciu piłek brakowało w deblu do sensacyjnej wygranej pozbawionym gwiazd Holenderkom.

Dramat przeżyły Szwajcarki. W Lucernie nie wystąpiła kontuzjowana Bencic, zgubiła formę Bacinszky, a Hingis nie umiała błysnąć w grze podwójnej. Gwiazdą ekipy okazała się rezerwowa, tenisistka z drugiej setki, Viktorija Golubic. Helweci śnili o powtórce z Pucharu Davisa 2014, jednak to Czeszki, choć bez Kvitovej i Safarovej, znów okazały się lepsze. W listopadzie dziewczyny Petra Pali zagrają o główne trofeum po raz piąty w ostatnich sześciu latach. W sumie to już o jubileuszowy, 10-ty tytuł. Patrząc na przebieg i wyniki półfinałów Grupy Światowej, także na wszystkie play-offy, można się złapać za głowę. Jest jakaś tajemnicza magia w tych potyczkach Pucharu Federacji, albo też hierarchia w kobiecym tenisie, co pokazały tegoroczne turnieje WTA, zaczyna pękać z wielkim hukiem. Bardzo możliwe, że dzieje się akurat i jedno, i drugie…

Do długiej listy drużynowych zaskoczeń oraz rozczarowań dopisać musimy również wydarzenia z kameralnej hali w Inowrocławiu. Polska, sklasyfikowana na miejscu nr 15 ITF przegrała tam 1:4 z Tajwanem, zespołem nr 27. Obie ekipy wystąpiły mocno osłabione. U nas nie było kontuzjowanych sióstr Radwańskich i Magdy Linetty, u nich sprytnej Su-Wei Hsieh oraz groźnych deblistek, sióstr Chan. Ktoś ładnie to spuentował: „trzeci skład biało-czerwonych nie dał rady drugiej ekipie gości”. Stawką pojedynku była niby światowa druga liga, lecz akcje na korcie jakoś na to nie wskazywały. Prawda jest taka, że dziś to już nawet tenisowi amatorzy prezentują wyższy poziom. Tajwanki w pierwszym składzie poradziły sobie wcześniej z zawsze groźnymi Chinkami. W układzie, jaki zaprezentowały podczas tego weekendu to nic więcej, jak trzecia liga. U Polek identycznie. Z Agnieszką Radwańską w formie realna staje się pierwsza ósemka. Bez Agnieszki to tylko kocioł w izraelskim Ejlat, gdzie na zupełnie innych zasadach kilkanaście ekip bije się przez tydzień o wyjście ze Strefy Euro-Afrykańskiej.

W naszym zespole fatalne wrażenie zrobił występ przymusowej liderki, Pauli Kani. 23-letnia sosnowiczanka od dwóch lat ociera się o turnieje WTA i pierwszą setkę rankingu, a z roku 2014 kibice zapamiętali jej brawurowy początek z Li Na w I rundzie Wimbledonu. W Inowrocławiu jako ta najwyżej sklasyfikowana tenisistka imprezy niestety nie zdała egzaminu. Pokazała owszem parę dość dobrych pojedynczych akcji, ale też psychikę rozhisteryzowanej debiutantki, brak dyscypliny taktycznej i do tego, wyławiane co parę minut przez telewizyjną kamerę, wulgaryzmy. Ordynarnie klnąca młoda, ładna dziewczyna to widok paskudny. Na dodatek w ekipie nie znalazł się nikt, kto by jej zwrócił uwagę, że przecież prezentuje się publicznie, w swoim kraju, gdzie ludzie od razu wiedzą, co mruczy pod nosem. Tenis zawodowy to sport, gdzie wizerunek złych chłopaków, albo złych dziewczyn można dziś sprzedać pod jednym warunkiem: robiących wrażenie wyników. Od lat zapomina o tym wielu początkujących, a zwłaszcza ich opiekunowie. Na naszych dziecięcych turniejach strach czasem przejść obok kortu. Oficjele udają, że nic nie słyszą..

Jedyny punkt dla naszej drużyny i spore szanse na drugi miała 18-letnia debiutantka, Magda Fręch. Występ tej dziewczyny, balansującej na razie między czwartą a piątą setką, śmiało można uznać za  odkrycie nieudanego dla nas spotkania. Łodzianka urodą trochę przypomina Carolinę Woźniacką. Szkoda, że chwilowo jeszcze nie na korcie, zwłaszcza w akcjach defensywnych, gdzie ważne jest poruszanie, zwrotność, a tak generalnie kondycja. Dla równowagi Polka ma talent do atakowania, nie boi się odbić kończących, a jej ambicja i psychika to coś, co w grze pomaga, nie szkodzi. Bez dwóch zdań perspektywiczna i poza kortem wyjątkowo sympatyczna postać, ktoś zasługujący na staranną opiekę. W tegorocznym Katowice Open, jedynej naszej imprezie WTA, teoretycznie niby organizowanej dla takich jak ona, Polka nie dostała specjalnej przepustki. Miała ją w katowickich eliminacjach w 2013 i potem przez dwa lata z rzędu do turnieju głównego, za każdym jednak razem z zerowym efektem. To pokazuje jak zmienny przebieg miewają te młodzieńcze kariery i zarazem jak bardzo brak tam nieraz mądrego ich pilotowania na poziomie najpierw rodziny, potem klubu, a wreszcie federacji. Wszyscy wiedzą, że im wyżej tym trudniej i potrzeba więcej pieniędzy. Niestety w polskich strukturach tenisowych im wyżej z tym większymi ignorantami ma się do czynienia. I to głównie dlatego przepada u nas aż tak wielu tych, co to się kiedyś dobrze zapowiadali.

Porażka w Inowrocławiu może mieć poważne konsekwencje. Wystarczy, że Agnieszka Radwańska uzna, że w wieku 31 lat nie będzie jej interesować występ w tokijskich igrzyskach olimpijskich. Polka wszystkie swoje zobowiązania wobec reprezentacji, wynikające jeszcze ze starej umowy z Prokomem, wypełniła dawno temu i to na 300%. Teraz ma pełne prawo myśleć najpierw o swojej własnej karierze, a dopiero jak zdrowie pozwoli o ciągnięciu wózka dla innych. Fakty są takie, że to ona po trzech sezonach w III lidze osobiście wyprowadziła reprezentację na poziom światowej elity. Wygrała właściwie sama najpierw z Belgią, potem ze Szwecją, w końcu w Barcelonie z Hiszpanią w kwietniu 2014. Pojawił się wtedy stan euforii i przekonanie, że tak będzie zawsze. Pisałem równo dwa lata temu („Grupa w grupie”) o potrzebie rezerw: „Siostra Agnieszki i większość koleżanek to osoby młodsze, albo w wieku zbliżonym. Niemal każda z nich ma szansę poprawić przez rok swą skuteczność, uzyskać awans w rankingu. Wydaje się to dziś ze wszech miar pożądane, bo na aż tak wysokim poziomie rozgrywek, przy całej sympatii dla naszej liderki, wygrywanie w pojedynkę kolejnych spotkań będzie już dla niej bardzo trudne. Może się nawet okazać niewykonalne”. Słaba forma Agnieszki w pierwszej połowie 2015 i mleko się jednak wylało. Z Rosją w Krakowie 0-4, ze Szwajcarią w Zielonej Górze 2-3, w tym roku już bez niej na Hawajach z USA 0-4 i teraz curiosum z Tajwanem 1-4. Przy okazji, między bajki można włożyć opinie o skuteczności polskich deblistek, a nad stanem całego polskiego tenisa należy się teraz pochylić i zapłakać.

W połowie września dowiemy się, co dalej z męską reprezentacją. Obie polskie drużyny narodowe zbudowane są na podobnej zasadzie. Mocna liderka, względnie lider, plus ci, którzy mają całą ekipę wspomagać. Hiobowe wieści na temat stanu zdrowia Jerzego Janowicza, zerowa aktywność innych  kandydatów do singla plus niepewność, czy Polacy zostaną rozstawieni przy losowaniu play-offu może nas, niestety, doprowadzić do sytuacji, gdy i u panów trzeba się będzie pożegnać z wyśnioną Grupą Światową Pucharu Davisa. Smutne dla garstki wiernych kibiców, których mamy aż tylu, że ostatnio nie byli w stanie zapełnić półtoratysięcznej widowni. Kłopotliwe też dla rodzimej federacji, która jest przecież w tenisie głównym beneficjentem rozgrywek o drużynowe mistrzostwo świata. Mecz w Krakowie z Rosją i pełne trybuny 15-tysięcznego giganta spowodowały, że chyba po raz pierwszy w historii z kasy PZT zaczęło się przelewać. Fantastyczna okazja do wzajemnych kłótni i spektakularnych afer. Spokój wróci pewnie, jak tylko sejf opustoszeje. Jeśli chodzi o polski tenis to na poziomie drużynówek właśnie powoli zaczął tonąć. Idzie na dno niczym Titanic, bo na pokładzie załoga robi dobrą minę do złej sytuacji, a i orkiestra pewnie będzie grać aż do końca. Na poprawę jest szansa, lecz nie zaraz. Muszą dorosnąć i nie zniechęcić się tym, co widzą wokół choćby takie postacie jak np. Magda Fręch czy Hubert Hurkacz…

Karol Stopa