Novak Djokovic Ser def Milos Raonic Can TENNIS Indian Wells 2016 20 03 2016 TennisMagazine PTo był z kilku przynajmniej powodów wyjątkowo oczekiwany mecz. W IV rundzie prestiżowego Miami Open na korcie centralnym Crandon Park zameldowali się dwaj najskuteczniejsi tenisiści sezonu 2016. Novak Djokovic to pięciokrotny mistrz imprezy, lider chyba wszelkich możliwych klasyfikacji, zwycięzca tegorocznego Australian Open i Indian Wells, ale przede wszystkim ktoś, kto zdaje się nie mieć w rozgrywkach zbyt poważnej konkurencji. Wyszedł mu naprzeciw Dominic Thiem, niekwestionowany król tegorocznego cyklu na cegle w Ameryce Południowej, czwarty dziś gracz punktacji The Race. Jakby nie patrzeć typowa konfrontacja pokoleniowa. Serb na półmetku Roland Garros będzie świętował swoje już 29-te urodziny, Austriak to nowa generacja, 22-latek.

Pojedynek był dziwnym spektaklem. Podobnie jak dwa lata temu w Szanghaju rozegrali dwa tylko sety, a Serb kolejny raz zwyciężył 63 64. Jednocześnie na suchym wyniku wszelkie podobieństwa obu spotkań się kończą. W Azji Novak szybko zdobywał przełamania i w obu setach kontrolował potem sytuację aż do końca. W Key Biscane niby do tych pierwszych breaków dochodziło niemal od razu, potem jednak aż do ostatniej piłki trwała mordercza walka, zaś sytuacja kilka razy ulegała zmianie. Coraz dłuższe gemy podnosiły temperaturę i rozgrzewały publiczność do białości. Przez blisko dwie godziny ludzie oglądali całe serie wyjątkowo ciężkich, szybkich uderzeń, przeplatanych posępnymi jękami obu zawodników. Gdyby ktoś przechodził obok stadionu i nie wiedział, co się na nim dzieje, mógłby przypuszczać, że straszną walkę o życie toczą jacyś współcześni gladiatorzy…

W tej rywalizacji sporo rzeczy wyglądało nie tak, jak można  się było spodziewać. Thiem słynie ze swych miażdżących, kończących wymiany uderzeń. Tym razem jednak żelazna defensywa rywala sprawiała, że wracało na jego stronę niemal wszystko, a zdesperowany Austriak wielokrotnie gubił wtedy proporcje i wyrzucał na aut nawet relatywnie łatwe piłki. Ta sama historia miała miejsce przy returnach Novaka. Niesamowity kick-serwis Dominica bardzo często nie dawał mu spodziewanego efektu, zaś poprawianie siły i szybkości podania kończyło się podwójnymi błędami. Po stronie Djokovicia nie za dobrze wyglądały wszystkie wypady w stronę siatki, a woleje i smecze śmieszyły raczej widzów niż wywoływały podziw. Serwis Serba, generalnie wyjątkowo skuteczny przy kilku przewagach rywala, w rozrachunku globalnym też nie wypadł najlepiej.

Nie ulega wątpliwości, że rozstrzygnęła w tym meczu umiejętność rozegrania kilku piłek ważnych. Prawda to bardzo stara, lecz wciąż jak się okazuje aktualna. Na korcie zawsze jest kilka momentów szczególnych, wręcz kluczowych. To wtedy się okazuje, na ile już jesteś mocny i to wtedy zwykle zapada rozstrzygnięcie. Po raz nie wiadomo który Novak pokazał jak wielkim potrafi być mistrzem takich sytuacji i jak umie być skuteczny, kiedy jest to najbardziej potrzebne. Trybuny sprzyjały wyraźnie temu młodszemu więc Serb znów musiał walczyć nie tylko z przeciwnikiem. Thiem miał w sumie aż 15 okazji, aby rywala przełamać, zrobił to jednak zaledwie raz. W trwającym niemal kwadrans ostatnim gemie wyrównanie kilkakrotnie wydawało się wręcz przesądzone. Serwujący Novak za każdym razem miał jednak inne zdanie w tej sprawie. Widać było, że wręcz emanuje pewnością w tych nerwowych chwilach, co ostatecznie pozwoliło mu raz jeszcze przedłużyć serię swoich sukcesów.

Mecz nie dostarczył ani technicznych perełek, ani szczególnie wyrafinowanych rozegrań, a mimo to ogromnie przypadł do gustu większości patrzących. Tym bardziej zaskakuje nas obraz statystyczny pojedynku. Łącznie aż 13 podwójnych błędów serwisowych, a w przypadku obu graczy ogromna przewaga piłek niepotrzebnie zepsutych nad wygrywanymi, w sumie dokładnie 36 takich sytuacji. „Czy tego rodzaju spotkanie można zaliczyć do tenisowego kanonu? Czy to właśnie jest tenis do obowiązkowego oglądania?” – pyta amerykański publicysta magazynu „The Tennis”, Steve Tignor. Przy próbie sformułowania odpowiedzi kluczowe wydaje się w tym miejscu, na ile skłonni jesteśmy poddać się dyktatowi cyfr i komputerowych opracowań. Dyscyplina od kilku lat wyraźnie grzęźnie w statystykach. Procenty, grafiki, wykresy, wyliczanki i wszystkie te niby uczone porównania zdają się nie mieć końca. Zasypani tym matematycznym szmelcem przestajemy pomału dostrzegać ludzi na korcie, ich wysiłek, walkę, dramaturgię pojedynku. W sumie to, co akurat jest najważniejsze, sól dyscypliny. Przykład spotkania Djokovic – Thiem to chyba kolejny sygnał, że nie należy iść dalej tą drogą. W pierwszym rzędzie trzeba ufać własnym zmysłom, a mniejsze znaczenie przykładać do rozmaitych statystyk. Tym bardziej, że te ostatnie są coraz częściej wątpliwej jakości.

Mecz w Miami to sygnał, że do Djokovicia zbliża się grupa pościgowa nie mająca nic wspólnego z dawną wielką czwórką i przyległościami. Słychać opinie, że w najbliższym czasie właśnie Austriak może się stać najgroźniejszym rywalem Serba. Scenariusz realny, jednak przy kilku dość ważnych poprawkach. Tenis Thiema zrobił się zdecydowanie zbyt energochłonny. To jego operowanie daleko za linią końcową i niewspółmierność wysiłku w stosunku do efektu mocno przypomina poczynania młodego Nadala. Przy słabszym obrońcy po drugiej stronie wszystko wydaje się w porządku. Gdy jednak poziom defensywy wzrasta Austriakowi zaczyna brakować paliwa. Wydaje się, że pilnie potrzebne są tu korekty i jednak skracanie drogi, bo inaczej za dwa lata możemy mieć do czynienia z jeszcze jednym wyeksploatowanym talentem. Tak czy inaczej, już teraz można spokojnie zacierać ręce na ewentualną ważną konfrontację tej pary podczas Roland Garros 2016.

Karol Stopa