Lawina zasłużonych pochwał spłynęła na bohaterki ostatniego czwartkowego ćwierćfinału Qatar Total Open. Mimo fatalnej pory i niemal pustych trybun pojedynek okazał się fascynującym wręcz widowiskiem. Łącznie ponad sto efektownych akcji przy siatce to coś czego nieraz w całej imprezie cyklu nie da się obejrzeć.

Przewaga i to bardzo wyraźna piłek bezpośrednio wygrywanych nad tymi niepotrzebnie zepsutymi też u obu tenisistek robiła wielkie wrażenie. Nie ma cienia wątpliwości, że to Agnieszka Radwańska zbudowała dramaturgię spektaklu i że to ona, dużo lepsza w trzecim secie od dominującej początkowo Roberty Vinci, zaprezentowała więcej spektakularnych zagrań. Atak w odpowiedzi na atak – to był zawsze scenariusz uznawany w pojedynkach pań za rarytas. Stąd nie  powinny dziwić te zachwyty koleżanek z kortu w portalach społecznościowych, różne ochy i achy kibiców czy też ludzi mediów. Zarazem zabrakło tu diagnozy, czy choć próby wyjaśnienia przyczyn zjawiska.

Nazajutrz w półfinale Polka niestety zaskoczyła wszystkich in minus, bo na tym samym centralnym sprawiała wrażenie jakiejś innej osoby. Pojedynek z Carlą Suarez Navarro był krótki i jednostronny. Niewiele brakowało, by nasza liderka odjechała na przysłowiowym rowerku. Strona WTA mecz z Robertą efektownie wyodrębniła i nazwała go „wydarzeniem epickim”. Dzień potem o Hiszpance napisano, że „odrzuciła rywalkę na bok”, o Polce natomiast, że „nagle wyparowała jej brylantowa technika, ozdabiająca trzysetowy mecz z Vinci”. Zamieszczono sugestię Carli, że pokonana mogła odczuwać zmęczenie, jednocześnie też przytoczona została informacja o podwójnych obciążeniach Hiszpanki, która przecież osiągnęła w Doha finał zarówno w singlu, jak i w deblu.

Na stronie internetowej amerykańskiego magazynu „Tennis” turniej WTA w Katarze z prestiżowej grupy Premier 5 opisano przede wszystkim pod kątem głównych bohaterek. W minionym tygodniu na kortach działo się sporo więc dla tamtejszych ekspertów był to wybór między takimi postaciami, jak: Thiem, Wawrinka, Cuevas czy Stephens. Ludzie z tego akurat periodyku wiele razy dotąd pisali o Agnieszce pochlebnie i fachowo zarazem, lecz batalię włosko-polską w Doha po prostu pominęli. Nie wydaje się, aby był to przypadek. Raczej potwierdzenie, że profesjonalny sport generuje dziś jakby dwa nurty zdarzeń. Ten nurt boczny to jest rodzaj rywalizacji dodatkowej, bo chodzi tam o przeróżne konkursy albo plebiscyty, np. na oryginalne i trudne zarazem zagranie, na bardzo długą wymianę, na jakąś techniczną sztuczkę, popularność wśród kibiców, czy co tam kto  jeszcze sobie wymyśli. Nurt drugi, główny, odnosi się wyłącznie do końcowego wyniku na placu. Każdorazowo tylko triumfator zgarnia całą pulę, niezależnie od tego czy on się akurat nam podoba, czy nie. I żadne, choćby nie wiem jak populistyczne głosowania tego nie zmienią.

Czytam dziś, albo słyszę, że mylimy często oceny z tych dwóch różnych jednak płaszczyzn. Tenis tymczasem to nie łyżwiarstwo figurowe, a więc not za styl, czy wrażenia artystyczne nikt tam nie przyznaje. Do Agnieszki Radwańskiej nieodmiennie żywię wielki szacunek i podziw za to, co robi od tylu już lat na światowych kortach, zaś takie jej popisy jak z Robertą Vinci powodują, że i mnie na widok tych technicznych perełek ciarki chodzą po plecach. Jednocześnie marzy mi się, aby różni rodzimi mędrcy z identyczną pasją jak wtedy, gdy kąpią naszą najlepszą zawodniczkę w wazelinie potrafili zacząć ludziom wyjaśniać, dlaczego ona akurat po fajerwerkach kolejny mecz przegrywa i czemu to nie jest koniec świata. Przecież porażka w sporcie to nie wyrok śmierci, ani odebranie pokonanemu czegoś ważnego. Szczególnie w tak trudnej dyscyplinie jak tenis, gdzie wysiłek trzeba rozpisać na wiele miesięcy. Nagminnie zapominamy, że na korcie styl gry rywala, choć brak jak w boksie bezpośredniego kontaktu, często w zasadniczy sposób wpływa na jakość widowiska. Warto zawsze atakować kogoś, kto sam lubi atak, tylko trzeba obowiązkowo zagrywać na tę jego słabszą stronę, np. na podcinany backhand. Warto grać skróty osobie będącej specjalistą od podobnych zagrań, bo taka osoba zwykle słabo biega do przodu. Jednego dnia mam rywala, który mi pasuje i wtedy jestem jak w siódmym niebie, następnego mogę dostać kogoś raczej nie z mojej bajki i wtedy łatwo spaść z piedestału. W taktyce meczu są dziesiątki, jak nie setki takich zależności i o tym warto dziś kibiców informować miast faszerować ich non-stop pustymi ozdobnikami.

Dwóch zwycięstw zabrakło w Katarze, by Agnieszka wróciła na zajmowane już w sezonie 2012 miejsce nr 2 rankingu WTA. Debiutowała w setce dziesięć lat temu. W dziesiątce klasyfikacji, za wyjątkiem roku 2010, utrzymuje się od siedmiu lat. Jej bilans robi wrażenie. Turniej mistrzyń w Singapurze, finał Wimbledonu, w wielkim szlemie cztery półfinały i pięć ćwierćfinałów, 18 tytułów WTA w 25 finałach, łączna kwota zarobków ponad 22,5 mln $. Osoba tak szczupła i drobna wciąż robi za lokomotywę polskiego tenisa. Przebiła w tym sporcie panie z kilku powojennych pokoleń. Ola Olsza, Iwona Kuczyńska, Kasia Nowak, Marta Domachowska, Magda Grzybowska, Magda Linette, Kasia Piter i jej siostra Ula to te, które znalazły się kiedykolwiek w setce WTA. Nie było w Polsce, nie ma i na razie się nie zanosi na kogoś, kto byłby w stanie w tenisie profesjonalnym tak zaistnieć. Kilka dni przed jej 27-mymi urodzinami, gdy – jak sama to podkreśla – zaczyna się dla niej czas wyjątkowo trudny, bo bezpardonowo atakuje coraz liczniejsza grupa młodych z rakietami, życzenie może być tylko jedno. Utrzymać dalej ten niesamowity kurs, ewentualnie dodać jeszcze coś ważnego, gdy trafi się okazja. Hot-shoty, owszem, cieszą oko, dają satysfakcję i czasem nawet wygraną albo choć nominację w jakimś tam plebiscycie, ale na korcie tak naprawdę liczą się jednak tylko i wyłącznie niektóre zwycięstwa. Choćby takie jak z trzech ostatnich gier Singapuru 2015…

Karol Stopa