Siegerin Sara Errani ITA mit dem Pokal Endspiel Siegerehrung Tennis Dubai Tennis ChampionshipsPo trzech dniach kobiecego Dubai Duty Free Tennis Champions z rywalizacji odpadła w komplecie ósemka rozstawionych. Liczba zwycięstw, jakie odniosły te wyróżnione wyniosła zero, co oznacza, że padł nowy, zaskakujący rekord cyklu WTA. Przez grubo ponad cztery dekady podobnej sytuacji nie odnotowano w damskim tenisie ani razu. Czwarty raz dopiero – trzy poprzednie przypadki to historia ostatnich 7 lat – do ćwierćfinału nie trafiła żadna z tych, które teoretycznie przynajmniej powinny się tam znaleźć. Turniej z grupy „Premier” nie jest imprezą małą, a u szejków zagrało w tym roku aż sześć pań z pierwszej 15-tki rankingu. Dla przypomnienia, w trzech początkowych rundach Australian Open 2016 też odnotowano rekord świata, jeśli idzie o eliminowane za wcześnie tenisistki z numerkami. „To powód do ekscytacji, czy przygnębienia?” – pytała w trakcie relacji na antenie „Tennis Channel” słynna Amerykanka, Lindsay Davenport.

Profesjonalny współczesny tenis sprowadzony dziś został w odbiorze do kilku oczywistości. Przede wszystkim dlatego, że ludzie zakochani w statystykach zasugerowali nam dość skutecznie ten jeden  jedyny, pożądany przez nich obraz widowiska. W efekcie chcemy zwykle, aby piłek bezpośrednio wygranych (winner) było na korcie więcej niż niewymuszonych błędów (unforced error), przy serwisie asy wyrastały ponad podwójne, a procentowa średnia zarówno I jak i II podania plasowała się wysoko. Interesuje nas też, aby wyższy ranking radził sobie zawsze z tym niższym, a wszyscy gracze ponumerowani kolekcjonowali przez cały czas zwycięstwa. Teoretycznie, tak powinno to funkcjonować w kolejnych rundach każdego turnieju. Trzeba też jednak zaznaczyć, że rywalizacja tocząca się wyłącznie w podobny sposób natychmiast stałaby się śmiertelną nudą. Analogicznie, jak w przypadku każdego sportu, jeśli tylko pozbawimy go niewiadomej co do końcowego wyniku.

Z kart historii tenisa wynika, że reguły turniejowej rywalizacji, zwłaszcza na starcie, pod koniec XIX wieku, ewoluowały. W Wimbledonie aż do przeprowadzki na obiekt przy Church Road pod szczególną ochroną znajdował się jedynie obrońca tytułu. Czekał on aż do finału i dopiero wtedy wychodził po raz pierwszy grać z najlepszym z pretendentów („challenge round”). W mniejszych imprezach rozwiązanie to również stosowano, jednak nie wszędzie. Przełom nastąpił w roku 1922. Do Europy trafił w końcu stosowany od kilkunastu lat przez Amerykanów system rozstawiania graczy („seeding”). Wybierano odtąd czterech najlepszych i wpisywano ich nazwiska po jednym do każdej ćwiartki w drabince. Od roku 1927 londyński komitet organizacyjny zaczął brać pod uwagę ośmiu tenisistów, pilnując symetrii tam, gdzie przeciąć mogły się ich drogi. Chodziło naturalnie o to, aby najlepsi nie mogli na siebie trafić już w pierwszych rundach turnieju. Kolejny krok milowy to era tenisa open, rok 1968 i szesnastu rozstawionych w singlu panów. Od sezonu 2001 osobliwą listę postaci preferowanych podczas losowania wydłużono aż do 32 nazwisk. Prekursorami takiego postępowania znów byli Amerykanie, którzy ten pomysł przećwiczyli podczas wielkich turniejów ATP i WTA w Indian Wells oraz Miami.

Dziś jednak coraz częściej słyszymy, że to co na początku miało rywalizację porządkować i czynić ją przez to ciekawszą, zaczyna obracać się przeciw rozgrywkom. Zwłaszcza, gdy gwiazdy rankingu mają zbyt dużą przewagę i w następujących po sobie dużych turniejach majoryzują całą resztę. Na skutek tego w turniejowych ćwierćfinałach mogą za często powtarzać się mecze pierwszej ósemki, w półfinałach czwórki, a w finałach nr 1 wciąż może grać z nr 2. Dla osób oczekujących zmian oraz  nowych twarzy to zjawisko niekoniecznie bywa fascynujące. Wydaje się, że najlepszy dziś pomysł na zapobieganie podobnej stagnacji to stałe i maksymalne urozmaicanie rozgrywek. Zarówno od tej ich strony formalnej (układ kalendarza, format drabinek, szybkość kortów), jak i od zwykle dla fanów najciekawszej, strony personalnej. Im szersza oferta się tu pojawi tym większe nadzieje na ewolucję dyscypliny.

Na stronie WTA amerykańska dziennikarka, Courtney Nguyen zanalizowała uważnie sześć porażek rozstawionych pań w Dubaju i doszła do rozsądnego skądinąd wniosku, że każda była jednak nieco inna więc trudno o wspólne wnioski. Z opisu wyłączyła wpadki Roberty Vinci oraz Belindy Bencic, finałowej pary z St.Petersburga. Obie stanowią kolejny dowód, że dziś tydzień po tygodniu raczej nie da się już w cyklu WTA wygrywać. Dubaj, o czym często zapominamy, pojawia się w kobiecym kalendarzu w osobliwym momencie, gdy część pań po australijskim lecie zmienia rytm swej gry z powodu Pucharu Federacji, a także przez turnieje halowe. Powrót na korty odkryte plus kłopotliwe o tej porze warunki atmosferyczne w Zjednoczonych Emiratach Arabskich to dla wielu zadanie zbyt trudne i niemal co roku możemy się o tym przekonać. Zarazem jednak chyba coś dziwnego dzieje się teraz w kobiecym tenisie, skoro w dziesięciu tegorocznych imprezach cyklu mieliśmy dotąd aż 10 różnych triumfatorek i 19 różnych finalistek. Powtarza się tam jedno tylko nazwisko: mistrzyni z Melbourne i finalistki z Brisbane – Angelique Kerber.

Są tacy, którzy twierdzą, że mamy dziś do czynienia z rozgrywkowym chaosem i tłumaczą całą sytuację półuśmieszkami, jakie zwykle towarzyszą zdaniu „to przecież kobiecy tenis”. Są też inni, jak Steve Tignor z amerykańskiego magazynu „Tennis”. Uważa on, że jest teraz jak przy próbach odpowiedzi na słynne już pytanie, co było najpierw: jajo czy kura. Zdaniem dziennikarza było akurat i jedno i drugie, bo przecież odbieramy dziś informacje, świadczące zarówno o plusach, jak i minusach cyklu WTA. „Każda niespodzianka na wzór tych z Dubaju to sygnał, że wzrosła siła gry u tenisistki z niższym rankingiem i dowód na to, że ta wyżej klasyfikowana akurat przeżywała regres. WTA wciąż posiada bardzo silną liderkę, ale też niebywale już liczną grupę pań z pierwszej 40-tki, reprezentujących poziom, jakiego nigdy wcześniej na tym szczeblu nie oglądano. Powstała sytuacja aż trzech rzędów pretendentek i silne przekonanie, że teraz już każda nawet z tego trzeciego szeregu może zaskoczyć którąś z gwiazd, by z kolei na drugi dzień przegrać jakiś mecz do obowiązkowego wygrania. Kilka młodszych zdążyło zaprezentować swój niesamowity potencjał, ale u wielu z nich widać wciąż brak powtarzalności.”

Mistrzynią Dubaju została grająca z nr 22 WTA Sara Errani. Włoszka za dwa miesiące kończy 29 lat. Przez ostatnie dwa sezony wydawało się, że nie ma już szans na jej wielkie singlowe sukcesy, gdy nagle w ręce wpadło aż tak cenne trofeum. Nawet dla niej ta wygrana była po prostu szokiem. Dawna deblowa partnerka Sary, Roberta Vinci, dokładnie w dniu 33-ich urodzin dowiedziała się w Dubaju, że porażki faworytek wyniosą ją nagle na miejsce nr 10 WTA. Po 17 latach bezskutecznych starań, gdy ogłosiła, że to już jej ostatni sezon, nagle ma miejsce cud.  Historycznie patrząc jest to najstarszy od roku 1975 debiut w elicie, a tak w ogóle już czwarta Włoszka w tym towarzystwie. Z jednego powodu sytuacja zbliżona do tej, jaka stała się właśnie udziałem Agnieszki Radwańskiej. Włoszka awansowała mimo porażki, Polka nie grając wcale lokatę nr 4 zamieniła w tym tygodniu na nr 3. Errani, Vinci oraz Radwańską łączy doświadczenie, spryt taktyczny i wielka umiejętność szanowania piłki na korcie. Przy wszystkich opisanych zawirowaniach okazuje się dziś, że panie które w ogniu walki potrafią po prostu nie psuć, za chwilę mogą w rozgrywkach osiągnąć jeszcze więcej.

Karol Stopa