imago12071014mZ oddali widać mniej wyraźnie, bo sporo detali ucieka nam z pola obserwacji. Jednocześnie taka perspektywa pozwala dostrzec szerszy kontekst zdarzeń, czasem nowe tendencje. Opadły szalone emocje, wyzwalane cztery razy do roku przez turnieje tak duże, jak ten w Melbourne, potem ten w Paryżu, Londynie i Nowym Jorku. Odpowiednia chwila, aby się przekonać, czy kolejne dla tej globalnej dyscypliny małe mistrzostwa świata zmieniły coś w obrazie współczesnego tenisa. Wieje na kortach wiatr historii, jest cisza przed burzą, czy raczej zapanowała flauta..?

Mamy do czynienia ze sportem na wskroś indywidualnym więc nie da się uciec od konkretnych nazwisk. W turnieju panów zdumiało nie tyle zwycięstwo Novaka Djokovicia, co łatwość z jaką sobie poradził z Andy Murrayem i Rogerem Federerem. Serb od ponad roku gra tenis swojego życia, bije co i rusz  rekordy, trudno dziś dostrzec dla niego realne zagrożenie. Tego rodzaju dominacja, jak chyba każda wszechwładza, ma swoje zalety, ale niesie sporo zagrożeń. Przydałby się dziś ostry atak z zaplecza, problem w tym, że poważnych zmienników, zwłaszcza tych z rocznika 1990 i młodszych, jakoś nie widać. Rówieśnika ze Szkocji lekko tłumaczą przejścia o charakterze osobistym, zdrowotne kłopoty teścia i żona spodziewająca się rozwiązania, trudno jednak nie zauważyć, że miną wkrótce trzy lata od wimbledońskiego tytułu Andy’ego, a w jego grze wielkich zmian nie widać. Niczym w piosence Wysockiego: krok do przodu, dwa do tyłu. Co do reszty na pochwałę zasłużył chyba tylko Milos Raonic. Pod wodzą Carlosa Moyi stał się groźnym pretendentem, a jego mecz ze Stanem Wawrinką słusznie uznano ozdobą turnieju. Martwią tylko kontuzje Kanadyjczyka, bo przypomina się niestety Japończyk Kei Nishikori. Pozostali, ci ze średniego, jak i z młodszego pokolenia, jakby nieobecni. Non-stop od trzynastu lat mamy w fotelu lidera rankingu najpierw Rogera, potem Rafę, teraz głównie Novaka. Wygrali wspólnie 42 turnieje wielkoszlemowe i 77 tzw. tysięczników ATP. Są z pewnością geniuszami, lecz przecież i tacy też odchodzą. Gdzie zatem podziali się ci inni, zdolni następcy i kiedy wreszcie dadzą o sobie znać…

Serena Williams swój pierwszy profesjonalny tytuł zdobyła – jak ktoś napisał – cztery „Gwiezdne Wojny” temu. Jest rówieśniczką Rogera Federera, oboje od połowy roku mogą już zacząć grać w turniejach dla weteranów pod auspicjami ITF. Mimo to zarówno ona, jak i on w dalszym ciągu mają nadzieję na coś więcej. To przekraczanie barier, ze względu na demonstrowany poziom gry, łatwiej sobie wyobrazić u pań, niż u panów. Amerykankę mocniej determinują kwestie zdrowotne i waga ciała, Szwajcar pod tym względem dotąd imponował, a rywali z pierwszych rund ośmieszał. Informacja o operacji kolana (chyba pierwszy taki zabieg w karierze) i przynajmniej miesięczna pauza to znak, że niestety i u niego nie idzie ku lepszemu. Dla Sereny porażki z Vinci i z Kerber mogą mieć przykre konsekwencje. Te młode, ostro bijące rywalki będą odtąd wychodziły inaczej nastawione, z większą nadzieją. Kobiecy tenis stał się z małymi wyjątkami nieprzewidywalny. W tym roku panie ustanowiły rekord świata, jeśli chodzi o liczbę niespodzianek w pierwszych trzech rundach. W Melbourne było jak u mistrza Hitchcocka: kilka morderstw na początku, potem do końca napięcie nie gasło. Bardzo mnie ciekawi, czy te największe objawienia, licząc triumfatorkę aż po takie tenisistki jak: Johanna Konta, Zhang Shuai, Daria Gavrilova czy Barbora Strycova, gwiazdami będą także i na koniec sezonu. Odrębna kwestia to przyszły status Marii Szarapowej oraz Wiktorii Azarenki. Dziś Rosjanka wydaje się być na krzywej opadającej, Białorusinka na wznoszącej. Jutro, zwłaszcza gdy się obudzą wszystkie wielkie przegrane turnieju (Halep, Kvitova, Muguruza), ranking może znów stanąć na głowie.

Mimo lekkiego rozczarowania, jakie przyniósł nie tyle wynik, co podejście do półfinału z Sereną, na wysokie noty i słowa uznania zasłużyła Agnieszka Radwańska. Polka powtórzyła swój najlepszy wynik z Melbourne, a poza ostatnim meczem przypomniała kilku rywalkom, jak potrafi być trudna do pokonania. Gra najlepszej naszej tenisistki do złudzenia przypomina, tak często wywoływanego teraz do tablicy, Gillesa Simona. Jego długie piłki z odkręconą rotacją, lądujące w narożniku i pod linią końcową to uderzenia piekielnie trudne do czystego, mocnego zaatakowania. Może to być metoda nawet na lidera rankingu, jeśli trafi mu się akurat słabszy dzień. Serb złożył ofiarę w postaci stu niewymuszonych błędów, lecz pojedynek z Francuzem wygrał. W meczach pań, co wiele razy oglądaliśmy, jest to zwykle pułapka bez wyjścia. Gdy Radwańska dokłada jeszcze niezłe pierwsze podanie, a to bywa coraz częściej jej silną bronią, plus mocniejsze odbicia i słynne sytuacyjne sztuczki, powstaje mieszanka nie do strawienia dla większości rywalek. Ten koktajl skutecznie działa od ładnych kilku lat, a teraz, po opanowaniu ubiegłorocznego kryzysu i po sukcesie w Singapurze nic nie stoi na przeszkodzie, by pozwolił wspiąć się o kolejny szczebel. Wszystko zależy od mentalnego nastawienia, tkwi w głowie. Aby wróciły fluidy z WTA Finals być może trzeba tylko nacisnąć odpowiedni klawisz…

Przebieg turnieju raz jeszcze powinien nam przypomnieć, że tenis to jest w pierwszym rzędzie gra błędów. Analityk Craig O’Shannessy obliczył, że w meczach panów aż 64 % rozegranych punktów to były piłki zepsute, 36% zaś wygrane. U pań ta proporcja wynosiła nawet 67 do 33. Ten sam autor zauważa nowe, dosyć zaskakujące tendencje. Procentowo maleje liczba uderzeń z linii końcowej (mężczyźni 46%, kobiety 48%), za to wzrasta ochota do gry przy siatce oraz skuteczność z lekka już zapomnianych akcji typu serwis-wolej. Ci najwięksi, okazuje się, uciekają od długich wymian (shorter is better), bo nawet Djokovic najlepsze wskaźniki ma przy maksimum czterech odbiciach piłki, zaś powyżej skuteczność mocno mu spada. Wygląda, że wszyscy już zauważyli konieczność szukania nowych taktycznych rozwiązań na coraz to wolniejszych nawierzchniach. Absurdalne przeciąganie wymian, czy długości pojedynków prowadzi bowiem do samozagłady. Wtedy nawet stosowana przez Novaka w Melbourne regeneracja w luksusowym ośrodku i specjalnej komorze hiperbarycznej może się okazać nie do końca skuteczna.

Australian Open 2016 przyniósł wielki sukces organizacyjny. W drugim tygodniu pogoda jakoś nie przypominała typowego dla kontynentu lata, było wręcz chłodno i deszczowo, mimo to padł rekord frekwencji, wyśrubowany do 720 tys. widzów „Trzy dachy nad kortami warte są tyle złota, ile ważą” to zdanie powinni wziąć sobie do serca zwłaszcza Francuzi, bo Amerykanie już wiedzą, jak bardzo przez lata błądzili. Na kontynencie amerykańskim i w Europie, ze względu na różnicę czasu i konieczność zarywania nocy, turniej jest trudnym do sprzedania telewizyjnym towarem. Mimo to zanotowano sporo rekordów, a kilka oddziałów Eurosportu, zwłaszcza ten niemiecki, także i polski, notowało znakomite oglądalności. Gospodarze bilansują teraz wpływy, a mają co podliczać. Reszta mówi: do zobaczenia na Roland Garros. Pewnie chcieliby dodać „pod dachami Paryża”, ale to na razie aktualne tylko w wersji filmowo-muzycznej.

Karol Stopa