TENNIS-AUS-OPENTen mecz powinien zostać zapamiętany, jako znak rozpoznawczy Australian Open 2016. Było to przecież jedno z tych widowisk wyrastających niesłychanie mocno ponad średnią, z niebywałą dramaturgią, trzymające w napięciu od pierwszej aż do ostatniej sekundy i na wysokim poziomie sportowym. Jeśli jeszcze taki pojedynek grany jest na koniec turnieju, a debiutantka w finale, zamiast tradycyjnie – jak to mają w zwyczaju jej koleżanki – umrzeć ze strachu i poddać jeszcze w szatni, ostatecznie pokonuje wielką mistrzynię to odbiorcy spektaklu mają prawo czuć się syci i spełnieni. Są niczym człowiek, wstający od stołu po bardzo sutym obiedzie, albo przeżywający stan nirwany.

„Gdyby wciąż żyli legendarni niemieccy bajkopisarze, bracia Grimm, mieliby temat do kolejnej pięknej bajki z morałem”. Trudno się dziś nie zgodzić z Rohitą Brijnathem i jego poglądami, wyrażonymi na łamach „The Sunday Times”. Sobotni mecz, zagrany na Rod Laver Arena przez Angelique Kerber i Serenę Williams, wyszedł daleko poza znane nam ostatnimi czasy standardy profesjonalnego tenisa i jeszcze przyniósł zaskakujące zakończenie. Po wypranych z emocji ćwierćfinałach i półfinałach, gdy szkoleniowcy pokonanych z poważną miną oświadczali, że inaczej się po prostu nie da, a 3-4 gemy zdobyte z Amerykanką to wszystko na co stać całą resztę pań, nagle się okazało, że jednak… można więcej. Wystarczyło odrobinę pomyśleć i zmienić swoje podejście. Zamiast jakże typowego „może ona będzie miała gorszy dzień i coś zepsuje” na „zmuszę ją swoją grą, by zaczęła psuć”.

Pod koniec ubiegłego sezonu Patrick Mouratoglou, tłumacząc porażkę Amerykanki w półfinale US Open opowiedział o jej poważnych problemach z kolanami i nawet porównał kontuzję do sytuacji Rafy Nadala. Z kontekstu wynikało, że zniszczone kolana regenerują jakieś tajemnicze zastrzyki, brane regularnie co pewien czas. Zabiegi te nie dają jednak stałej poprawy, bo ból wraca i wtedy zawodniczka nie może nawet chodzić. Słynny coach zapewne lekko się rozpędził i zdradził światu trochę za dużo. W tym roku w Perth, gdy Serena nie mogła grać w Pucharze Hopmana, on starał się wycofać rakiem z tego, co naopowiadał amerykańskim mediom. Teraz twierdził, że został źle zrozumiany. Na pierwszych treningach w Melbourne Park, pewnie po kolejnym zastrzyku, nastąpiła lekka poprawa. Czasem ona musiała jeszcze siadać na krześle z boku kortu i zaraz tłumaczyła, że po prostu źle się poczuła, bo coś tam zjadła. Generalnie jednak z nogami było lepiej, rosła nadzieja, że raz jeszcze się uda. Na wszelki wypadek oboje trenowali wariant błyskawicznego skracania gry, kończenia punktu najdalej w dwóch uderzeniach, zaraz po serwisie, albo przy siatce. Testem miał być pojedynek I rundy z Camilą Giorgi. Włoszka to niebezpieczna i zarazem… wygodna rywalka. Potężnie uderza, ale też bezmyślnie psuje. Gdyby nie lawina jej prostych błędów do niespodzianki, jaką zobaczyliśmy potem w finale, mogło dojść już na starcie .

Kerber w odróżnieniu od Giorgi postawiła na walkę i dużą intensywność gry, nie pojedynczy strzał. Jeśli chodzi o styl nie była aż tak elegancka jak jej wielka poprzedniczka, Steffi Graf. Bardziej tu pasują porównania do słynnego Jimmy Connorsa, który krzyczał, że wyrwie sobie wnętrzności („spill your guts”), a się nie podda. Oczywiście Angie o wiele kulturalniej sygnalizowała, że za darmo nie odda nawet pół piłki. Okazało się, że ta coraz starsza i coraz więcej ważąca rywalka ma duży problem przy kursowaniu od rogu do rogu, bo serwis wtedy słabnie, a jej woleje i uderzenia wykonywane na prostych nogach, bez zginania kolan, wyglądają wtedy groteskowo. Kiedy zaś, jak w półfinale z Robertą Vinci w Nowym Jorku, powstaje duża presja to gwałtownie wzrasta liczba banalnych błędów. Dla meczu kluczowy był chyba szósty gem III seta, przy stanie 2-3 i podaniu Williams. Aż 16 punktów, z czego siedem wygranych bezpośrednio, wymiana złożona z 19 odbić, dwa szalone dropszoty, w końcu po 10 minutach przełamanie. Chwilę potem zrobiło się 2:5 i tej straty obrończyni tytułu już nie odrobiła.

Przebieg tego finału, jego sensacyjne rozstrzygnięcie, ale także to wszystko, co nastąpiło potem, po ostatniej piłce, odebrałem jak dorzucenie drew do ledwo się już tlącego ognia w kominku. Nigdy nie byłem entuzjastą kortowych zachowań Sereny Williams. W miarę upływu lat z coraz większym zażenowaniem patrzyłem na jej wściekłe reakcje po przegranych piłkach, ryki oraz gesty typowe dla dzikich zwierząt, u kobiet teoretycznie przynajmniej nieznane. Jednocześnie wiele razy ta sama Amerykanka po przegranej potrafiła pokazać klasę. Miast słynnej pozycji: siedzeniem do rywalki z ręką zwisającą niczym przegniły banan, tu były spojrzenia w oczy, uśmiech i miłe słowo. W sporcie generalnie jest to jedno z najtrudniejszych wyzwań. Szczególnie współcześnie, gdy ludzie wokół nienawidzą się tak bardzo, że najchętniej jeden drugiego utopiłby w łyżce wody z byle powodu. Na korcie, gdy stawką są miliony dolarów, wyjątkowo trudno wznieść się ponad rozmaite uprzedzenia.

Młodsza z sióstr tymczasem dała w sobotę lekcję całemu WTA. W światku wyznającym dotąd zasadę „vae victis” (biada zwyciężonym) nagle pojawiła się „gloria victis”. Pokonana Serena, być może już definitywnie pozbawiona szansy na klasyczny wielki szlem, sprawiała wrażenie osoby, której ktoś zdjął z pleców kamienną bryłę. Była rozluźniona, uśmiechnięta, autentycznie wyglądała na cieszącą się z sukcesu koleżanki. Piękniejszej i bardziej prawdziwej ceremonii na zakończenie nie umiem sobie przypomnieć. Zasypywani przy podobnych okazjach lawiną fałszu, cukierkowych uśmiechów czy niezbyt szczerych deklaracji pewnie wszyscy zapomnieliśmy, że po prostu można inaczej.

To był finał z wielu powodów wyjątkowo potrzebny tenisowemu środowisku. Pozwalający na nowo zakochać się w tej dyscyplinie i jej zasadach. Grający oraz ich sztaby powinni co jakiś czas wracać do tego spotkania, bo za często zapominają o prostej, a wciąż w sporcie obowiązującej regule. Na korcie, aż do sakramentalnego „Gem,set,mecz…”, wszystko zawsze jest jeszcze możliwe. Ode mnie w pierwszym rzędzie zależy – nie od rywala i jego prezentów – czy dostanę w tej rywalizacji jakąś dodatkową szansę. Sobotni mecz to także ważne przesłanie dla kibiców, zwłaszcza zwariowanych na punkcie swych idoli i z tego powodu opluwających się jadem. Skoro pięściarze po ostatnim gongu, mimo krzywd fizycznych, jakie sobie wyrządzili, potrafią się potem do siebie uśmiechnąć i wyrazić szacunek, tym bardziej na tenisowym korcie i poza nieodmiennie ukłon należy się zawsze temu lepszemu. To niby tak niewiele, a jednocześnie jak bardzo dużo…

Karol Stopa