Lleyton Hewitt AUS Melbourne Australien Tennis Australian Open 2016 21 01 2016 TennisMagazW czwartkowy wieczór na Rod Laver Arena, miesiąc przed 35-tymi urodzinami, skończył singlową karierę Australijczyk Lleyton Hewitt. Jego tenisowa podróż przez korty całego świata trwała niemal 18 sezonów. Przez pełne dwa lata, dokładnie 2001 i 2002, był niekwestionowanym liderem męskich rozgrywek i wygrał wtedy US Open, a następnie Wimbledon. W 2004 roku znów się zameldował w nowojorskim finale, a po upływie kolejnych pięciu miesięcy mógł sięgnąć w Melbourne Park po pierwszy australijski tytuł od czasu Marka Edmondsona w 1976. Na Flushing Meadows rządził już jednak Roger Federer, nad rzeką Yarrą o swym talencie przypomniał wtedy światu Marat Safin. Na kortach zaczynała się dominacja grupy, nazwanej potem generacją Big4. Era wojownika z Adelajdy, choć formalnie trwała jeszcze dodatkowe dziesięć lat, w rzeczywistości dobiegła końca. Ci nowi długo nazywali go potem swym idolem, lecz ważne pojedynki i wielkie turnieje wygrywała odtąd głównie ta młoda gwardia.

Najstarsi australijscy mistrzowie tenisa, ci sprzed wojny i zaraz po niej, kojarzeni byli zawsze ze światem dżentelmenów. Elegancko ubrani, mieli nienaganne maniery, ładnie się wysławiali. Dla odmiany ten 16-latek z Adelajdy, który w 1998 zdobył w rodzinnym mieście swój pierwszy tytuł, najpierw budził wśród rodaków kontrowersje. „Wygląda i zachowuje się jak typowy amerykański nastolatek. Czapeczka założona daszkiem do tyłu, zbyt obszerne spodenki. Ubiera go i płaci mu amerykańska firma Nike. On skacze po korcie i pieni niczym tabletka aspiryny w szklance z wodą sodową. Co chwila wali pięścią w lewą pierś, wzorem zawodowych koszykarzy z NBA. Gra defensywnie, a zarazem zabójczo z linii końcowej, tak jak uczą w tenisowych akademiach na Florydzie. O dziwo ten chłopak jest Australijczykiem!” – pisał Gerard Wright w gazecie „Sydney Morning Herald”.

Podobnie jak w przypadku Rafy Nadala eksperci od początku podkreślali, że jego styl jest za bardzo energochłonny, a Hewitt nie potrafi się przyczaić i odpocząć, bo cały czas pracuje na najwyższych obrotach. Sugerowano, że ten organizm któregoś dnia odmówi posłuszeństwa. Ponieważ brakowało  mu nadzwyczajnych warunków fizycznych i w samej grze niewiele miał technicznych perełek, on za wszystko co osiągał – a było tego naprawdę dużo – płacił wysoką cenę. Lawina kontuzji zeszła  szybciej niż można było przewidywać. Gdy w jego życiu zagościli lekarze, szpitale oraz operacje zaczęła się seria rankingowych spadków przeplatana powrotami. Paradoksalnie, chyba właśnie wtedy, gdy już wygrywał mniej, a wciąż rozpaczliwie i po wielokroć skutecznie walczył, by się  utrzymać na powierzchni, kibice mocniej go pokochali. Zarzuty o obsceniczne gesty czy wulgarne słowa, skądinąd uzasadnione, szły w zapomnienie, bo ujmował ludzi tym, w jaki sposób bił się na korcie o dobry wynik. Coraz częściej mu to nie wychodziło, on jednak dalej niczego w tym swoim zewnętrznym wizerunku nie zmieniał, a rywalizując nadal dążył do perfekcji. Nawet w meczu pożegnalnym z Davidem Ferrerem jak dalekie echo wróciło coś tam z lat dzikiej młodości. Wyzwał arbitra od „idiotów”, potem dostał za to od ITF karę finansową, a trybuny i lokalne media wyraźnie mu to darowały.

„Gdyby to Nick Kyrgios wygłosił tyradę Hewitta do sędziego na stołku byłby publiczny lincz” – napisał Jon Tuxworth z „The Canberra Times”. Dla wspomnianego autora koniec ery Lleytona oznacza początek krajowej dominacji kontrowersyjnego Nicka. Tymczasem w piątek Kyrgios raczej się nie popisał i przegrał mecz o IV rundę z Berdychem. W sobotę za to awansował ostatni Aussie, postać równie dyskusyjna, Bernard Tomic. Gdy spojrzeć z perspektywy drużyny narodowej nie da się ukryć, że przed nowym jej kapitanem, właśnie Lleytonem Hewittem, staje dziś wyjątkowo trudne zadanie. Odsunęli się prawie wszyscy ze starszej generacji, na czele z Patem Rafterem, a na placu boju został 34-latek z Adelajdy. Powtarzają się plotki o tym, że oprócz drużyny narodowej być może zajmie się on indywidualnie osobą Kyrgiosa. Po głośnym incydencie w Kanadzie prosiła o to osobiście matka młodego tenisisty. Z punktu zasad pedagogiki mogłoby to być rozwiązanie wręcz idealne. Człowiek, który za młodu miał wiele podobnych doświadczeń, najpierw chciał walczyć ze światem i wszystkim, co go otacza, a dopiero później nauczył się selekcji celów. Dziś jako dojrzały mężczyzna, ojciec dużej rodziny i ogromnie doświadczony sportowiec może się okazać jedynym autorytetem, jaki uzna ktoś taki jak Nick.

Patrząc na występy zdolnego 20-latka trudno nie zauważyć, że młody człowiek ma dziś gigantyczne problemy z odpowiednią koncentracją i właściwą hierarchią spraw. Na korcie dotyczy to zwłaszcza wyboru potrzebnych środków. Maniera popisywania się za wszelką cenę i częsty wybór rozwiązań skrajnie trudnych, niestety, nie idzie w parze z umiejętnością wygrywania piłek ważnych. W meczu, tak jak w życiu, trzeba wiedzieć, kiedy i jak zaryzykować. Jeśli nie znajdzie się ktoś, kto będzie w stanie wytłumaczyć mu tę prostą prawdę małe są szanse na jego tytuł wielkoszlemowy czy lokatę w trójce rankingu ATP.  Na razie jest to głównie naśladowanie Gaela Monfilsa: zabawy pod publiczkę i bez względu na tablicę wyników non-stop festiwal cyrkowych sztuczek. Trudno uznać, aby był to skuteczny pomysł na wygrywanie. Hewitt całe zawodnicze życie stawiał na walkę, bo to zawsze był dla niego cel nr 1. On po to wychodził na kort. Wygrana miała przyjść przy okazji, jako nagroda za to, że się bił o każdy punkt. Gdy się nie powiodło zawsze potrafił pięknie rywalowi podziękować. Jeśli Lleyton-coach przekona swego następcę do postępowania według tego właśnie klucza wtedy  nawet szalony tweener nie przeszkodzi Nickowi wygrywać.

Karol Stopa