Illustration TENNIS Open d Australie Melbourne 24 01 2015 TennisMagazine Panoramlc PUBLICATIONAustralian Open 2016 nabiera rozpędu. Aktorzy zafundowali nam na wstępie solidną dawką emocji, zagrali parę pojedynków dramatycznych i zakończonych niespodziankami, choć jak dotąd rządzą rankingi, a na kortach dominują oczywistości. Turniej się rozkręca, być może wyniki naprawdę zaskakujące dopiero przed nami. Z europejskiej perspektywy te niespodzianki są bardzo potrzebne, bo potrafią osłodzić nieprzespane noce. Z tamtej strony nie ma podobnych zmartwień. Jest przecież środek australijskiego lata, czas wakacji, niemal codziennie świeci słońce, wieje ożywczy wiatr, a nad głową widać błękitne niebo. Do tego dochodzi radość ludzi, którzy uczestniczą we wspaniałym spektaklu. Gdy ćwierć wieku temu tam wylądowałem uderzyła mnie najpierw ich pogoda – istny szok po śnieżnej i mroźnej wtedy polskiej zimie – a potem uśmiechnięte twarze wokół. Jak to przed laty trafnie nazwał Roger Federer, po prostu „Happy Slam”…

Stolica stanu Victoria jest jednym z piękniejszych miast świata. Korty malowniczo ulokowane nad wijącą się wśród zieleni rzeką Yarrą, między torami kolejowymi, a zamkiem gubernatora. Gdzieś po drodze między brzegiem Oceanu Spokojnego i zatoką Philippe Bay a nowoczesnymi wieżowcami, zdobiącymi centrum metropolii, spotkasz ten oryginalnie rozciągnięty trójkąt, ekskluzywną bazę australijskiego tenisa. Wszędzie wokół rządzi tam sport, albo rekreacja. Wielki stadion MSG, teraz 100-tysięczna świątynia krykieta, gościł w 1956 roku igrzyska olimpijskie. Tereny tuż obok to dziś wręcz baza biegaczy, kolarzy, albo wioślarzy. Tłumy szturmują w styczniu Melbourne Park, bo dla nich to czas celebry, a nie tylko emocje związane z meczami. Australijczycy, szczególnie ci starsi, to ludzie, którzy dorastali z rakietą w dłoni, tak jak np. Amerykanie trzymając kij baseballowy. Turniej stanowi dla nich rodzaj narodowej fety, nie okazję na poziomie klubowym. Tu chyba tkwi wyjaśnienie, dlaczego ci miejscowi kibice są aż tak entuzjastyczni, traktują wszystko w kategoriach super zabawy, a jednocześnie mają ogromną wiedzę na temat tego, w czym uczestniczą. Stali się teraz wielkoszlemową nacją, czekającą najdłużej (mija 40 lat od tytułu Marka Edmondsona w 1976) na sukces swego reprezentanta. Z upływem lat na trybunach jest teraz nieco więcej szowinizmu i zachowań radykalnych więc nastąpiło sporo zmian na niekorzyść, niemniej klimat starych, dobrych czasów wciąż tam dominuje.

Rok temu Australijczycy dokonali wielkiego wyczynu, bo turniejowa widownia po raz pierwszy w historii przekroczyła u nich 700 tys. osób. Na przestrzeni 20-tu lat oznacza to niemal podwojenie wskaźników i robi duże wrażenie, szczególnie wobec braku oczekiwanych sukcesów sportowych. Jednocześnie wiadomo, że na swój sukces frekwencyjny organizatorzy długo i ciężko pracowali. Obiekt jest systematycznie i starannie rozbudowywany, w tej chwili już trzy stadiony posiadają rozsuwany dach, do 2036 roku, a więc do czasu obowiązywania przedłużonej licencji, przybędzie kolejnych atrakcji i udogodnień. Od kilku lat Tennis Australia stosuje mądrą politykę, dotyczącą biletów. Numerowane karty wstępu, wyraźnie droższe, obowiązują tylko na Rod Laver Arena i Margaret Court Arena (w 2016 na finał panów cena jest nawet dwa razy wyższa niż na finał pań!), podczas gdy wszędzie indziej, łącznie z Hisense Arena, wystarczy zwykła wejściówka. Chodzi o to, by ludzi do Melbourne Park przyciągać, nie straszyć drożyzną. Właściciele imprezy, choć zaczynali skromnie, dysponują dziś największą powierzchnią. Jest tam już 49 kortów i z roku na rok bogatsze otoczenie. Przebili Roland Garros, Wimbledon i US Open. Narodowe centrum tenisa na co dzień dysponuje teraz właściwie wszystkim, co potrzebne do profesjonalnego szkolenia. Grać można na nawierzchniach typu hard i clay, a także pod dachem, nie ma problemu z salami ćwiczeń, odnowy i jakimkolwiek innym wzbogacaniem treningów.

Działacze TA stosują cały czas tę samą, dość prostą metodę. Proponują jak najwięcej, a ludzie sami mają wybrać, co im pasuje. Niezależnie od ciągłego udoskonalania terenu zamkniętego w trójkącie: Batman Avenue, Olympic Boulevard (dawniej Swan Street) i tory kolejowe powstał pomysł wyjścia w miasto. Na trasie marszruty od Flinders Street Station (anglikański dworzec z obrzeża centrum) , przez Federation Square aż do pierwszego kortu kibic widzi po swej prawej stronie rzekę Yarrę i na jej bulwarach nieduży park Birrarunga Marr. Teren cieszył się złą sławą więc go zagospodarowano na festyn o nazwie Australian Open Festival. Wymyślono liczne atrakcje tenisowe, gastronomiczne, muzyczne, filmowe i komputerowe, zadbano o oprawę świetlno-dźwiękową, rozpoczęto budowę kładki, jaka już w przyszłym roku górą cały ten obszar połączy bezpośrednio z kortami. Idea jest prosta. Ci, którzy tam przyjdą może się skuszą i z bulwaru nad rzeką przejdą nieco dalej. Wejdą w ten sposób na tereny turniejowego królestwa…

Identyczna sytuacja z telewizją i mediami społecznościowymi. Rok temu australijska federacja po raz pierwszy została producentem sygnału tv i dostarczyła obraz z wszystkich 411 gier w turniejach głównych. W tym roku ich produkcja będzie już dotyczyć ponad 600 meczów, czyli z eliminacjami dokładnie całego oficjalnego programu. Jeśli idzie o odbiór w Australii było ostatnio 13 mln osób, a poza jej granicami rekordowe 370 mln. W Ameryce doliczono się 40 mln, w Afryce, Europie i na Środkowym Wschodzie 95 mln, Azja i Pacyfik dodały 235 mln widzów. Jak się nietrudno domyślić dominuje na tym rynku Japonia i Chiny (łącznie 152-milionowe audytorium!). Zbliżone proporcje i o wiele większe tendencje wzrostu dotyczą mediów społecznościowych. Czasem aż strach podawać konkretne dane. Szefowie imprezy chwalą się dziś wejściem w nowe, chińskie serwisy internetowe. Trudno się dziwić, skoro np. adres WeChat daje im szansę kontaktu z grupą, szacowaną na 600 mln osób. Nie przypadkiem więc trzy miesięcy temu w Szanghaju i Hong Kongu przy pomocy takich gwiazd jak Rafa Nadal czy Rod Laver reklamowano na użytek azjatyckiego odbiorcy tegoroczny Australian Open. Turniej posiadający przecież w oficjalnej nazwie ważne sformułowanie: „Grand Slam of Asia & Pacific”.

Śledzę uważnie pierwsze wyniki, cieszą mnie bądź martwią niektóre rozstrzygnięcia, ale na starcie tenisowego maratonu najpierw trochę zazdroszczę. Od lat przyglądam się ludziom z australijskiej federacji, podziwiam ich rozmach i mądre pomysły. Wiem, że z ziarna jakie wysiewają tak często i gdzie się tylko da zbiorą obfity plon. Ten turniej pod naszymi nogami to naprawdę Happy Slam.

Karol Stopa
19 styczeń 2016