imago12260138hZdjęcie, jakie wyeksponowano na sportowych kolumnach australijskich gazet lekko szokuje. Kilka dni przed rozpoczęciem wielkoszlemowej rozgrywki w Melbourne można zobaczyć nieomal puste trybuny głównego olimpijskiego obiektu, Ken Rosewall Arena, gdzie właśnie odbywa się „Sydney International”. Turniej ten, choć wspólny dla WTA i ATP, rangą nawet się nie umywa do żadnej z czterech imprez głównych. Problem polega na tym, że tamtejsza federacja wpompowała ostatnio parę milionów dolarów w stolicę stanu Nowa Południowa Walia, a rywalizacja w trakcie której brylowali kiedyś Pete Sampras, Lleyton Hewitt czy Roger Federer dalej niestety więdnie w oczach. Ze statystyk wynika, że turniej cztery lata temu miał frekwencję na poziomie 90 tys. widzów w trakcie tygodnia, przed rokiem jednak z trudem przekroczył 55 tys. No i co najważniejsze, dalej traci tych kupujących bilety.

Czy to oznacza, że Australijczycy, chlubiący się od zawsze jedną z najwspanialszych widowni, dziś nagle odwracają się od dyscypliny. Ależ skąd. Przecież dokładnie w tej samej chwili i tym samym mieście, ba, nawet w tym samym parku olimpijskim, podczas pilotowanej przez Tennis Australia pokazówki Fast4 (rok temu stacja Eurosport relacjonowała tę zabawę), na trybunach gigantycznej Allphones Arena zasiadło prawie 12 tys. osób. Wypełniona została połowa hali, uznawanej za jedną z dziesięciu największych na świecie. Różnica polegała głównie na tym, że na dawnym tenisowym obiekcie olimpijskim grano spotkania I i II rundy w turniejach raczej słabo obsadzonych i co chwila jeszcze dodatkowo osłabianych kolejnymi wycofaniami, zaś główną gwiazdą wieczoru na Fast4 był Rafael Nadal, a towarzyszyli mu Lleyton Hewitt, Nick Kyrgios i Gael Monfils. Rok temu, gdy wszystkie reflektory skierowano podczas Fast4 na Rogera Federera, gdy się tam zjawili inni wielcy, na czele ze słynnym Rodem Laverem, a szansę dostali nawet juniorzy, zainteresowanie wyrażone nabytymi biletami było prawie identyczne jak teraz.

Istotne są tu dwa aspekty. Pierwszy dotyczy coraz częstszych problemów, jakie mają zawodowe turnieje, ATP oraz WTA, tuż przed startem wielkich szlemów i na koniec sezonu. Organizatorzy coraz częściej biją na alarm i grożą radykalnymi krokami. Zapewnienie sobie doborowej obsady graniczy wtedy z cudem, bo nie pomagają nawet poważne finansowe zachęty. Lawina wycofań rujnuje marketing, zniechęca sponsorów, kibiców i stacje telewizyjne. Od kilku lat nie za bardzo wiadomo, co zrobić z tym pasztetem i jak zdyscyplinować grających. Sprawa jest delikatna, bo chodzi o ludzkie zdrowie. Łatwo postawić zarzut symulowania kontuzji czy choroby, trudniej go udowodnić. W kalendarzu WTA przed Roland Garros od jakiegoś czasu nie ma już imprezy z grupy „Premier”. Przed Australian Open, Wimbledonem i US Open odpowiednio Sydney, Eastbourne i New Haven jeszcze się trzymają, choć dyrektorom tych zawodów w roku na rok przybywa siwizny. Dla szefostwa obu profesjonalnych cykli rozgrywkowych na pewno jedna z tych ważnych spraw wymagających pilnego rozwiązania. Kłopot w tym, że na razie nie wiadomo, jak to zrobić…

Najświeższy przykład z dwóch imprez w Sydney, tej zawodowej i towarzyskiej, sygnalizuje nam, że mamy dziś na kortach zjawisko przegrzania koniunktury. Z tenisem jest trochę, jak ze słodkimi ciastkami. Smakują i to bardzo, gdy skosztować jedno, albo dwa. Kiedy jednak te słodkości są nam wpychane od rana do wieczora, a na dodatek od stycznia do grudnia, to światowa publiczność  grymasi i chce sobie wybierać. Nie wszystko ją wtedy interesuje i nie dla każdej okazji gotowa jest pobiec na trybuny, albo przed telewizor. Australijczycy dokonali ciekawego porównania frekwencji, jakie notowano w ostatnich latach w Sydney, Brisbane (także impreza ATP i WTA) oraz w Perth (Hopman Cup). Jak na dłoni widać, co się działo trybunach, gdy przyjeżdżały największe gwiazdy, albo gdy sukcesy odnosili miejscowi. Kilka razy, także przy okazji gier par mieszanych, notowano w tych miastach obecność nawet ponad 100 tys. osób, co zważywszy czas trwania rywalizacji jest świetnym wynikiem. Tylko za każdym razem istotne było jedno pytanie: kto wtedy grał, jaką sławę z rakietą zaproszono.

Okazuje się, że tenis w swej tradycyjnej formule bardzo mocno się już większości widzów opatrzył, a poza gronem koneserów cała niemal szersza publiczność skłonna jest teraz akceptować wszystko jak leci chyba już tylko przy kilku największych okazjach sezonu. Z drugiej strony różne dziwne i na pierwszy rzut oka trudne do przyjęcia propozycje typu: amerykański World Team Tennis, albo hinduska International Tennis Premier League po umiejętnie przeprowadzonych wielomilionowych inwestycjach i za sprawą zaangażowania tych największych sław dyscypliny, jak się okazuje, radzą sobie doskonale i publiki wcale tam nie brak. Rok temu podczas Australian Open rekord frekwencji został wyśrubowany do poziomu powyżej 700 tys. widzów w dwa tygodnie. Jak na imprezę, która wśród krezusów z Ameryki Północnej i Europy bardzo długo występowała jako ubogi krewny jest to osiągniecie nadzwyczajne. Gospodarze z Tennis Australia zamierzają teraz zrobić wszystko, aby rosły im jak na drożdżach także pozostałe imprezy z wewnętrznego cyklu. Planują Fast4 uczynić rozgrywką 7-dniową, możliwe, że drużynową rywalizację w Hopman Cup przeniosą na październik albo listopad, uczynią też wszystko, aby ci najlepsi meldowali się jednak na olimpijskich kortach w Sydney.

Zasadę przyjęli bardzo prostą. Po pierwsze – sprowadź gwiazdy. Po drugie – daj im okazję, aby na korcie zabłysły. Wtedy na pewno stanie się to, o co chodzi przede wszystkim. Publiczność przyjdzie to obejrzeć.

Karol Stopa