mouratoglouDo naszej stolicy wpadł na chwilę Patrick Mouratoglou. Coach znany głównie z tego, że zajmuje się karierą jeszcze bardziej znanej Sereny Williams. Akurat z zaproszenia na konferencję polskich szkoleniowców nie mogłem skorzystać więc gwiazdy imprezy w akcji nie oglądałem. Przeczytałem za to opinie kilku znajomych, do których mam zaufanie. „Człowiek, którego można słuchać godzinami. Udzielił wywiadu każdemu, kto poprosił. Fajnie, że spotkaliśmy go w Polsce. Wysoka kultura osobista, dowcip, przystępnie przekazane, ciekawe informacje. Słowem: duża klasa!” – napisał na blogu kolega z kabiny Eurosportu, Marek Furjan. W podobnym stylu  wypowiedziało się jeszcze kilka innych, wiarygodnych osób.

Czarujący 45-latek z Francji przeżywa dziś bodaj najwspanialsze chwile swej zawodowej kariery. Gdy w roku 1996 za pieniądze ojca zakładał pod Paryżem tenisową akademię był w środowisku  postacią obcą. Nie dziwota o tyle, że komputerowe archiwum ITF, zapytane o kortowe dokonania  osoby o takim nazwisku, wypluwa dziś jedno tylko słówko: „unknown”. Wiadomo, że urodził się we Francji i pochodzi z bogatej greckiej rodziny, która nad Sekwanę dotarła prosto ze… Stambułu. To pewnie stąd wziął się w biografii turecki ślad. O innych detalach dzieciństwa czy dorastania nie wiadomo nic. Powstaje wrażenie, jakby Patrick zjawił się na tym świecie niedawno, dokładnie wtedy, gdy na jego korty 16 lat temu trafił Marcos Baghdatis. Potem, co wylicza sama akademia, pojawiali się następni: Anastazja Pawliuczenkowa, Aravane Rezai, Yanina Wickmayer, Laura Robson, Jeremy Chardy, Grigor Dimitrow. Dla wszystkich firma Mouratoglou była jak przedział kolejowy, do którego się wsiada, a po kilku stacjach go opuszcza. Podobnie rzecz się miała z grupą niezłych trenerów, ze Szwedem Peterem Lundgrenem na czele. Wymienieni niewątpliwie dodawali blasku rozrastającej się i coraz bardziej znanej placówce. Nikt z nich jednak nie spowodował aż takiej marketingowej eksplozji, jak w roku 2012 Serena Williams!

Związek wybitnej amerykańskiej tenisistki i w miarę kiedyś rozpoznawalnego francuskiego trenera był niczym gigantyczne trzęsienie ziemi. Na pewien czas stali się parą nie tylko na korcie, także w życiu prywatnym. On wystąpił o rozwód i zapomniał o ukochanych córkach. Ona, zaangażowana emocjonalnie, zgodziła się na niebywałe treningowe poświęcenia. Na gruncie tenisowym długa lista jej sukcesów i rekordów uległa w jego obecności zasadniczej poprawie. On osiągnął chyba szczyty popularności i powodzenia. Akademia wdrapała się w Europie na pozycję lidera rynku, a właściciel zaczął myśleć o inwestycjach. Nowy, gigantyczny oddział w pobliżu Nicei to sygnał, że jego biznes wspaniale się rozwinął. Od strony medialnej Patrick też nie może narzekać. Z dnia na dzień wyrósł na prawdziwą gwiazdę telewizyjną i poszukiwanego gościa albo wykładowcę imprez takich, jak ta warszawska. Przy okazji, bo to w końcu typowe dla ludzkiej natury, skoro zaczął wysuwać się nad przeciętność to od razu przybyło mu wrogów.

Podczas mijającego już sezonu częściej niż poprzednio dało się słyszeć na jego temat głosy krytyki. Raz czy drugi nerwowo zareagował z lekka już zapomniany papa Williams, wśród szkoleniowców postrzegany jako jednak totalny ignorant. Swoje zdanie wyrażali też dawni zawodnicy, zwłaszcza amerykańscy, którym regularne lansowanie tego akurat eksperta mocno się nie podobało. Starannie produkowany i zręcznie ilustrowany program „The Coach”, ukazujący się na antenie Eurosportu, z jednej strony doczekał specjalnej nagrody (FICT Award) za „innowacyjne, wirtualne wykorzystanie danych statystycznych”, z drugiej był często wyśmiewany za tematyczne płycizny. Kilka miesięcy temu jeden z polskich trenerów, regularnie podróżujących po dużych turniejach, opowiadał mi, jak od kuchni wyglądają treningi Patricka z Sereną. „On jest przede wszystkim wielkim spryciarzem. Doskonale wie, w jakim momencie, zawsze pół kroku za zawodniczką, powinien wyjść na kort, gdzie stanąć i jaki gest wykonać. On wszystko robi pod kamerę telewizyjną. Tak samo zachowuje się w trakcie meczu. Intuicyjnie odgaduje, kiedy akurat jest pokazywany i rewelacyjnie wtedy gra. Aby sobie wyrobić opinię na temat jego szkoleniowych umiejętności trzeba by się przyjrzeć jego pracy z kimś nieznanym, albo początkującym na bocznym korcie, kiedy nie ma tam reporterów TV. Bo tak wiemy jedynie, że od strony PR gość jest wręcz modelowy. Dokładnie o takim zachowaniu wspominają podręczniki postępowania z klientem”.

Osobiście mam wrażenie, że Patrick Mouratoglou to taka europejska kopia, chyba nawet wyraźnie  udoskonalona, słynnego Nicka Bolletierego. Ta sama taśmowa produkcja przyszłych zawodników, identyczne posługiwanie się znanymi nazwiskami, fantastyczne opakowanie i wszelkiego rodzaju zabiegi marketingowe. Ten z Florydy zaczynał jako komandos i spadochroniarz, a na korty trafił przypadkiem. Ten spod Paryża jako dzieciak został nawet dostrzeżony przez ludzi z FFT, ale wtedy interesowała go kariera w ojcowskim biznesie. Do rakiety wrócił po ukończeniu 35 lat, a ponieważ było za późno na karierę własną postanowił, że będzie uczył innych. Naturalnie ani jeden życiorys, ani drugi nie wyklucza możliwości zostania gwiazdą szkolenia tenisowego, jednak jakoś bliżej mi w tym sporcie do modelu czeladnik – mistrz, niż pomysłów z fabryki rodem, skutkujących sporym przyrostem w kieszeni właściciela, o wiele mniejszym zaś w umiejętnościach elewa.

Na koniec słowo jeszcze o trenerach czy coachach. Profesja zdecydowanie nie należy do łatwych, z boku jednak jawi się niektórym jako zajęcie najprostsze w świecie. Ludzie sądzą, że szkoleniowiec dobry to ktoś, kto sam kiedyś nieźle grał w tenisa, albo wciąż dobrze to robi. Nic bardziej mylnego. Ta akurat cecha pomaga, lecz nie determinuje. Profesor z rakietą winien spełniać wiele warunków, od schludnego wyglądu, przez umiejętność komunikowania się z otoczeniem, po wiedzę praktyczną dotyczącą techniki uderzeń albo też taktyki rozgrywania piłki w meczu. Najistotniejsze jednak, aby był dobrym pedagogiem. Potrafił przekazywać posiadaną wiedzę i uruchamiać to nowe, właściwe wykonanie. Tylko tyle i aż tyle. Nauka gry w tenisa to jest przecież rodzaj usługi. Gdy idziemy do fryzjera chcemy być dobrze uczesani. Gdy do piekarza to w nadziei nabycia smacznego chleba. Jest nam miło, gdy fryzjer względnie piekarz są uprzejmi, elokwentni, świetnie wyglądają i fajnie się z nimi spędza czas, lecz w końcu nie za to w pierwszym rzędzie im płacimy.

Karol Stopa

9 grudzień 2015