mardy_fishWielkie zainteresowanie, zwłaszcza w Stanach, wywołała krótka depesza agencji Associated Press z minionego wtorku. Czytamy w niej, że Ivan Lendl wyraził zgodę na pracę przy jednym z ważnych programów federacji USTA. Chodzi o wspólne treningi z grupą amerykańskich 15- i 16-latków. Ośmiokrotny mistrz turniejów wielkoszlemowych i były już opiekun Andy Murraya zadeklarował 50 dni takich zajęć w skali roku, w szczególności późną jesienią i zimą. Wiele wskazuje, że na tym samym polu pospieszą z pomocą amerykańskiej federacji także Mardy Fish i Jill Craybas, para profesjonalistów, którzy niedawno zakończyli swe kariery. On będzie pracował ze zdolną młodzieżą w Kalifornii, ona na Florydzie. Cała akcja to efekt działań Martina Blackmana, człowieka, który w kwietniu zastąpił Patricka McEnroe na stanowisku szefa wyszkolenia amerykańskiego tenisa.

Od roku 2011 nie było reprezentanta USA w ćwierćfinale imprezy wielkoszlemowej. Od US Open 2003 i zwycięstwa Andy Roddicka wciąż czekają za oceanem na taki tytuł w męskich rozgrywkach. U pań niby jest lepiej, ale trzeba jednak pamiętać, że od roku 2005 w tych najważniejszych finałach gwiazdy i pasy ze sztandaru reprezentowały wyłącznie siostry Williams. Amerykanie mają w tym tygodniu w dwudziestce rankingu ATP jednego tylko gracza (John Isner), czterech zawodników w pięćdziesiątce, siedmiu w setce. Akcje kobiece stoją wyżej, bo Serena jest nr 1 WTA a Venus nr 7, w TOP 50 jest siedem pań, a trzynaście w TOP 100. Nie zmienia to faktu, że tak potężna federacja, inwestująca co roku niewyobrażalne wręcz kwoty na rozwój dyscypliny, uzyskuje bardzo jednak marne efekty. „Nie potrafię powiedzieć, co poszło źle i dlaczego. Dyskutowaliśmy za to z Martinem o tym, jak chciałbym poprowadzić tę grupę młodych” – mówi dziś Lendl. Z kolei Blackman uważa, że nastąpiło w Stanach zerwanie więzi pokoleniowej z dawnymi amerykańskimi mistrzami. Można ich teraz często zobaczyć i posłuchać w przekazach stacji telewizyjnych, w roli komentatorów, albo ekspertów w studiu, niestety bardzo mało było dotąd okazji, aby z wiedzy i umiejętności tych osób młodzież korzystała na korcie. Nowy szef szkolenia stara się sytuację zmienić i prowadzi rozmowy, mające nakłonić dawne gwiazdy do powrotu do pracy trenerskiej, zwłaszcza tej z początkującymi. „Powtarzamy pomysły, jakie dały dobre wyniki zwłaszcza w mocnych federacjach europejskich, we Francji oraz w Hiszpanii, a od lat sprawdzają się także w Australii”.

Pytany o swe plany odnośnie pracy z kimś z najwyższego poziomu wyczynu Lendl podkreśla, że dziś autentycznie nie wie, czy w ogóle, kiedy i gdzie może jeszcze wrócić do tego pomysłu. „Jeśli pojawi się jakaś sensowna i realna propozycja, gotów jestem ją rozważyć” – deklaruje. Na razie były lider rankingu ATP, triumfator 94 zawodowych turniejów i od 2001 postać z tenisowego Hall of Fame najpoważniej traktuje swą pracę z najmłodszymi. Zaangażował do pomocy Jez Green’a, trenera kondycyjnego z teamu Murray’a i zaczął od rozmów z kandydatami na przyszłe gwiazdy. „Pytam ich, jak sobie wyobrażają swój tenis w przyszłości, jaki styl gry im odpowiada, na kim się wzorują i dlaczego. Szukam mocnych i słabych punktów, a potem tworzę każdemu program zajęć indywidualnych, mający w pierwszym rzędzie eliminować słabości. Oczywiście są sytuacje, kiedy nie zgadzamy się co do generaliów. Gdy bardzo wysoki chłopak, któremu prognozują, że osiągnie 203 cm wzrostu mówi mi, że chce grać jak Rafa Nadal to wymaga to długiej i poważnej dyskusji”. Wypisz wymaluj sytuacja z pewnej rodzimej szkółki tenisowej, gdzie dosłownie na moich oczach małe, drobne dziewczynki deklarowały, że zostaną kiedyś polską…Sereną Williams.

Te różne analogie do sytuacji znanych z polskich kortów przy odczytywaniu depeszy AP same się cisną do głowy. Naturalnie, trudno nad Wisłą i Odrą dokonywać dziś porównań do amerykańskiego tenisa, jako że USTA dysponuje budżetem większym od niejednego państwa na świecie, my zaś nawet w Europie jesteśmy pod tym względem III-ligowcami. Aliści sytuacja ulega ostatnio zmianie, a wyniki drużynowe naszych pań i panów spowodowały, że w pustej od paru lat związkowej kasie pojawiło się jednak trochę wpływów. Goszcząc kobiece reprezentacje Rosji i Szwajcarii, a także męskie zespoły Litwy, Ukrainy i Słowacji można się było łatwo przekonać, jak liczne i naprawdę mocne personalnie ekipy do nas docierają. Przy czym nie chodzi tu wcale o osoby występujące na korcie, lecz o całe zaplecze. Wystarczyło przyjrzeć się zachowaniu i aktywności słynnej kiedyś mistrzyni Roland Garros Anastazji Myskiny, finalisty z Paryża Andrieja Miedwiediewa, czy dwóch słowackich znakomitości Miloslava Meczirza i Karola Kuczery, aby zrozumieć, jak ważny jest przy podobnych okazjach przekaz doświadczeń od osób z nazwiskami. My, jak na razie, mamy problem nawet z organizacją przyjazdu na koszt federacji znanych kiedyś zawodników i trenerów. Pierwsza taka próba, podjęta we wrześniu w Gdyni, była połowicznie tylko udana. Zabrakło tam – a szkoda, gdyż mogło się to okazać cenne – większej konsolidacji z grającą trudny mecz drużyną narodową. Zespół mający za plecami galerię znanych postaci, skłonnych zawsze coś mądrego podpowiedzieć w trudnym momencie, to nie tak znów wielki wydatek, a jednocześnie mądre posunięcie federacji. Tak robią Francuzi, Niemcy, Czesi, Hiszpanie więc i my powinniśmy sięgnąć po ten wariant.

Zatrudnienie byłych reprezentantów do szkolenia najmłodszych to sprawa znacznie już trudniejsza, bo wymaga spełnienia wielu warunków, jakie w naszym tenisie chwilowo nie występują. Być może stanie się tak kiedyś, w przyszłości, gdy polskie współczesne gwiazdy skończą swe kariery i dojdą do wniosku, że z tego, co osiągnęły warto choć odrobinę przekazać następnym. Brzmi jak bajka wobec tego, co dotąd przerabialiśmy, ale przecież i bajki też się czasem na jawie zdarzają.

Karol Stopa

12 listopad 2015