(SP)CHINA-BEIJING-TENNIS-CHINA OPEN-WOMEN'S SINGLES (CN)W chińskim Zhuhai finiszuje Huajin Securities WTA Elite Trophy. Turniej dla pań, które się nie zakwalifikowały do Singapuru, a wciąż im się chce i jeszcze mogą. Jeden z tych mocarstwowych pomysłów nieobecnej już na szczęście kanadyjskiej szefowej WTA.

Przesada i zadęcie z możliwie najgrubszej trąby to było zawsze coś, co wyróżniało kroki tej pani, nic dziwnego zatem, że jedno huczne tenisowe wesele na koniec sezonu nie pasowało ongiś do poziomu jej ambicji. Wymyśliła sobie tygodniowy ciąg dalszy dla zaplecza gwiazd, taki rodzaj tenisowych poprawin. Niestety dość szybko się okazało, że – niezależnie od atrakcyjnych czasem lokalizacji – wciąż jest to raczej marna zabawa. Na weselach takie świętowanie, przeciągane ponad miarę, pasuje głównie tym z mocnymi głowami. Na korcie dziś to jednak oglądana słabo albo wcale, niezbyt ciekawa rywalizacja jakichś niedobitków.

U nas nawet ci wielcy entuzjaści kobiecego tenisa, zafascynowani tytułem Agnieszki Radwańskiej, właściwie turnieju w Chinach nie zauważyli. Strata jest niewielka i raczej nie byłoby się nad czym rozwodzić, gdyby nie drobiazg. Być może komuś przemknął przed oczami rezultat 0-6 0-6 z meczu Andrei Petkovic z Carlą Suarez Navarro. Zważywszy pozycje rankingowe Niemki oraz Hiszpanki, a także samą rangę imprezy, ten tenisowy rowerek (jak kto woli, obwarzanek, bajgiel itd.) z lekka szokuje. W tegorocznym cyklu WTA takich rozstrzygnięć odnotowano dotąd jedenaście, większość na poziomie I rund, a z jednym tylko wyjątkiem (Stuttgart: Diyas-Lisicki) wszystkie w pojedynkach faworytek z mniej znanymi rywalkami. Po ostatniej piłce meczu z Carlą Andrea zalała się łzami. Swą reakcję tłumaczyła potem amerykańskiej dziennikarce, Courtney Nguyen, z którą zgodziła się rozmawiać, choć ani nie miała ani takiego obowiązku, ani okoliczności temu nie sprzyjały.

Okazało się, że Niemka boryka się teraz z dwoma problemami. Pierwszy ma ewidentnie charakter doraźny. Podczas grupowego meczu z Ukrainką, Eliną Switoliną, Andrea uszkodziła sobie lewe kolano. W spotkaniu z Carlą po kilku piłkach ból wrócił i tenisistka szybko zrozumiała, że albo musi zejść z kortu, albo przyjąć niekorzystne dla siebie warunki i przełknąć całą gorycz porażki. „To była taka walka z samą sobą, z własnymi myślami. Szacunek dla rywalki, dla publiczności, dla turnieju nakazywał, abym została na korcie do końca” – mówiła zrozpaczona Niemka po spotkaniu. „Znamy się doskonale i wiem, że ona zrobiła dziś coś niezwykłego. Nie miała szans na sukces, a jednak wytrzymała aż do ostatniego punktu i nie poddała meczu. W naszym cyklu niewiele jest zawodniczek, które byłoby stać na taki gest” – skomentowała to zachowanie rywalka.

Drugi problem Andrei Petkovic ma – jak się okazuje – znacznie poważniejsze podłoże i tak szybko nie da się go rozwiązać. Kilka miesięcy temu bardzo poważnie zachorowała matka tenisistki. „To był dla mnie wyjątkowo silny cios, bo właściwie straciłam resztę motywacji do gry. Szczęśliwa jestem teraz tylko wtedy, gdy przebywam w domu z najbliższymi. Każda minuta spędzana gdzieś w świecie, na turniejach, wprowadza mnie w stan silnej depresji. W praktyce jest tak, że czasem po prostu nie mam ochoty wstać rano z łóżka. Z jednej strony jestem profesjonalistką i czuję się też w pełni Niemką, a to mi nakazuje iść do sali ćwiczeń fizycznych, odbyć kolejny trening na korcie, czy jechać na turniej, z drugiej strony to jest dokładnie coś, czego już nie chcę robić. Mam wrażenie, że jestem torturowana” – mówi zawodniczka i kolejny raz podczas rozmowy płacze.

Z opowieści Andrei wynika, że problem z odnajdywaniem motywacji przerabiała wcześniej, jeszcze przed chorobą matki. Dobre wyniki z końca sezonu 2014 były niczym maska, przysłaniająca istotę sprawy. Na starcie tego roku, podczas turniejów w Australii, doszło do dziwnych, dość nerwowych zachowań Niemki. Próbowały pomagać koleżanki, np. Angelique Kerber, ale ta pomoc działała na krótko. Petkovic jest w czołówce postacią nietypową. Wykształcona, inteligentna, zaczytująca się książkami, zwłaszcza ulubionych pisarzy, Goethego i Wallace’a, potrafiąca wypowiadać w bardzo błyskotliwy sposób. „Czasem mi się wydaje, że mam talent do wielu jeszcze innych rzeczy.

Może po prostu tracę czas, zajmując się grą w tenisa. Znajomi mnie krytykują, mówią, że jestem głupia, bo przecież byłam w pierwszej dziesiątce na świecie, a teraz cały czas w trzydziestce, wśród tych najlepszych na świecie. Nie przekreślam tego, wręcz jestem z tych osiągnięć autentycznie dumna. Z drugiej strony czasem sobie myślę, że gdybym zaczęła w wieku 17 lat jako np. pisarka, może teraz w wieku 28 lat odbierałabym nagrodę Pulitzera”. Padają gorzkie słowa o tak jej przeszkadzającej monotonii w cyklu, o spotykaniu w tych samych miejscach i sytuacjach wciąż tych samych twarzy. „To normalne, że nie lubimy wszystkiego, co wiąże się z naszą pracą, lecz tu akurat potrzebny jest jakiś balans. Problem polega na tym, że ja teraz więcej rzeczy w cyklu nienawidzę niż jestem w stanie zaakceptować. Podporządkowana niemieckiemu kolektywowi występowałam często jakby wbrew swoim zasadom. Może pora już, aby przemyśleć to wszystko i coś zmienić. Może pora na dłuższy urlop.”

Pytana o swoje plany Niemka odparła, że najpierw przez cztery dni będzie spała, bo musi odrobić brak snu z ostatnich dwóch miesięcy. Potem będę długie dni spędzone z rodziną oraz najbliższymi przyjaciółmi, a potem prywatna wyprawa do Stanów, do New York City, może do Portland. To są miejsca, gdzie dotąd czuła się najlepiej. Tam zamierza wszystko raz jeszcze przemyśleć i podjąć swą ostateczną decyzję. W marcu 2013 pisałem tutaj („Petko nie tańczy”) o wyjątkowym pechu tej sympatycznej zawodniczki i o jej powrocie po serii ciężkich kontuzji. Niemka podniosła się wtedy po ciosach, jakie dla innych pań oznaczałyby definitywny nokaut. Teraz Petkovic wyraźnie znów jest na zakręcie. „Nie martwcie się, bo ja nie zamierzam odejść i już nigdy nie wrócić. Potrzeba mi jednak chwili oddechu i trochę czasu na przemyślenia” – apeluje na koniec do grupy swych fanów niemiecka tenisistka.

Jeszcze jedna, która nam przypomina, że udane odbijanie piłki na tenisowym korcie to nie tylko, jak sądzą niektórzy, szczęście, bogactwo i radość. To czasem także poważne życiowe problemy, stress, albo zwykłe ludzkie łzy.