151101 SINGAPORE Nov 1 2015 Agnieszka Radwanska of Poland celebrates with her trophy afteAgnieszka Radwańska dokonała wyczynu do niedawna niewyobrażalnego, wygrała w Singapurze BNP Paribas WTA Finals. Przez osiem dni zdążyła pokonać aż trzy rywalki z pierwszej dziesiątki rankingu, podczas gdy od stycznia do października tego roku zrobiła to zaledwie raz. Przekroczyła barierę pięciuset singlowych zwycięstw i 20 milionów dolarów zarobionych na korcie w trakcie kariery, a na konto dorzuciła jednorazowo ponad 2 mln zielonych banknotów.

26-latka z Krakowa zamyka swój dziesiąty sezon z trzema turniejowymi tytułami i na pozycji nr 5 WTA, czyli o jedno miejsce wyżej w stosunku do lokaty, z jakiej wystartowała na początku roku. Imprezy na trawie, a potem wszystko co po US Open, w trakcie tak zwykle pasującej Polce azjatyckiej jesieni, to był czas udanej pogoni za rywalkami. Pierwsze pięć miesięcy to z kolei same rozczarowania, koniec głośnej współpracy z Martiną Navratilovą, no i przykre porażki, na czele z bolesną wpadką w I rundzie Roland Garros. Tuż po Paryżu szanse na Singapur wyglądały marnie. Aż osiemnaście rywalek przed Agnieszką w długiej kolejce oczekujących…

W miarę przybliżania się do tegorocznego turnieju mistrzyń lawinowo rosły dziwne zawirowania wokół imprezy. Na Flushing Meadows doszło do półfinałowej katastrofy Sereny Williams, a potem Amerykanka, zrozpaczona z powodu utraty wielkiego szlema, oświadczyła że kończy ten sezon i do Azji nie pojedzie. Kolejnym ciosem była nagła rezygnacja Stacey Allaster z funkcji szefowej WTA. Pod jej nieobecność okazało się, że kilka pań zainteresowanych grą w Singapurze wprowadzono w błąd. Fatalnie spisali się informatycy cyklu (Kerber), niewiele lepiej odpowiedzialni za regulaminy i terminarz turniejów, zwłaszcza tego w Luksemburgu, odrzuconego z punktacji The Race (Pennetta, Bacsinszky, Ivanovic).

Najpierw zapachniało grubszą aferą i nawet procesami, potem rozeszło się po kościach, bo zawodniczki jedna po drugiej demonstrowały słabą formę, tłumaczyły kontuzjami, wycofywały z imprez, względnie przed czasem schodziły z kortu. Ostatecznie wszystkie panie z ewentualnymi pretensjami dostały upragniony bilet. Po losowaniu grup nastroje były w kraju raczej średnie, a po dwóch pierwszych pojedynkach tylko optymiści przebąkiwali, że liczą jeszcze na cud. W grupie Polki było na koniec kilkanaście scenariuszy i tylko jeden dobry dla Radwańskiej. I ten właśnie doczekał realizacji. Podobnie jak w przypadku Petry Kvitovej obie panie trzecie mecze wygrały, potem mogły liczyć tylko na koleżanki. O dziwo pomoc nadeszła, odpowiednio od Marii Szarapowej i Lucie Safarovej. Po raz pierwszy w 44-letniej historii imprezy okazało się, że aż dwie zawodniczki z jedną wygraną z grupy mogą się znaleźć w półfinale. Nikomu nie przyszło do głowy, że obie dotrą także do finału.

Złoty sen Agnieszki zaczął się podczas tie-breaku I seta z Simoną Halep. Rumunka prowadziła w tym dodatkowym gemie 5-1, gdy nagle skończyło się paliwo w tenisowym baku. Polka w trakcie całej kariery wiele razy wykorzystywała takie sytuacje więc i tu była bezbłędna. Niezależnie od prezentów rywalki nasza tenisistka chyba wtedy wpadła w swój niewiarygodny trans. Niczego nie psuła, biegała i uderzała jak maszyna, imponowała odgadywaniem kierunków i długością odegrań, podejmowała chwilami wręcz genialne decyzje taktyczne, wreszcie w skrajnie trudnych sytuacjach popisywała się karkołomnymi i zarazem precyzyjnymi odbiciami z powietrza. Trybuny i widownia telewizyjna miały prawo oszaleć. Ten stan nirwany utrzymał się od trzeciego meczu w grupie aż do ostatniej piłki finału. Z różnymi wahnięciami podczas szalonego boju z Garbine Muguruzą, także w niedzielę z Petrą Kvitovą, Polka wyglądała w tej walce i odbijała niczym postać ze świata, jakiego raczej dziś już nie ma. W kręgach tenisowych ludzie patrzą na jej mecze wystarczająco długo, aby sprawnie dedukować. Znam takich, którzy po kilku akcjach wiedzą, jak się pojedynek krakowianki potoczy. Tutaj jednak, poza hurra optymistami lekceważącymi empirię, nie było mądrych. I chyba także dlatego ten sukces wywołał potem aż tyle szalonej radości.

W marcu br. mój kolega z „Rzeczpospolitej”, Mirek Żukowski, w swym wyważonym i mądrym tekście pt. „Nie strzelajcie do Agnieszki” apelował do krajowej armii tenisowych naprawiaczy o rozsądek. Chodziło mu zwłaszcza o grono wciąż zwalniające trenerów naszej zawodniczki i o ludzi podjudzających do takich działań. W kwietniu, w Zielonej Górze, znany szwajcarski szkoleniowiec Heinz Gunthardt, atakowany przez nasze media, rzekł na temat Radwańskiej: „Dajcie jej spokój! Dziś gra gorzej, ale to nie jest koniec świata. Jeszcze Wam pokaże na co ją stać!” Teraz naturalnie mamy odwrotną sytuację, słynne pompowanie tenisowego balonu. Ci sami ludzie w wyścigu kto więcej i głupiej, cały czas niestety w tym osobliwym klimacie patriotycznego spazmu. Po Niemce Sylvii Hanice w 1982 Polka jest dziś drugą tenisistką z wygranym turniejem mistrzyń, lecz bez wielkoszlemowego tytułu. Była jeszcze na tej liście Francuzka Amelie Mauresmo, tyle że ona akurat po zwycięskim finale z Mary Pierce w 2005 kilka miesięcy później podbiła Melbourne, a pół roku potem Wimbledon. U nas naturalnie z każdą godziną przybywa mędrców, którzy już wiedzą, że Polka w 2016 powtórzy ten akurat wyczyn.

Dla jasności: to nie jest scenariusz do wykluczenia, ale jednocześnie używanie takiej argumentacji dziś jest nadużyciem i zwykłym biciem piany. Impreza wielkoszlemowa to jednak dwutygodniowy turniej, gdzie sukces daje wygranie siedmiu, a nie trzech pojedynków i gdzie po każdej przegranej po prostu się odpada. Tam nie ma nieobecności na zasadzie, bo mi się nie chce, tam połowa pań nie przybywa ze szpitala, albo wczasów, lecz po ciężkim, specjalnym przygotowaniu. Dla Radwańskiej największy skarb z Singapuru nie ma związku z pieniędzmi czy punktami. Najistotniejsze było przekonanie samej siebie, że może dość długo funkcjonować na poziomie najwyższej aktywności, wytrzymać ból i zmęczenie, a nawet okazać się mocniejszą fizycznie od rywalek, na tle których prezentuje się niczym chucherko. Agnieszka, jak wiadomo, była już w finale Wimbledonu 2012, a nadto przynajmniej trzy razy nie wykorzystała okazji, by się w wielkoszlemowym finale znaleźć ponownie. Być może teraz, bogatsza o singapurskie doświadczenia, będzie w stanie tego dokonać. To jest w pierwszym rzędzie kwestia nastawienia jej oraz grupy współpracowników, którym życzyć należy teraz, aby im jednak nikt nie przeszkadzał.

Na koniec słowo o wielkiej nieobecnej. Po trzech latach bezwzględnej dominacji w imprezie Sereny Williams była okazja przekonać się, jak może wyglądać krajobraz po zejściu Amerykanki ze sceny. Sukces Radwańskiej to w istocie zwycięstwo wyraźnie innej gry: sprytnej, kombinacyjnej, niezbyt mocnej, zarazem ogromnie atrakcyjnej dla publiczności. Taki autentycznie kobiecy tenis, co mocno podkreślają sponsorzy zainteresowani współpracą z Polką. Tuż przed startem Singapuru głośno się zrobiło o agencji menedżerskiej Lagardere. Zwolniono odpowiadającego za tenis Johna Tobiasa, bo firma straciła Azarenkę i Bouchard. Za kolegą ujęli się i odeszli trzej inni agenci, m.in. Szkot Stuart Duguid, opiekun sióstr Radwańskich i Janowicza. Po wakacjach pewnie przyjdzie czas rozmów w tej sprawie. W branży tytuły wielkoszlemowe są ważne, lecz nie najważniejsze. „Zauważyliśmy, że ludzie interesują się dużymi turniejami tenisowymi mniej więcej od ćwierćfinałów. Agnieszka od lat ma rewelacyjną średnią występów na tym właśnie poziomie, lepszą nawet od Sereny, Marii czy Karoliny, a to jest wielki atut dla naszych oferentów” – tłumaczył Duguid na początku tego sezonu, wyjaśniając skąd oferta dla Polki na poziomie 2,5 mln dolarów rocznie. Z tytułem WTA Finals w kieszeni być może przyjdzie czas na nowy rozdział takich negocjacji.

Karol Stopa