151026 SINGAPORE Oct 26 2015 Garbine Muguruza of Spain reacts during the WTA Tennis DamenPodczas tegorocznego Wimbledonu zagrały mecz marzenie, zwłaszcza w pierwszym secie. Po kilku wyjątkowo długich i dramatycznych wymianach trybuny niemal oszalały. Ludzie krzyczeli wtedy, podnosili się z miejsc, łapali za głowy, śmiali od ucha do ucha. Byli świadkami fascynującego widowiska, do jakiego zawsze dochodzi na korcie, kiedy dobrze przeprowadzany, dynamiczny atak trafia na doskonałą, twardą obronę. Hiszpanka przegrywała już 0:3, potem panie przez kwadrans biły się o jeden gem, a w tie-breaku Niemka miała dziewięć piłek setowych. Po równo 83 minutach sędzia ogłosił: Garbine Muguruza 12-10. W secie drugim Angelique Kerber, półfinalistka sprzed roku, okazała się wyraźnie lepsza. W trzecim jednak sytuacja się odwróciła i mocno dominowała rywalka, późniejsza finalistka. Po spotkaniu media pisały o epickim pojedynku, eksperci mówili o najlepszym secie sezonu. Triumfatorkę chwalono, bo pierwszy raz w Londynie doczekała drugiego tygodnia. Przy okazji pojawiły się też prognozy dotyczące jej tenisowej przyszłości. Brzmiały dość czytelnie: nowa gwiazda nam się rodzi!

Podczas ich grupowego meczu w ramach BNP Paribas WTA Finals można było spokojnie wrócić do niezwykłych londyńskich wspomnień. Tym bardziej, że singapurski pojedynek okazał się wręcz powtórką tamtego widowiska. Z jedną poprawką wszakże. Mimo wielu wspaniałych zagrań Kerber to Muguruza była tym razem główną i cały czas dominującą aktorką widowiska. Jej siła fizyczna, chęć atakowania i sposób w jaki to robiła od razu rzucały się w oczy. Statystyki akcji przy siatce robią wrażenie, bo chyba od czasu Justine Henin nie było w zawodowym tenisie pań nikogo, kto takie sytuacje generowałby równie często i skutecznie. W pierwszym secie doszło do kilku sytuacji, jakie mogły poderwać na nogi. Szczególnie gdy ktoś chłodno spojrzał na wcześniejsze turniejowe produkcje, niestety zbyt monotonne i zdominowane przez błędy. Hiszpanka tymczasem potrafi już odbijać nie tylko wyjątkowo mocno, ale i kończyć tego rodzaju zagrania pięknym, technicznym uderzeniem z powietrza. Internet zareagował tu od razu, a porównania do Argentyńczyka, Juana Martina Del Potro, wcale nie są pozbawione sensu. Garbine przy okazji pokazała również, że coraz lepiej umie sobie poradzić z presją. I z Safarovą i z Kerber miała na korcie sporo chwil słabych, lecz zawsze potrafiła wybrnąć z tych trudnych sytuacji.

Muguruza jest tenisistką z dość oryginalną biografią i oficjalnie dwoma paszportami. Na świat przyszła 22 lata temu w Caracas, w Wenezueli, w ojczyźnie swej matki Scarlet. Ojciec Jose Antonio jest Baskiem, w Ameryce Południowej pracował na kontrakcie przy produkcji komponentów elektrycznych. Na kort trafiła w wieku 3 lat w Caracas, w ślad za dwójką starszych braci, Asierem i Igorem. Naukę kontynuowała w Barcelonie, gdzie przeniosła się niemal cała rodzina. Przez prawie dziesięć lat była uczennicą akademii, założonej przez Sergi Bruguerę i jego ojca. Do połowy tego roku, przez równo 5 lat, jej karierą zajmował się Hiszpan Alejo Mancisindor. Rozstali się po finale Wimbledonu i nie odebrano tego najlepiej, ale jak twierdzi zawodniczka wcześniej już omawiali ten ruch i nie był to z jej strony koniunkturalizm. Przypadek za to sprawił, że nowym coachem został Samuel Sumyk, Francuz, który do wielkich sukcesów doprowadził Azarenkę, a potem szybko się rozstał z Bouchard. Garbine jest dziś gwiazdą nr 1 Adidasa, pod specjalną opieką kreującej dla niej stroje Stelli McCartney. Jeśli dalej trwać będzie kryzys Rafaela Nadala za rok to ona może zostać pierwszoplanową postacią w kraju. Szczególnie, gdy będzie pierwszą od Arantxy Sanchez-Vicario (1998) i Conchity Martinez (1994) Hiszpanką z wielkoszlemowym tytułem. Na razie jej pasja to muzyka i szybkie samochody. Młoda, wysoka (182 cm), ambitna, skłonna do szukania perfekcji, ale doskonale już wiedząca, że wszystkiego naraz zrobić się nie da, a po wejściu na szczyt trzeba się liczyć ze spadkiem w dół. Ma w swoim DNA mieszankę różnych genów, ale nie zastanawia się nad ich znaczeniem. Jest życiowe motto jest proste: cały czas iść do przodu. Niemal tak jak na korcie, gdzie zamiast czekać na błąd rywalki woli sama zaatakować.

Wimbledońskie proroctwo z pierwszych dni lipca na temat nowej, wielkiej gwiazdy tenisa pań, wraca pod koniec października, ze zdwojoną siłą. Raczej już nie zwykła wróżba, ani też pobożne chęci, ale nieomal pewnik. O ile tylko nie potwierdzą się rozsyłane ostatnio po świecie internetowe plotki o macierzyństwie Sereny Williams to wydaje się, że w sezonie 2016 największą rywalką Amerykanki powinna zostać właśnie mieszkanka Barcelony. Trzy panie z wielkoszlemowej galerii mistrzyń z różnych powodów dziś już nie przekonują. Wiktoria Azarenka nie potrafi odzyskać kontroli nad swym organizmem, zresztą nawet zdrowa nie dawała rady młodszej z sióstr. Jej bilans gier z aktualną liderką WTA, 3-17, wyjaśnia chyba wszystko. Podobnie jest z Marią Szarapową i z Petrą Kvitovą. Rosjanka pokonała Serenę tylko dwa razy, jedenaście lat temu, Czeszka ledwie raz, w tym roku w Madrycie, kiedy rywalka wyraźnie miała dość hiszpańskiej imprezy. Gdy zsumować mecze obu przeciw tenisistce z USA wychodzi przygnębiające 3-23. Przez kolejne sezony widać było jak odpadają z wyścigu z Amerykanką najpierw Ana Ivanovic, a potem Karolina Woźniacka. Teraz podąża w tę stronę Simona Halep. Rumunka, którą się rok temu zachwycałem kompletnie się na korcie pogubiła, coraz częściej gra zachowawczo, a jej spryt taktyczny chyba gdzieś wyparował. Za dużo zmian trenerskich, kontuzji i doradców, za mało niestety siły fizycznej oraz kondycji na tak nieefektywny tenis. Na dodatek nie wiadomo, skąd jeszcze te pokłady energetyczne czerpać.

Doskonale zdaję sobie sprawę, jak ryzykowne jest wystawianie ocen w trakcie takiej imprezy jak BNP Paribas WTA Finals w Singapurze. Po czterech dniach gier grupowych na dobrą sprawę nic tam przecież nie zostało rozstrzygnięte i każda z ośmiu pań wciąż ma teoretyczną szansę na awans do półfinału. Niezależnie jednak od kolejnych wyników, nawet tych końcowych, jest jeszcze coś takiego jak wrażenia odbiorców widowiska, ich zadowolenie, albo wręcz niechęć. Moim zdaniem to przede wszystkim Hiszpanka jest dziś postacią wzbudzającą u większości patrzących aplauz oraz uznanie, bo to ona przede wszystkim prezentuje styl polegający na kreowaniu własnych akcji. Z zachowaniem proporcji coś zbliżonego do wyczynu Stana Wawrinki w finale tegorocznego Roland Garros, porywający tenis na TAK. Jednocześnie, jak wynika z regulaminów, dyscyplinę można również uprawiać inaczej, bezpiecznie przebijając piłki na drugą stronę w oczekiwaniu na błąd przeciwnika. Życie i doświadczenie podpowiada, że tą drogą także można dojść do świetnych rezultatów i wielkich pieniędzy. Mam ogromny szacunek do osób, które właśnie w ten sposób grać potrafią, bo to również jest sztuka, ale przed telewizorem wybieram zawsze pierwszą opcję. Druga tak mnie nie fascynuje.

Karol Stopa