Zadziwiających wyników dostarcza nam każdego kolejnego dnia turniej WTA w chińskim Wuhan. Impreza jest poważna, bo Premier 5 to przecież druga półka od góry w turniejowej strukturze cyklu. Tymczasem widać, że niemal żadna ze znanych pań nie potrafi tam bronić na korcie swej wysokiej pozycji w rankingu. Z drugiej zaś strony między młodszymi a starszymi jakby pękły nagle wszelkie bariery i każda może teraz pokonać każdą. Jesień to w ogóle jest dziwny czas zawodowego tenisa. Po dziewięciu miesiącach mordęgi, gdy po US Open trzeba wykrzesać energię na dodatkowe pięć tygodni u pań i siedem tygodni u panów, nawet spektakularne finansowe premie mistrzostw WTA czy ATP nie wszystkich podrywają na nogi. Widać jak sypią się wyeksploatowane aż do granic możliwości organizmy tych bardziej doświadczonych. Widać od razu, kto zaoszczędził trochę sił na tę porę i jest w stanie jeszcze powojować, a kto tylko marzy o wakacjach. Wymarzona okazja dla kilku pretendentek, albo dla tych, które zmarnowały początek sezonu.

Wiele wskazuje, że niebywale emocjonujący będzie w tym roku finisz rywalizacji o WTA Finals. Na początku tego tygodnia trzy panie: Serena Williams, Simona Halep i Maria Szarapowa, miały  zagwarantowany start w Singapurze, pięć miejsc w klasyfikacji „The Race” czekało na obsadzenie. Poważnych kandydatek w momencie startu Wuhan było dziewięć. W tej grupce Petra Kvitova i Lucie Safarova znajdowały się mały kroczek przed siódemką: Flavia Pennetta, Angelique Kerber, Carla Suarez Navarro, Agnieszka Radwańska, Garbine Muguruza, Karolina Pliskova, Belinda Bencic. Cała ta sytuacja jest jednak niebywale dynamiczna i zmienia się każdego prawie dnia. Rachunek jest generalnie prosty. Wygrywając Wuhan (900 pkt) i Pekin (1000 pkt) można się poprawić aż o 1900 pkt. Ostatnie dwa tygodnie to mniejsze turnieje i szansa zdobycia odpowiednio 280 i 470 pkt. Ponieważ ósma na wyścigowej liście, Suarez Navarro, uzbierała do końca września 2960 pkt, teoretycznie może ją przeskoczyć każda z pierwszej setki. W praktyce nieduże szanse mają już tylko panie z 30-tki klasyfikacji. Jeszcze precyzyjniej te do miejsca nr 23 WTA (Venus Williams) i to też pod warunkiem wygrania jednego z ostatnich dużych turniejów.

Kluczowy dla losów wyścigu do Singapuru powinien być obowiązkowy start w Pekinie. Czwarta najważniejsza impreza WTA – to już jest pewne – będzie miała jednak dwie znaczące nieobecności. Oficjalnie pierwsza wycofała się Maria Szarapowa, narzekająca na kontuzję przedramienia. Druga białą flagę wywiesiła Serena Williams. Liderka właśnie oświadczyła, że nie pojawi się w tym roku na kortach już nigdzie, nawet w Singapurze. Nie do końca jest to ruch zaskakujący, bo kilka dni temu Patrick Mouratoglou opowiadał dziennikarce ESPN Melissie Isaackson, jak dramatycznie przeżywa swoje nowojorskie niepowodzenie liderka rozgrywek i jak bardzo brak jej jakiejkolwiek motywacji do powrotu. Co do reszty pań to znak zapytania można dziś stawiać chwilowo przy kilku innych nazwiskach. Chorowała i nawet przebywała w szpitalu Lucie Safarova. Rezygnowała też z kolejnych startów mistrzyni US Open, Flavia Pennetta, przy okazji jednak podkreślając, że zagra w mistrzostwach Chin, więc i do Singapuru na sam koniec kariery też zapewne poleci. Dodając Petrę Kvitovą, przypominającą co i rusz, że mononukleoza wciąż przeszkadza jej grać normalnie, należy też wspomnieć tutaj o kilku mniej czy bardziej kontuzjowanych, często schodzących przedwcześnie z kortu. Całość niestety wygląda groteskowo. Zarazem jest to wielka szansa dla tych za plecami.

W gronie ekspertów, analizujących cykl WTA słychać często o zjawisku wyraźnego spłaszczania czołówki. Gdy spojrzymy na ranking kroczący to ujrzymy na szczycie absurdalną wręcz dominację Sereny Williams, gromadzącej zaraz po Nowym Jorku niemal dwa razy tyle punktów co następna, Simona Halep. Potem w odstępie kolejnego tysiąca punktów widać dwójkę: Maria Szarapowa, Petra Kvitova. Miejsca od nr 5 do nr 10 zajmują panie, które przekroczyły barierę 3 tys. punktów. Piąta dziś na liście Lucie Safarova rok temu nie zmieściłaby się jednak ze swym dorobkiem w pierwszej jedenastce! Z porównań statystycznych wynika, że średnia punktów pierwszej piątki i pierwszej dziesiątki WTA spada i to systematycznie w ostatnich czterech latach. W sezonie 2012 wynosiła ona dla elity 8317 pkt., a dla całej dziesiątki 6395 pkt. W tym sezonie pięć pierwszych pań – mimo niesamowitego rekordu Sereny, która przekroczyła barierę 11,5 tys. pkt – ma średnią 6579 pkt, ale przeciętna dziesiątki to jest już tylko 4886 pkt. Obserwacja potwierdza zjawisko, z jakim mamy teraz do czynienia. Wydłuża się lista tzw. młodych-zdolnych, czyli potencjalnych następczyń gwiazd, jednocześnie niewiele dziewczyn z tej grupy umie zademonstrować swe postępy w każdym starcie. Z drugiej strony, poza funkcjonującą w innym wymiarze liderką, kilkanaście przynajmniej pań, uważanych za mocne turniejowe faworytki, na co dzień ma duże kłopoty z wykazaniem swej przewagi nad resztą.

Innymi słowy: brak dziś w turniejach WTA wyraźnych, mocnych liderek, a pretendentki co tydzień też się zmieniają. Powstaje sytuacja jak z loterii fantowej. Co i rusz nagrodę zdobywa ktoś inny. Zjawisko to w wymiarze sportowym ma nawet swoje plusy, lecz w niektórych miesiącach można odnieść wrażenie, że w cyklu panuje za duży bałagan i bezkrólewie. Czasem aż korci wtedy, aby spytać, czy ta wielka Serena Williams, przytłaczająca wszystko i wszystkich dookoła, pomaga kobiecym rozgrywkom wznieść się na wyższy poziom, czy raczej im przeszkadza…

Karol Stopa