Marin Cilic CRO Rafael Nadal ESP Roger Federer SUI Serena Williams USA TENNIS US Open 2015Dwóch zwycięstw zabrakło Serenie Williams do klasycznego wielkiego szlema, jednego Rogerowi Federerowi do założenia wyśnionej, osiemnastej korony. Jeszcze w piątek wielu obserwatorom US Open 2015 wydawało się oczywiste, że ten scenariusz doczeka w końcu realizacji. To stąd pewnie wzięły się nietrafione okładki oficjalnego turniejowego programu, dziwne teksty oraz reportaże z gazet i tygodników, koszmarne błędy telewizyjnych realizatorów, niestety także i w mojej stacji, kompromitacje dyżurnych wróżbitów z małego ekranu.

W sobotę i niedzielę tymczasem stadion nowojorski raz jeszcze przypomniał wszystkim, że sens i wielki urok sportowej rywalizacji nadal polega przede wszystkim na jej nieprzewidywalności. Gdyby było inaczej, jak chce demokratyczna większość, jaki sens miałaby ta zabawa za wielkie pieniądze i kogo by taki turniej interesował, poza skłonnymi popatrzeć, jak się sprawdzają ich własne typy, albo jak ich ukochane postacie kolejny raz sięgają po zwycięstwo.

To jest niemal, jak w polityce. Gdy jesteś zbyt pewien wygranej, a przychodzi porażka to zjawia się stan zbliżony do zwykłego kaca. Przeżywają go zarówno czynni, jak i bierni uczestnicy zdarzenia. Na szczęście stan ów szybko zwykle mija, z tym tylko, że jedni wyciągają wnioski z tego, co się stało, a inni do końca życia nie potrafią zrozumieć przyczyny więc za chwilę kolejny raz wpadają w tę samą pułapkę. Oczywiście, mam świadomość, że piszę banały. Kiedy jednak czytam i słucham niektórych opinii na temat ostatniego w tym roku wielkoszlemowego turnieju chwilami nie bardzo wiem, czy śmiać się mam, czy płakać…

Tegoroczna impreza na Flushing Meadows była jakby lustrzanym odbiciem tego, co w tym samym miejscu można było zobaczyć przed rokiem. Wtedy liderka kobiecego rankingu, Serena Williams, wygrała całą rywalizację bez poważniejszych problemów, u panów zaś dwie największe postacie, Novak Djokovic i Roger Federer, niespodziewanie zgasły w półfinałach. Teraz przestały świecić na tym etapie gwiazdy rozgrywek kobiecych, u mężczyzn natomiast lider bezdyskusyjnie pokonał wicelidera. Ten drugi zagrał cały turniej na poziomie kosmicznym i wydawało się, że tym razem nie ma siły, jaka mogłaby go zatrzymać. Finał udowodnił jednak, że nadzwyczajna defensywa, o wiele mocniejsza psychika, bardzo potrzebna, gdy gra się przeciwko armii fanatyków na trybunach plus różnica wieku, skutkująca lepszą sprawnością i wytrzymałością przebija dziś artyzm, bogatszą technikę uderzeń, a tak generalnie piękny atak na korcie. Dla wielu, także i dla mnie, dość smutna konstatacja. Z drugiej strony patrząc nic nowego, jeśli idzie o współczesny tenis. Kierunek ten zarysowany został we współczesnych rozgrywkach akurat nie podczas ostatnich dwóch tygodni więc gdy odłożyć na bok osobistą sympatię do jednej, czy drugiej postaci to nic po tym finale nie powinno dziwić, ani zaskakiwać. Po prostu z tej drogi moja ukochana dyscyplina na razie nie ma odwrotu i pewnie jeszcze bardzo długo mieć jej nie będzie.

Przed turniejem pań wiele razy powtarzano, że główna faworytka, Serena Williams, może przegrać przede wszystkim z samą sobą. Trudno ocenić, czy Amerykanka nie wytrzymała gigantycznej presji, czy może w związku z nagłym przełożeniem półfinału o jeden dzień zakłócony został jakiś jej rytuał i wielka tenisistka na korcie nie była w piątek sobą, czy też wystąpiła inna jeszcze, bliżej nieznana przyczyna. Prawdopodobieństwo, że Roberta Vinci jest w stanie w ważnym pojedynku na korcie twardym pokonać kogoś takiego jak młodsza z sióstr wynosi realnie 1:100. Akurat w piątek zdarzył się ten jeden, jedyny przypadek. Włoszka zagrała mądrze i prawie bezbłędnie więc nawet nie zdążyła przestraszyć się swej szansy. Tylko tyle i aż tyle wystarczyło, by powtórzyć wyczyn Heleny Sukovej z roku 1984 przeciw wielkiej Martinie Navratilovej. Zapatrzeni w nowojorski teatr zapewne nie zauważyli, że u mężczyzn w identycznej roli, tyle że na kortach paryskich, wystąpił w tym roku Stan Wawrinka. Gdyby nie wyczyn Szwajcara z finału Roland Garros mielibyśmy jak nic klasycznego wielkiego szlema na koncie Novaka Djokovicia. Inna sprawa, że za rok akurat Serb wydaje się bardziej prawdopodobnym zdobywcą czterech wielkich tytułów niż Serena Williams, mająca coraz więcej problemów z odnajdywaniem motywacji zarówno do treningowego wysiłku, jak i do startów.

US Open 2015 będziemy wspominać jako turniej dziwny. Doszło do wyjątkowo wielu sytuacji, gdy pokonanie jednego trudnego rywala skutkowało potem sporymi kłopotami na korcie i dość szybkim odpadnięciem. Benoit Paire po pięciu setach z Nishikorim, Fabio Fognini po takiej samej dawce z Nadalem, Marin Cilic po mordędze z Tsongą, Kevin Anderson po tym, jak wyeliminował Murraya, czy wreszcie Richard Gasquet po wygranej z Berdychem to są przykłady wymowne. U pań takich sytuacji też było bez liku, a klasyka wręcz to Simona Halep, której zabrakło paliwa po straszliwym boju z Azarenką. Turniej z rozmaitych powodów okazał się wielką przegraną młodych zdolnych. Przykro też patrzeć co się dzieje z karierami potencjalnych następców gwiazd, takich graczy jak Raonic, Nishikori czy Dimitrow. Wśród starszych niestety lawina pożegnań: Mardy Fish, Lleyton Hewitt, Jarkko Nieminen, Robby Ginepri, Lisa Raymond, Flavia Pennetta. Mimo tego tę piękną, starą szkołę tenisową wciąż było widać, słychać i czuć. Finał pań był takim właśnie, nieco dziwnym jak na dzisiejsze standardy pojedynkiem z innej epoki. Włoszki znają się wyjątkowo dobrze więc ich sobotni mecz był jak partia nieco za spokojnych szachów. Inna sprawa, że kilka ruchów obie zdążyły wykonać niczym arcymistrzynie techniki. Dla współczesnych specjalistek od walenia na odlew i bez pomyślunku wiele pokazanych zagrań to zapewne była abstrakcja. A tłum znudzonych celebrytów i tenisowi turyści na trybunach z biletami”na Serenę” też pewnie nie do końca wiedzieli o co tu chodzi. Zakończenie walki o tytuł i ceremonię wręczania nagród powinno się bez końca pokazywać tenisowej młodzieży. Może jeszcze nie wszyscy zaakceptowali seanse nienawiści, jakie się wtłacza do głowy początkującym. Okazuje się, że wielkoszlemowy tytuł wciąż można zdobyć bez przekleństw, rzucanych w twarz rywalowi i bez zachowywania się, jak wściekłe zwierzę przez przypadek wypuszczone z klatki.

Ostatnie dni turnieju raz jeszcze pokazały, jak wielkim błędem organizatorów było to wieloletnie zwlekanie z dachem nad Arthur Ashe Stadium. Na szczęście za rok nie będzie już nerwów przy oczekiwaniu na ważne pojedynki tylko dlatego, że akurat pada deszcz. Amerykańskie media trafnie punktują też parę innych, ciekawych spraw. Coś trzeba zrobić z kontuzjowanymi, którzy wychodzą dziś na kort tylko po to, aby zainkasować wysokie nagrody za pierwszą rundę. Pora zlikwidować kompletnie bezsensowny z punktu widzenia sportowego system bonusów za wydumany cykl US Open Series. Przesadą i dziwolągiem są obowiązkowe wywiady zawodników i trenerów, także i w przerwie meczu, co jak się okazuje wynika z ich podpisu przed turniejem na specjalnej umowie z nowym gospodarzem telewizyjnym, stacją ESPN. Rozmaitych tematów do przemyśleń, jak zwykle mamy multum. Wystarczy, aby zapełnić czas do Australian Open 2016.