TORONTO Aug 12 2015 Ana Ivanovic of Serbia celebrates scoring during the women s singles 2nd rĆwierćfinał turnieju WTA Western & Southern Open w Cincinnati między Aną Ivanovic a Sereną Williams był widowiskiem dla osób o mocnych nerwach. Na próbę wystawieni zostali zwłaszcza kibice trzymający kciuki za Serbkę. Liderka rankingu sprzed siedmiu lat początkowo przeważała, wygrała pierwszy set, prowadziła w drugim i również w trzecim, nim na koniec oddała sześć gemów z rzędu i całe spotkanie.

Niezależnie od wszystkich dobrze znanych już i godnych podziwu tenisowych walorów Amerykanki był w tym pojedynku jeden element gry psujący widowisko i jak się okazało decydujący o końcowym wyniku. Idzie rzecz jasna o kiepskie podanie pokonanej. Dokładniej zaś o wyrzut piłki do serwisu, determinujący zazwyczaj sposób wykonania tego uderzenia.

Zapoznałem się z opiniami o tym meczu paru znanych i cenionych szkoleniowców (Brad Gilbert, Darren Cahill), miałem też okazję rozmawiać z trenerami w kraju. Oceny są miażdżące dla mistrzyni Roland Garros 2008. Nawet laik zauważy, że Ana wyróżnia się mocno nieustabilizowaną pierwszą fazą podania. Rok temu w jednej z amerykańskich relacji telewizyjnych pokazano na wykresie, jak ogromne pole tworzą wokół sylwetki serbskiej tenisistki wszystkie punkty wyrzutu, zebrane dzięki technologii Hawk-Eye podczas jednej imprezy. W przypadku innych pań ta grafika wyglądała na bliską ideału. Małe pole skoncentrowane na jednym tylko kierunku, a wszystkie linie wyrzutu w wiązce mocno skupionej, zaznaczone dosłownie jedna przy drugiej. Kiedy na korcie robi się nerwowo rywalki z dobrze wytrenowanym podaniem, jak choćby Serena Williams, na ogół mogą liczyć na prawidłowy wyrzut i naprawdę skuteczny serwis. Serbka niestety wpada wówczas w histerię, wyrzuca piłkę bez kontroli i we wszystkich możliwych kierunkach. Widać też często jak maszeruje za wyrzuconą piłką do przodu, ryzykując błąd stóp. Albo też nie sięgając jej popełnia błąd podwójny. Z kolei, gdy przebije na drugą stronę to rzadko kiedy jest w stanie zaskoczyć przeciwniczkę. Szczególnie wyrzut piłki mocno na prawą stronę od razu sygnalizuje rywalce, jaki będzie za chwilę kierunek podania.

Kibice obdarzeni dobrą pamięcią pewnie przypominają sobie serwis Any Ivanovic z lat świetności. Było to uderzenie równie groźne i ostre, co słynny forehand zawodniczki z Belgradu. Potem jeden z często zmienianych szkoleniowców zaczął podanie poprawiać. Chodziło o urozmaicenie techniczne i większą pewność wykonania, lecz efekt okazał się odwrotny od zamierzonego. Naruszenie serwisowego schematu sprawiło, że tenisistka właściwie do dziś ma poważny problem. Ilekroć patrzę na wysiłki Serbki przypomina mi się historia Magdy Grzybowskiej. Czas jakiś po skończeniu kariery w prywatnej rozmowie Polka przyznała, że czasem na korcie nie za bardzo wiedziała, jaki właściwie serwis powinna wykonywać. Szkoleniowców miała paru, każdy radził jej coś innego, a ona potem w stresie gubiła się w tych narzucanych kilkakrotnie, coraz to innych technikach i seryjnie popełniała błędy podwójne. Wypisz wymaluj problem, z jakim non-stop ma do czynienia Ivanovic.

Inna sprawa to denerwujący brak poprawy tej sytuacji u Serbki mimo upływu wielu lat. Co chwila dowiadujemy się o zmianach na trenerskiej ławce zawodniczki, ludzie odpowiedzialni przychodzą i odchodzą, a ona wciąż morduje się z wyrzutem, zatrzymuje akcję i ją powtarza, tańczy na linii końcowej w pogoni za żółtym przedmiotem. Dobrego serwisu tymczasem jak nie było tak nie ma. Historia dyscypliny zna przypadki (Jelena Dementiewa, Maria Szapowa), gdy podobne kłopoty z podaniem były powodowane przez kontuzje ramienia. Zawodniczki doraźnie zmieniały swój ruch serwisowy, aby uniknąć bólu, a potem nie potrafiły wydostać się z tej pułapki. Tu jednak mamy do czynienia raczej ze szkoleniowym bałaganem i brakiem konsekwencji. Jeden z wyróżniających się powojennych polskich tenisistów, nieżyjący już Bronek Lewandowski, powtarzał zawsze, że serwis, jeśli tylko gracz ma opanowane jego podstawy, jest jednym z łatwiejszych uderzeń do opanowania ponieważ można tego dokonać samemu. Wystarczy koszyk z piłkami, kawałek kortu i dobre chęci. Starsi bywalcy obiektu przy ul. Myśliwieckiej po dziś dzień opowiadają, jak późniejszy kapitan naszej reprezentacji wcielał to zalecenie w życie. Potrafił jesienią odgarnąć liście, albo zimą śnieg i na oczyszczonym kawałku kortu godzinami tłuc jeden serwis za drugim. Nie miał nadzwyczajnych warunków fizycznych, lecz pewności podania wszyscy mu zazdrościli…

W przypadku Any Ivanovic dziś wyraźnie brak w jej obozie choćby jednej osoby z autorytetem. Szkoleniowca, który by potrafił nakłonić zawodniczkę do opanowania w końcu regularnego podrzutu piłki. Ktoś tam kiedyś popełnił jeden poważny błąd, majstrując przy technice uderzeń czołowej tenisistki świata, ktoś następny, jak widać, nie bardzo kwapi się do wykonania czarnej roboty i do naprawy tego, co zepsuł poprzednik. Serbkę śmiało można uznać za jedną z bardziej utalentowanych zawodniczek, jakie kiedykolwiek pojawiły się w cyklu WTA, ale też coraz trudniej uwierzyć, że w wieku niebawem 28 lat stać ją wciąż na tenisowy tron. Po pięciu raczej przeciętnych sezonach Ana dokonała i tak niebywałego wyczynu, ponownie meldując się rok temu w pierwszej piątce rankingu. Z błędami, jakie wciąż towarzyszą jej grze, wyżej chyba się nie da.