iskaFurorę robi w internecie krótki film, jaki nakręcili finalistka tegorocznego Roland Garros, Czeszka Lucie Safarova i jej kanadyjski coach Rob Steckley. Warsztatowo jest to amatorszczyzna z poziomu wiejskiego wesela. Merytorycznie – strzał w dziesiątkę. Pastisz dość dokładnie pokazuje, jak może wyglądać układ szkoleniowiec-zawodniczka, gdy jedna ze stron przedkłada własne ego nad interes wspólny. Śmieszy nas przecież rozgadany do granic szaleństwa, nie znający umiaru trener, martwi zaś tenisistka, nie mająca ochoty słuchać nawet sensownych uwag. Jeśli przypadkiem parę łączą jeszcze jakieś relacje o charakterze osobistym, albo rodzinnym, to groteska gotowa i strawa dla tabloidów też…

Ludzie biorący udział w zawodowej rywalizacji to nie są zwykli przechodnie z ulicy. Punktowa i finansowa stawka, o jaką codziennie biją się na korcie, bywa że wulgaryzuje używany język, albo zmienia znaczenie słów czy pojęć. Nie jest łatwo panować nad sportowymi emocjami i co chwila się przekonujemy, że jedni to potrafią, inni zaś niekoniecznie. Podczas turnieju WTA w Stanford niezły kiedyś deblista, Stephen Amritraj, przyjaciel amerykańskiej tenisistki Alison Riske, akurat okazjonalnie w roli jej  coacha, sądząc, że wyłączył swój mikrofon, w wyjątkowo ordynarny sposób motywował podopieczną. Amerykański internet po prostu się zagotował. W tej samej imprezie Tomek Wiktorowski po fatalnym I secie Agnieszki Radwańskiej z Japonką Doi znalazł właściwe klawisze. „Wyszłaś na kort na swoją odpowiedzialność. Poza dwoma treningami nie ćwiczyliśmy tu. Ona gra całkiem nieźle i nie pomaga ci. Przynajmniej spróbuj. Nie oddawaj jej pola”. Za kilka minut te parę rozsądnych zdań całkowicie odmieniło przebieg pojedynku. Polka, załamana po pół godzinie gry, miała uśmiech na twarzy po ostatniej piłce. Trener, najpierw tradycyjnie wyrzucany z pracy przez życzliwych rodaków, kolejny raz okazał się właściwym człowiekiem na właściwym miejscu.

Kalifornijski The Bank of the West Classic to w tym sezonie jedna z sześciu imprez WTA, podczas których opiekunowie zawodniczek mogą skorzystać z tabletów, wyposażonych przez firmę SAP w specjalną aplikację. Ta rewolucyjna technologia pozwala na bieżąco wchodzić do bazy rozmaitych informacji statystycznych i nie tylko, jakie w trakcie każdego pojedynku produkuje system Hawk-Eye. Trener może zejść na kort do zawodniczki z wypożyczonym tabletem i wesprzeć argumentację bieżącą porcją elektronicznych danych. Niewykluczone, że – jak chcą autorzy projektu – będzie to wkrótce przełom w relacjach coach-tenisistka. Może być i tak, że rozwiązanie przyczyni się jedynie do większego zobiektywizowania dialogu i automatycznie złagodzi napięcia. Ludzie towarzyszący kobiecym turniejom mówią czasem, że WTA to w pierwszej kolejności stan umysłu, potem dopiero sport. Gdy widzę, że wynik 6-1 4-1 nie zapewnia finalistce Wimbledonu, 25-letniej Sabine Lisicki, zwycięstwa w meczu z 44-letnią Kimiko Date Krumm, mogę jedynie przytaknąć. Tak przy okazji, Christopher Kas, trener Niemki, akurat był w grupie, jaka pobierała w Stanford eksperymentalne iPady. Wynik III seta, 6-2 na korzyść Japonki, i jej druga dopiero na przestrzeni roku wygrana w turnieju głównym, raczej źle wróży przyszłości elektronicznych zabawek. Przynajmniej z oddali tak to wygląda.

Nie brak opinii, że cudeńka firmy SAP, od 2013 oficjalnego partnera kobiecego cyklu, to przykład, jak konsekwentna i uparta potrafi być szefowa WTA, Kanadyjka Stacey Allaster. Siedem lat temu przyzwoliła na oficjalny coaching, a więc doradzanie tenisistkom na korcie, choć pomysł ten miał już wtedy wielu przeciwników. Przeważył argument, że taki akurat chwyt marketingowy zwiększy zainteresowanie pojedynkami pań. Teraz w tenisowym teatrzyku wykonano kolejny ruch. Manewr być może przeniesie zainteresowanie widzów na nowoczesną zabawkę, a przy okazji poprawi nieco wizerunek kobiecych imprez. Doświadczeni amerykańscy publicyści tenisowi (np. Tom Perrotta) są zdania, że na razie z pokazywania i podsłuchiwania coachingu niewiele dobrego wynikło dla cyklu WTA. W profesjonalnym wyczynie instytucja bezpośrednich opiekunów występowała od zawsze. Wiadomo też, że ich rozmowy w cztery oczy ze sportowcami nie były i dalej nie są rekolekcjami dla zakonnic. Pomysł, aby te dialogi z zamkniętych szatni wyciągać na światło dzienne prowadzi na manowce. Telewidzowie mają często wrażenie, że uczestniczą w podglądaniu kogoś znanego przez dziurkę od klucza. Na ekranie te dodatkowe „jeden na jeden” rzadko kiedy coś sensownego do gry wnoszą, a w opinii patrzących prawie nigdy nie wygrywają tych starć zawodniczki. Prędzej można dojść do wniosku, że patrzymy na rozhisteryzowane, mało inteligentne panienki, którym sto razy trzeba różne rzeczy powtarzać, a one i tak na końcu zrobią po swojemu. Trudno pojąć komu i do czego jest to potrzebne. Jeszcze trudniej wytłumaczyć ludziom, że często faktyczne relacje między rozmawiającą parą wyglądają kompletnie inaczej.

Tenisowi trenerzy to niewdzięczna profesja. Dla patrzących z boku zajęcie bajecznie łatwe. Dla autentycznie zorientowanych kawałek dość twardego chleba. Nie ma dnia, aby o którymś z nich, zwłaszcza tych ze światka WTA, media w sensacyjny sposób nie informowały. Eugenie Bouchard po pół roku pracy rozstała się z Francuzem, Samem Sumykiem, David Taylor z Australii nie ćwiczy z Ajlą Tomljanovic, bo znów jest z Samanthą Stosur, Brytyjczyk Nigel Sears kolejny raz zauroczył Anę Ivanovic. Teoretycznie nie powinno dziwić, że jednoosobowe przedsiębiorstwa tenisowe, kręcące się na własny rachunek, mają różne personalne pomysły. Gdyby nie wścibska telewizyjna kamera, skłonna zajrzeć w każdy zakamarek, pewnie nieco inne byłoby także nasze wyobrażenie o pracy tych ludzi. No i chyba mniej samorodnych trenerskich talentów objawiało się nagle przed telewizorami.

Nie byłem i w dalszym ciągu nie jestem zwolennikiem tego nachalnego wyciągania coachów na światło dzienne. Moim zdaniem nie wszystko w tym biznesie powinno być na sprzedaż i to nie my oceniamy pracę tych ludzi, przyjmujemy ich, albo zwalniamy. To trochę, jak z lekarzem podczas operacji – po owocach go poznacie. Przykład Sereny Williams, czy innych znaczących postaci WTA, którym przez całą karierę zdarzyło się korzystać z podpowiedzi w trakcie meczu kilka razy i tylko w sytuacjach ekstremalnych, pokazuje wyraźnie, dla kogo ten pomysł  jest przeznaczony. W zarządzanych przez ITF imprezach wielkoszlemowych sytuacja taka nie ma prawa się wydarzyć. Bo tam na korcie, od piłki pierwszej do ostatniej, zawodnik jest sam. Na dialog z trenerem ma dużo czasu przed meczem i po jego zakończeniu.

Karol Stopa