150712 WIMBLEDON July 12 2015 Roger Federer of Switzerland L and Novak Djokovic of Serbi„Gang czterech”, czyli Federer, Nadal, Djokovic i Murray, wyjątkowo trwale podporządkował sobie zawodowy tenis. Blisko dekadę, od Roland Garros 2005 aż po US Open 2013, grupa ta we własnym gronie rozdzielała najważniejsze turniejowe trofea. Wyjątek zrobili raz tylko, na Flushing Meadows 2009, na rzecz Juana Martina Del Potro.

Rok temu po tytule Stana Wawrinki w Melbourne i chorwacko – japońskim finale w Nowym Jorku, gdzie mistrzem został Marin Cilic, przewidywano zasadniczą zmianę układu sił. Tymczasem sezon obecny, nawet z poprawką na paryski wyczyn Szwajcara w kraciastych spodniach, sugeruje modyfikacje, lecz głównie wewnątrz wspomnianej czwórki. Po finale Wimbledonu 2015 wiele wskazuje, że czas zacząć mówić i pisać o wielkim soliście zamiast o „Big Four”. Novak Djokovic kolejny raz brutalnie przekreślił marzenia słynnych kolegów. Bryan Armen Graham z gazety „The Guardian” napisał, że po pokonaniu Rogera Federera i zdobyciu dziewiątego wielkoszlemowego tytułu „lider rankingu ATP przerasta dziś swych rywali o głowę i ramiona”.

28-letni Serb w zdumiewający sposób otrząsnął się po bolesnej porażce w finale Roland Garros, a w minioną niedzielę pokazał, jak można szybko wymazać z pamięci kuriozalnie przegrany, mimo aż siedmiu okazji, drugi set. Sytuacja, jaka wielu innych definitywnie by pogrążyła, jemu pozwoliła na szybką reorientację, a za chwilę na efektowne dobicie wielkiego przeciwnika. 33-letni Szwajcar po genialnym półfinale z gwiazdą gospodarzy, Andy Murrayem, zdawał się mieć po swojej stronie niemal wszystkie atuty. Rewelacyjny serwis, baletowa praca nóg, niewiarygodna skuteczność przy siatce, generalnie koncert taktyczny i techniczny z użyciem wszystkich możliwych instrumentów. To był obraz gry Rogera w piątek. Dwa dni później doszedł do tego jeszcze zapełniony po brzegi kort centralny, a tam, jak obliczyli Anglicy, 85% kibicujących wyłącznie Federerowi. Skali poparcia przed telewizorami, na stanowiskach komentatorskich i w boksach prasowych lepiej nie oceniać. Mierząc wzrokiem albo słuchem Novak tego dnia nie miał prawa marzyć o jakiejkolwiek szansie. Tym większy szacunek wzbudza jego wygrana.

Człowiek, który od 2007 przez cztery lata był nr 3 ATP, za Federerem i Nadalem, albo odwrotnie. W 2011 został nazwany „spoilerem”, bo to on przerwał dominację wspomnianej dwójki. Teraz zdaniem statystyków wyrasta na głównego kandydata do poprawienia wkrótce kilku historycznych wpisów. Siódmy obecnie na liście tych, którzy wygrali w wielkim szlemie przynajmniej 200 razy, niebawem powinien w Nowym Jorku przeskoczyć Peta Samprasa, a za rok może dogonić Roya Emersona, Ivana Lendla i Andre Agassiego. Jeśli idzie o główne tytuły jedna koronacja dzieli go już od Billa Tildena, dwie od Bjoerna Borga i Roda Lavera, trzy od Roya Emersona. Ten ostatni, wielki australijski mistrz, był samotnym liderem przez 33 lata, a gdy wreszcie w Wimbledonie 2000 Pete Sampras poprawił jego wyczyn zdawało się, że to kres, bo takich rezultatów nikt już nie osiągnie. Dziś tymczasem na równi z Amerykaninem jest Rafa Nadal, a daleko przed wszystkimi posiadacz 17 tytułów, Roger Federer. Wystarczy prześledzić, jak się to układało w kolejnych dekadach, kto wówczas rządził i ile głównych imprez wygrywał. Lata 70-te to był czas Borga z 8 tytułami, lata 80-te to po 7 wygranych Lendla oraz Wilandera, 90-te Sampras i 12 wielkich zwycięstw, pierwsza dekada XXI wieku tylko Federer z 15 tytułami, a dekada obecna to jak na razie Nadal i Djokovic, każdy z 8 sukcesami na koncie. Patrząc przez pryzmat tegorocznych problemów Hiszpana trudno sobie dziś wyobrazić, by za 5 lat tenisowym suwerenem doby współczesnej mógł zostać ktoś inny niż Serb.

Roger Federer za trzy tygodnie ma 34 urodziny, tymczasem na największych tenisowych arenach upływający czas zaczął mu przeszkadzać już pięć lat temu. Od sezonu 2011 osiągnął cztery finały imprez głównych, trzy w Londynie i jeden w Paryżu. Wygrał raz, na trawie w roku 2012. Iskierka nadziei w jego przypadku pewnie będzie się tliła jeszcze za rok, może i za dwa. Trzeba jednak mieć świadomość, że to na co mógł sobie pozwolić na Wimbledonie 39-letni Ken Rosewall w 1974 dziś jest po prostu nieosiągalne. Starszy o tydzień od Serba Andy Murray, najpoważniejszy jego rywal w chwili obecnej, wciąż nie bardzo potrafi rywalizować na korcie z Novakiem. Wygrał z nim 8 razy na 27 spotkań rozegranych, jednak od epokowego sukcesu w finale Wimbledonu 2013 poniósł osiem porażek pod rząd. Od chwili rozstania z Ivanem Lendlem i starą ekipą szkoleniową Szkot wciąż niestety marnie wypada w pojedynkach super ważnych. Chwilami można odnieść wrażenie, że wracają stare złe nawyki zwalniania gry w nieodpowiednich momentach, także przesadnej wiary we własną sprawność i spryt w defensywie. Jeśli idzie o tych za plecami Serb może się pochwalić wyjątkowo dobrym bilansem spotkań ze wszystkimi właściwie zawodnikami tzw. nowej fali. Z Grigorem Dimitrowem to jest pięć zwycięstw i jedna tylko porażka, z Kei Nishikori 5-2, z Milosem Raonicem 5-0, z mistrzem US Open Marinem Cilicem nawet 13-0!! Bilansując można powiedzieć, że o ile tylko nie pojawią się problemy ze zdrowiem trudno sobie wyobrazić w najbliższym czasie innego lidera ATP niż Novak.

Wimbledon jak zwykle okazał się imprezą arcyciekawą i zaskakującą. Było wyjątkowo ciepło i niemal bezdeszczowo. „South West London niczym Southern California”- chwalili się gospodarze. Jeden z najgorętszych dni pierwszego tygodnia pobił nawet rekord turnieju. Gracze z Florydy uznali, że jak dla nich słońce faktycznie lekko przesadziło. Trawa wytrzymała obciążenia średnio. Ostrożne szacunki mówią zresztą, że powoli wraca do łask gra ofensywna. Akcji przy siatce było tym razem więcej więc nie udeptywano wybiegów aż tak intensywnie. Triumfator do znanych już walorów nawierzchni dorzucił nowy. Jego zdaniem londyńska trawa, naturalna i wolna od glutenu, swobodnie nadaje się do spożycia. Furorę zrobił Andy Roddick w roli komentatora BBC. Są już wnioski, by gość z USA za rok na stałe zastąpił lokalnych mądrali typu Andrew Castle. Na finale panów jedno miejsce w loży królewskiej stało puste. Mistrz Formuły I, Lewis Hamilton, zjawił się w nieodpowiednim stroju i nie został wpuszczony na trybunę. W mediach pojawił się apel, by za rok zamiast zblazowanych, ziewających gwiazd, zapraszać na miejsca VIP-ów po prostu zwykłych ludzi. Czasy mamy przecież takie, że niewyobrażalne coraz częściej potrafi przyoblec się w fakt. Niedzielny finał np. po raz pierwszy w życiu poprowadził 37-letni Ali Nili. Irańczyk, który parę lat reprezentował kraj arabski, a niedawno dostał obywatelstwo amerykańskie. Ceniony dziś arbiter, mocno osadzony w strukturach ATP. Na koniec jeszcze o wyczynie jakiegoś bezimiennego giganta tenisowego dziennikarstwa. Podczas konferencji po przygnębiającej porażce z Francuzem Simonem ktoś poprosił Tomasa Berdycha o ocenę jego formy i tego, na ile ucieszył go awans do ćwierćfinału. „Czy on żarty sobie ze mnie stroi?” – spytał zdumiony Czech moderatora. W krótkim odstępie czasu niestety to kolejny przypadek, gdy do obsługi imprezy wielkoszlemowej trafia taki dureń. Sądziłem dotąd, że zatrudnianie w mediach podobnych postaci jest czysto polskim wynalazkiem.