Shooting Stanislas Wawrinka Sui at the eiffel tower TENNIS Tournoi de Roland Garros 2015 08 06Przeskoku z kortów ceglanych na trawiaste trudno nie zauważyć. W każdym kolejnym sezonie to jest taki dość osobliwy moment, mocno wyczekiwany przez sporą grupę grających, jak i przez tych, którzy rozgrywki jedynie obserwują. Początkowo zieleń tenisowych trawników oznacza przede wszystkim fajną, kolorystyczną zmianę. Ot, taka przejściowa ulga dla oczu. Świadomość braku komfortu, jaki niesie z sobą ta nawierzchnia, pojawia się nieco później, po kilku obejrzanych pojedynkach. Nigdy specjalnie nie kryłem swej tęsknoty za trawą. Przede wszystkim dlatego, że to podłoże premiuje atak i daje dodatkową szansę tym, którzy wiedzą, co to wolej albo smecz. W kalendarzu, jak wiadomo, turniejów na ziemi jest pod dostatkiem, zaś herosi takiego tenisa pod koniec cyklu potrafią zmęczyć swym cierpliwym przebijaniem już nie tylko rywali z kortu, ale także tych z trybun, albo sprzed telewizora.

W tym roku prawdziwa eureka! Patrzę jednym okiem na gry w Stuttgarcie, s’Hertogenbosch czy Nottingham, ale tak na dobrą sprawę są mi one na razie kompletnie obojętne. Gdybyśmy mieli akurat tydzień wolny od turniejów ATP i WTA, też bym chyba ze swego fotela nie protestował. Po niedzielnym finale Roland Garros czuję się syty i spełniony. Jak meloman po usłyszeniu genialnego wykonania znanej mu dobrze opery, człowiek teatru, gdy go wreszcie ujęła reżyseria i aktorstwo, albo kinoman po ujrzeniu filmu, na jaki czekał od wielu lat. Cały czas widzę i słyszę ten buzujący od emocji, gigantyczny stadion Philippe Chatrier. Ciarki przechodzą po plecach na wspomnienie transu, w jaki wpadali na przemian obaj tenisiści. Nie przypominam sobie aż tak emocjonalnych reakcji paryskich trybun, a skądinąd wiadomo, jak wybredne i snobistyczne towarzystwo tam przychodzi. Szaleństwo po kosmicznych zagraniach, słynna meksykańska fala, pięciominutowy aplauz dla pokonanego Serba, słodka feta dla Szwajcara. Są chwile, gdy niemal od razu czujesz, że obok ciebie dzieje się właśnie coś nadzwyczajnego. To dokładnie była taka sytuacja.

W skali makro można już dziś śmiało mówić o niesamowitych rekordach telewizyjnej oglądalności i o fantastycznych notach, jakie zarejestrowały specjalne urządzenia. Wszystko przebija dostępna w internecie animacja pokazująca, jak w różnych częściach świata wyglądała twitterowa konwersacja na temat meczu Stana Wawrinki z Novakiem Djokovicem. Kolorowe eksplozje na czarnym tle, znak przesyłanych akurat wiadomości, w miarę upływu kolejnych godzin, dokładniej zaś w rytm kolejnych setów, prowadzą nas do chwili, gdy po meczbolu wygranym przez Szwajcara wszystkie kontynenty bez wyjątku rozbłysły ostro na żółto. Właściwie dopiero rzut oka na tę pulsującą, wielką mapę całego świata pozwala się zorientować, na czym polega dziś globalne oddziaływanie takiej dyscypliny sportu jak tenis i dlaczego przebieg tego finału oraz jego końcowy wynik może mieć w przyszłości tak wielkie znaczenie.

Męski turniej Roland Garros 2015 zapamiętamy jako wydarzenie historyczne. Byliśmy świadkami wywracania tronów i koronowania samozwańca. Porażka Rafy Nadala, celującego w dziesiąty tytuł, dopiero druga w Paryżu, po przegranej z Robinem Soderlingiem w 2009, może mieć dość poważne konsekwencje. Mówi się o podobieństwie do sytuacji, jaka powstała po Wimbledonie 1981, gdy Bjoern Borg przegrał w końcu z Johnem McEnroe, albo do Wimbledonu 2001, gdy Peta Samprasa ograł na trawniku młody Szwajcar, Roger Federer. Przypominam o opisywanym przeze mnie rok temu zakładzie dawnych sław. Postawili bardzo duże kwoty, że tak się właśnie stanie i najwyraźniej wiedzieli wtedy co robią. Ciężka porażka Rogera Federera z młodszym o trzy lata rodakiem to też nie przypadek. Eksperci od dłuższego czasu nie dają szans tenisiście z Bazylei w wielkim szlemie, a wyjątkiem – według nich – może być jeszcze tylko Wimbledon. Fatum zawisło nad głową Novaka Djokovicia. W jedenastym podejściu przyjechał na Roland Garros prawie tak silny, jak 4 lata temu. Wreszcie ograł Nadala i niepokonanego w tym sezonie na cegle Murraya, nie musiał też walczyć z Federerem, który go zatrzymał w półfinale 2011. Nie dał rady temu, na którego nikt przed imprezą w zasadzie nie zwracał uwagi, natchnionemu Wawrince.

„Jego niesamowitość pan Wawrinka”, jak to określiła w tytule gazeta „L’Equipe” (Leur etonnat monsieur Wawrinka), a już zwłaszcza jego niesamowity backhand to jest dziś temat na książkę przynajmniej, albo kilka fachowych opracowań. Szacunek i uznanie w tym miejscu dla Szweda Magnusa Normana, który już drugiego tenisistę, po Robinie Soderlingu, z lokaty nr 15 ATP potrafił doprowadzić na poziom wielkoszlemowych finałów. Sam Magnus przegrał w Paryżu mecz o tytuł w roku 2000 z Gugą Kuertenem, potem dwa razy, w 2009 z Federerem i w 2010 z Nadalem, Robin nie dał rady w finale Roland Garros. Czwarte podejście, ze Stanem, i wreszcie sukces. Dla 30-letniego Wawrinki to już drugi, po Australian Open 2014, zwycięski wielkoszlemowy finał. Wielki triumf tenisa na TAK, gry nad wyraz ofensywnej oraz otwartej, szukania punktów na własnych warunkach, po kończących, ostrych uderzeniach, a nie w wielogodzinnej batalii na przetrwanie.

Roland Garros 2015 było turniejem nr 40, licząc od Paryża w roku 2005, gdy zaczęła się dominacja hiszpańskiego króla cegły. Przez ten czas tylko cztery razy triumfatorem wielkoszlemowej imprezy został ktoś spoza wielkiej czwórki zawodowego tenisa. W US Open 2009 Federer stracił tytuł na rzecz Juana Martina Del Potro z Argentyny, w Melbourne 2014 i teraz w Paryżu mistrzem został Wawrinka, w Nowym Jorku 2014 triumfował Chorwat Marin Cilic. Tendencja zarysowana już w drugim z kolei sezonie wydaje się dziś nieodwracalna. W klasyfikacji ATP Nadal spadł na miejsce nr 10, a tylko patrzeć, jak na samej górze rankingu układ nazwisk zmieni się jeszcze wyraźniej. Takie mecze, jak ten zagrany w minioną niedzielę w Paryżu nie mogą i nie powinny przejść bez echa. Zachwyciły obserwatorów na całym świecie, pora zatem, aby stały się wzorem dla następnych odważnych. Przez ostatnie lata biliśmy brawo przede wszystkim wielkim mistrzom defensywy. Dziś widać jak ożywcza i twórcza zarazem może być w tym sporcie odwrotna taktyka. Czas pokaże, czy był to jednorazowy wyskok, czy też z tych kilku wyjątków da się teraz uczynić regułę i znaleźć odpowiednich naśladowców do tej nieco jednak innej gry. W przypadku Szwajcara Stana Wawrinki naśladownictwo jeśli idzie o styl, a zwłaszcza technikę uderzeń, byłoby jak najbardziej pożądane.

Karol Stopa