Serena Williams (USA)Stronę Roland Garros, gruntownie w tym roku przemeblowaną i początkowo chyba zbyt trudną dla osób, pragnących po niej szybko żeglować, otwiera na półmetku efektowna kompozycja szesnastu zdjęć. Z perspektywy internetu wydaje się, że ludzkość wraca do porozumiewania się przy pomocy pisma obrazkowego, więc ta oficjalna witryna też jest na czasie. Zdecydowanie więcej tam do oglądania niż poczytania. Na samych fotkach wszakże warto się skupić. Uzmysławiają z kim mamy teraz do czynienia w czołówce światowego tenisa, sygnalizują niektóre zmiany, przybliżają niezbyt dotąd znane postacie.

Ci ze zdjęć to bohaterowie ośmiu spotkań, jakie zaplanowano do rozegrania w niedzielę. Zamysł pewnie był taki, by w poniedziałek dorzucić brakującą szesnastkę z górnych części obu drabinek. Czwarta runda w imprezie wielkoszlemowej to – jak powszechnie wiadomo – szczebel bardzo już poważny. Po wygranych trzech meczach na placu boju zostają wtedy, teoretycznie przynajmniej, ci z wysokimi numerami rozstawienia, a więc niemal same gwiazdy. Jakiś amerykański dziennikarz dawno temu użył w odniesieniu do tych osób określenia „słodka szesnastka” (sweet sixteen). Było to nawiązanie do nazwy specjalnego przyjęcia, jakie w Stanach urządzają młodzi po przekroczeniu 16-tego roku życia. Dla większości jankesów to akurat ważna chwila, przejście od dzieciństwa w dorosłość, z różnymi konsekwencjami tego faktu. W profesjonalnym tenisie awans do 1/8 turnieju, gdy walkę zaczęło 128 osób, to także jest zaznaczenie swej zawodniczej dorosłości. Oznacza skok rankingowy, spory zastrzyk gotówki, w Paryżu na poziomie prawie 150 tys. euro, wreszcie trwały ślad w biografii, bo chodzi o osiągnięcie, zwracające uwagę nawet po upływie wielu lat.

Pogoda po raz pierwszy w tym roku pomieszała szyki i nakazała nieco inaczej ułożyć występ ośmiu par w singlu kobiet i ośmiu w singlu mężczyzn. Niezależnie od niedzielnych perturbacji z deszczem cały akt pierwszy imprezy jest za nami i można się pokusić o wstępne wnioski. Pierwszy dotyczy tak tęsknie wyglądanego ataku młodzieży. W rywalizacji panów lekko drgnęło pod tym względem, zaś 18-letni Chorwat Borna Czoric, 19-latek z Australii Thanasi Kokkinakis i jego 20-letni rodak Nick Kyrgios faktycznie zasługują na specjalne potraktowanie. Niewykluczone, że to właśnie są przyszli liderzy ATP, choć na razie na progu IV rundy zostali oni surowo przeegzaminowani. Co do reszty to przed ćwierćfinałami wszystko zostaje po staremu. W dosłownym znaczeniu tego słowa, jeśli idzie o wiek. Także bez większych zmian, jeśli idzie o ranking. Dwie nowe twarze, nie objęte rozstawieniem, to Rosjanin Tejmuraz Gabaszwili, raczej przypadkowa postać w tej fazie imprezy i pierwszy tak młody reprezentant USA od Peta Samprasa w 1993 roku, 22-letni Jack Sock. Przykład akurat tego młodszego Amerykanina to jeszcze jedno potwierdzenie bardzo długiej drogi, jaką trzeba dziś obowiązkowo przebyć, aby mieć coś do powiedzenia w towarzystwie najlepszych.

O ile u mężczyzn IV rundę w komplecie osiągnęła pierwsza ósemka, zaś ubytki w drugiej są małe, o tyle u pań już na półmetku można mówić o lekkim trzęsieniu ziemi. Z czołówki rozstawionych zostały zaledwie cztery, w drugiej zaś ósemce uchowała się jedna tylko tenisistka. Bardzo szybko odpadła finalistka sprzed roku Rumunka Simona Halep oraz sensacyjna półfinalistka, Kanadyjka Eugenie Bouchard. Z pierwszej czwórki tamtego turnieju nie ma też, grającej tym razem z kontuzją, Niemki Andrei Petkovic. Patrząc na to, co się stało z karierą Czeszki Nikoli Vaidisovej, paryskiej półfinalistki z 2006 roku, na dziwne meandry Amerykanki Sloane Stephens, półfinalistki Australian Open 2013 i teraz na koszmarne wyniki tenisistki z Montrealu, noszonej jeszcze niedawno w złotej lektyce, można snuć teorie o klątwie, rzucanej na młode dziewczyny z rakietą wdrapujące się zbyt wysoko. Tak naprawdę jednak ten turniej przypomina, co się dzieje, gdy zawodniczki  narzucają sobie zbyt duże obciążenia, a nie są przygotowane do takiego wysiłku. Pokazuje też, jaki może być finał zmian, przeprowadzanych u ukształtowanych technicznie tenisistek. Wypowiedź Halep o tym, że błędem było przestawianie jej na grę siłową i że wraca do tego, czego się przez całe życie uczyła, powinno się powielić i przypominać na wszystkich konferencjach trenerskich. Może choć jeden bezkrytyczny naśladowca najpierw się zastanowi…

Zdumiewająco wygląda obsada górnej części drabinki w turnieju pań. Dają tam do myślenia aż cztery zawodniczki bez rozstawienia i pasująca raczej do ITF-u niż do wielkiego szlema rumuńsko-belgijska para Andreea Mitu – Alison Van Uytvanck. Na dole zawiodła dobrze w tym roku grająca Hiszpanka Carla Suarez Navarro. Nie potrafiły też odnaleźć formy z poprzednich sezonów Niemka Angelique Kerber i nasza Agnieszka Radwańska. We wszystkich trzech przypadkach kluczowe jest chyba słówko „przesyt”, obojętnie, fizyczny czy mentalny, przynoszący na korcie wciąż te same, opłakane skutki. Nie do ruszenia za to wydają się dwie wielkie mistrzynie, Rosjanka Maria Szarapowa oraz Amerykanka, Serena Williams. Obie nawet jeśli grają gorzej to okazuje się wciąż o wiele lepiej od rywalek. U panów prawdziwym nr 1 jawi się na razie Serb, Novak Djokovic. Pół kroku za nim Szkot, Andy Murray. Poprawia swą dyspozycję, marną od początku roku, Rafa Nadal, lecz klasowego rywala potrzeba, by o obecnych możliwościach Hiszpana powiedzieć coś więcej. Szwajcarzy Roger Federer i Stan Wawrinka, także Japończyk Kei Nishikori dopiero zbliżają się do swych pierwszych poważnych egzaminów. W turnieju mężczyzn, emocje wywołane przez pięciu nowych francuskich muszkieterów (Tsonga, Simon, Monfils, Gasquet, Chardy) tam na miejscu, w Paryżu, zdają się przysłaniać na razie wszystko i wszystkich. W istocie jednak główne meczowe bitwy dopiero przed nami, a zakończenie w postaci finału, obsadzonego wyłącznie przez panów z wielkiej czwórki, więcej jak prawdopodobne.

Tę niedzielną kompozycję fotograficzną z pierwszej strony Roland Garros 2015 wrzuciłem już do  prywatnego archiwum. Jak jutro gospodarze zamieszczą drugą taką szesnastkę skorzystam od razu i uzupełnię swój zbiór. Trzeba korzystać z okazji i kolekcjonować nowe twarze. Stare z lekka się już opatrzyły.

Karol Stopa