Ilekroć w trakcie Roland Garros przywoływane są niewiarygodne osiągnięcia Rafaela Nadala, tyle razy pada przy okazji nazwisko Robina Soderlinga. Szwed to wciąż jedyny gracz, który zdołał pokonać Hiszpana na paryskich kortach. Jego wyczyn sprzed sześciu lat być może znajdzie teraz naśladowcę, choć z drugiej strony nie jest to jeszcze przesądzone. Tymczasem dwukrotny finalista międzynarodowych mistrzostw Francji, z 2009 i 2010 roku, z powodu poważnej choroby zniknął z zawodowego cyklu ATP w połowie sezonu 2010. Przy okazji, wraz z nim, zniknęli też z cyklu ATP prawie wszyscy znani reprezentanci Trzech Koron.

Gdy po zakończeniu tegorocznych eliminacji okazało się, że do głównego turnieju przebili się w Paryżu dwaj młodzi Szwedzi, przedstawiciele skandynawskich mediów nie kryli zaskoczenia. W wielkim szlemie od roku 2009 nie było na starcie tak licznej ekipy. W Paryżu od 2008 (Jonas Bjorkman, Thomas Johansson, Robin Soderling) nikt na korcie nie oglądał tylu wikingów z rakietą …

Miałem okazję komentować mecz 23-latka Christiana Lindella z najlepszym obecnie Francuzem, Joe-Wilfriedem Tsongą. Widziałem też obszerne fragmenty pojedynku 19-letniego Eliasa Ymera z Czechem, Lukasem Rosolem. Obaj kwalifikanci przegrali wyraźnie, a jedynie ten drugi miał szansę na urwanie seta rywalowi. Christian jest synem Szweda i Brazylijki, urodził się w Rio de Janeiro, gdzie wciąż spędza sporo czasu i trenuje. Ojciec, piłkarski menadżer, jeździł często do Ameryki Południowej kontraktować młodych futbolistów. Podczas jednej z takich podróży poznał Marcię, z zawodu panią architekt, matkę Christiana. Elias natomiast jest jednym z trzech synów etiopskiego maratończyka, Wondwosena Ymera. Ojciec wylądował w małym szwedzkim miasteczku Skara, bo nie widział dla siebie i swej rodziny żadnej przyszłości w Afryce. Synowie, szkoleni na biegaczy,  nienawidzili pokonywania kilometrów. Kiedyś w czasie treningu, w ramach przerwy toaletowej, zatrzymali się przy tenisowym klubie. Gra, jaką zobaczyli spodobała im się tak bardzo, że sportowy wybór został ostatecznie przesądzony. Ojciec dał się przekonać i teraz wygląda na to, że nie żałuje. Na razie świat poznał bliżej Eliasa, ale naprawdę głośno ma być o Mikaelu i najmłodszym z nich Rafaelu.

Tak czy inaczej to zaskakujące, że o tenisowej przyszłości Szwecji, przed laty potęgi w tym sporcie, decydują dziś w głównej mierze dzieci z emigranckich rodzin. Za kulisami Roland Garros, u boku światowych gwiazd, w studiach telewizyjnych, gdzie spojrzeć spacerują postacie tak dobrze znane kiedyś z kortów. Mignie Bjorn Borg, zdobywca 15 wielkoszlemowych pucharów, sześciokrotny mistrz z Paryża, Stefan Edberg, koronowany przy wielkich okazjach sześć razy, Mats Wilander, posiadacz nawet siedmiu takich tytułów. Między 1975 a 1998 rokiem zdobyli siedem razy Puchar Davisa i rządzili wtedy dyscypliną, jak tylko chcieli. Kto mógł przypuszczać, że sukces Thomasa Johanssona w Australian Open 2002 to będzie właściwie ostatni ślad po tamtej generacji. I że potem zabłysną w innych rolach, lecz głównie na prywatny rachunek, jako szkoleniowcy, komentatorzy,  konsultanci, eksperci, właściciele firm, akademii i trudno zliczyć, czego tam jeszcze.

„Nie jestem w stanie przyjąć do wiadomości, że w na starcie wielkoszlemowej imprezy może nagle zabraknąć reprezentantów Szwecji” – mówił rok temu były nr 2 światowego rankingu, coach Stana Wawrinki, Magnus Norman. „To po prostu wstyd. Gdyby mi 20 lat temu ktoś powiedział, że może się wydarzyć coś takiego, uznałbym to za żart”. Mats Wilander jest zdania, że rewolucja w tenisie szwedzkim zaczęła się od Borga i właściwie na nim zakończyła. „Styl gry Bjoerna był na tyle inowacyjny, że wszyscy chcieli go kopiować. Przyjeżdżali do nas ludzie z różnych federacji, na czele z Hiszpanami. Podglądali treningi. Dziś mamy sytuację odwrotną. U nas raczej nie ma czego szukać”. Zdaniem działaczy popularność, jaką wywołał Borg, zwłaszcza wśród dzieci i młodzieży, nie została odpowiednio wykorzystana. Zgasł zapał ponad 100 tys. osób, które nagle trafiły do klubów. Nie pomogło państwo, przestano myśleć o inwestowaniu w ten sport, o szkoleniu trenerów, o planowej pracy. „Mieliśmy swoje pięć minut, lecz nasze złote lata, z powodu zbyt wielu błędów, nie przeobraziły się w kolejne sukcesy” – mówi Ulf Dahlstrom, sekretarz generalny szwedzkiej federacji. Teraz, kiedy poziom obniżył się niemal do tego znanego amatorom, każdy choć odrobinę rokujący gracz może w Szwecji liczyć na pomoc i wsparcie ze strony federacji.

W całej tej historii jest dodatkowo coś, co przyznam, nie daje mi spokoju. To ta osobliwa postawa znanych ongiś szwedzkich gwiazd, ludzi spełnionych przecież, sytych sukcesów oraz wielkich pieniędzy. Mogę zrozumieć, że jeden czy drugi z panów mógł mieć związane ręce. Majątek źle zainwestowany po latach wyparował (casus Borga), albo były inne, ważne powody wykluczające akcję ratunkową. Wiadomo zarazem, ile dawnych sław trafiło do ekip współczesnych liderów. Nie jest tajemnicą, że środowisko mówi wręcz o modzie na szwedzką myśl szkoleniową. Jednocześnie od lat nie widać nikogo z tego towarzystwa, kto miałby ochotę na przejęcie pałeczki w sztafecie pokoleń i wykonanie podobnej pracy, ale za mniejsze pieniądze, na rzecz szwedzkiego tenisa. Altruizm, czyli dobrowolne działanie na korzyść innych, z ponoszeniem przy okazji określonych kosztów własnych to postawa raczej nieznana starym szwedzkim mistrzom. Z kolei przeciwstawny temu egoizm, najwyraźniej ma się świetnie. Im dłużej śledzę zawodowe rozgrywki tym mocniej utwierdzam się w przekonaniu, że jest to istna kuźnia dla ludzi, potrafiących myśleć wyłącznie o sobie, o swych sukcesach i interesach. Na korcie, w boju o coraz wyższe nagrody, bywa to postawa nader przydatna. Obok kortu może po prostu razić.

 

Karol Stopa