Na trzy dni zawodowy tenis zniknął z telewizyjnego ekranu. Relacje z wielkiego turnieju ATP i WTA w Miami zastąpiła piłka nożna. Dyscyplina, jak wynika z badań oglądalności, bez porównania bardziej atrakcyjna dla odbiorców. Od piątku do soboty, na trzech kanałach non-stop, królowały mecze eliminacyjne mistrzostw Europy. Chętnych reprezentacji uczestniczy w tej zabawie coraz więcej, grup rozgrywkowych jest aż dziewięć, oczywistych słabeuszy w zasadzie już nie ma, za to gwiazd w poszczególnych drużynach bez liku. Gdy wczuć się w klimat towarzyszący występowi biało-czerwonych, zerknąć na bramki tylko, albo najciekawsze sytuacje z wszystkich pojedynków towar śmiało można zachwalać, niczym kwintesencję sportowych emocji. Czar pryska, gdy widz nie jest zdecydowany, co chce oglądać i przeskakuje sobie z jednego kanału na drugi. Gdyby nie informacyjne napisy, albo kolory koszulek i spodenek piłkarzy może odnieść wrażenie, że wciąż patrzy na jeden i ten sam mecz. Dość nudny, z setką podań w poprzek boiska, z tym wiecznym wycofywaniem piłki, czasem aż do bramkarza, z kręceniem się w kółko, albo rozgrywaniem na obszarze kilku zaledwie metrów kwadratowych.

W coraz częstszych statystykach, jakie są nam pokazywane podczas pojedynków piłkarzy, jedna z pozycji sztandarowych to wyrażany w procentach czas posiadania piłki. Szkoda, że przy okazji nie towarzyszy jej informacja, co z tego posiadania wynika. Jako widz chciałbym, aby po kilkunastu kopnięciach piłki do najbliżej stojącego partnera nastąpiła np. udana centra na pole karne, aby ktoś wreszcie oddał strzał, albo stworzył choć zamieszanie pod bramką rywali. Mam tymczasem spore obawy o efektywność tej nieustannie nam serwowanej gry w poprzek, czy do tyłu. Rozumiem trenerów i ich plany taktyczne, nie wiem jednak, czy czasem nie jest to brnięcie futbolu w ślepą uliczkę. Niemal tak samo, jak na kortach, gdzie mecz trwa powiedzmy godzinę, lecz efektywnego odbijania piłki, okazuje się, mamy tam ledwie kilka minut. Podczas kilku turniejów (np. WTA w Linzu) podawano już tego rodzaju informacje, gdzie indziej jednak organizatorzy przestraszyli się chyba drastycznych podsumowań.

Monotonne mecze europejskich reprezentacji piłkarskich przypomniały mi też cytowaną niedawno wypowiedź słynnego Peta Samprasa o stanie współczesnego tenisa. 43-letni mieszkaniec Kalifornii kolejny raz powtórzył swą krytyczną opinię na temat stylu, jaki tak mocno zadomowił się teraz na światowych kortach. „Relacje telewizyjne z turniejów oglądam rzadko, bo mam wrażenie patrzenia wciąż na jeden i ten sam pojedynek. Współczesny tenis stał się dla mnie, niestety, zbyt monotonny. Wśród czołowych graczy brak ludzi reprezentujących różne style. Wszystkich fascynuje odbijanie z linii końcowej i naśladowanie takich asów, jak Rafael Nadal czy Novak Djokovic. Za moich czasów wyglądało to inaczej, ponieważ wzorów do naśladowania było więcej”. Ze zdaniem 14-krotnego mistrza turniejów wielkoszlemowych zgadzają się dziś zwłaszcza osoby, które nie interesują się tenisem w sposób przesadny, albo po kibicowsku nie identyfikują z którąś z współczesnych gwiazd. Ot, zwykli odbiorcy sportowych relacji, skłonni poświęcić swój czas na widowiska wyjątkowe, a nie na wszystko, jak leci. Dokładnie mój przypadek w odniesieniu do piłki nożnej.

Zarówno na piłkarskim boisku, jak i tenisowym korcie wnikliwą obserwacją kibiców objęte są dziś zwłaszcza te największe postacie obu dyscyplin. Ich osobliwość powoduje, że z każdym niemal dniem powiększa się rozmiar kultu, jakim ci ludzie są otaczani. Decydujący jest tu chyba element atrakcyjności, wnoszonej do gry przez gwiazdorów. W piłce liczą się strzelone bramki, w tenisie połączenie skuteczności z demonstrowanym stylem. Im dłużej się zastanawiam nad wciąż rosnącym fenomenem 33-letniego Rogera Federera tym bardziej jestem przekonany, że miliony ludzi na świecie fascynuje w pierwszym rzędzie ta jego „inność”. Jest on przypadkiem, jaki trafia się raz na sto lat, kimś takim jak Michael Jordan w koszykówce, czy Muhammad Ali w boksie. Kibice wiedzą doskonale, że gdy Szwajcar wejdzie na kort to mecz na pewno nie będzie mordęgą dla oczu. Tam coś się jednak będzie działo, on na pewno zademonstruje kilka przynajmniej swoich akcji-perełek. Coraz więcej osób zdaje sobie sprawę, że gdy pewnego dnia ojciec czwórki dzieci odłoży tenisową rakietę to długo nie zjawi się nikt choć zbliżony do niego skalą talentu. W telewizjach będą wtedy leciały jedna za drugą nudne relacje z imprez, jakie poza grupą znajomych albo rodaków któregoś z grających, tak naprawdę nikogo specjalnie nie zainteresują. Dość ponura i niestety całkiem realna wizja sportu, zmierzającego współcześnie w złym kierunku. I nie da się tego żadną miarą obrócić w żart, nawet w związku z datą publikacji tego tekstu.

Karol Stopa