Centre Court TENNIS BNP PARIBAS OPEN at Indian Wells Tennis Garden 13 03 2015 TennisMagazine PanZawodowy tenis ma dziś swą stolicę w kalifornijskim Indian Wells, z kolei następne dwa tygodnie cyrkowcy z rakietami spędzą na Florydzie, w Key Biscane. Obie imprezy, jeśli popatrzymy od strony sportowej i organizacyjnej to są jednak wydarzenia gigantyczne. Trafne są zatem wszelkie porównania do turniejów wielkiego szlema. Na starcie i przez pierwsze kilka dni, tak mniej więcej do III rundy, dzieje się tam zwykle tyle i z takim natężeniem, że czasem aż trudno wszystko ogarnąć. Dopiero potem z tej lawiny nowinek udaje się odcedzić, co faktycznie warte zapamiętania. Podobnie jak w Melbourne, Paryżu, Londynie i Nowym Jorku do tej selekcji dochodzi przeważnie w chwili, gdy na korcie zaczynają się już te mecze najważniejsze, z udziałem ścisłej czołówki, od ćwierćfinału w górę.

Rzut oka na publikacje w angielskojęzycznych mediach podpowiada, że tym razem na zachodnim wybrzeżu za szlagier otwarcia uznano jeden z głośnych powrotów. Tak naprawdę w Indian Wells mieliśmy ujrzeć kilka osób nieobecnych ostatnio w rozgrywkach, jednak w ostatniej prawie chwili zrezygnowali zarówno Juan Martin Del Potro, Tommy Haas, jak i Laura Robson. Bez większych emocji przyjęto występ i od razu porażkę mistrza US Open 2014, Chorwata Marina Cilica. Inaczej rzecz się miała z powrotem na korty 33-letniego Mardy Fisha. Za młodu był to jeden z najbliższych przyjaciół Andy Roddicka, dorównujący mu umiejętnościami i równie dobrze jak on rokujący. Potem jednak ten wysoki i mocno zbudowany zawodnik z Minnesoty przez jedenaście sezonów nie potrafił znaleźć drogi do pierwszej dziesiątki na świecie. Cztery lata temu drastyczna dieta i ciężkie treningi wreszcie przyniosły efekt. Nastąpił awans na pozycję nr 7 ATP i zdobycie statusu najwyżej wtedy klasyfikowanego tenisisty z USA. Niestety w sezonie kolejnym zaczęły się też zdrowotne problemy gracza.

Do wiadomości publicznej trafiły przede wszystkim informacje o kłopotach z arytmią serca. Była to jednak – jak się potem okazało – tylko część prawdy. Fish miał już wtedy problemy ze swą psychiką i cierpiał na wyjątkowo silne zaburzenia lękowe. Ataki paniki czy strachu przytrafiały mu się w sytuacjach wyjątkowo czasem niedogodnych. To dlatego zmuszony był w roku 2012 wycofać się z gry na Flushing Meadows, a podczas podróży powrotnej do Kalifornii trzeba było na nowojorskim lotnisku zawracać samolot, kołujący na pas startowy. Coraz częściej problemem stawało się samo wyjście z domu względnie samotne w nim przebywanie. Ponieważ kilka prób startu w turniejach ATP skończyło się niepowodzeniem Amerykanin na ponad 18 miesięcy zniknął z rozgrywek. Dopiero w tym sezonie intensywne leczenie plus solidny trening skłoniły lekarzy do wydania zgody na grę w Indian Wells. Występ tam potraktowano jako fragment terapii. Bardzo pomagała żona Stacey, zaangażowali się niemal wszyscy członkowie rodziny i liczne grono przyjaciół. To dlatego aż tyle znanych twarzy amerykańskiego tenisa można było dostrzec podczas meczu I rundy z udziałem Mardy Fisha i Ryana Harrisona. Z tego pojedynku w świat wysłany został w zasadzie jeden tylko obrazek. Starszy z Amerykanów, dobiegając do skrótu zabawnie zawisł na siatce głową w dół, a ten młodszy, kiedy pomagał mu się podnieść, z napięciem wpatrywał się w twarz kolegi. Ot, taka typowa internetowa migawka, na pozór kompletnie bez znaczenia. Po dodaniu opisanych wyżej faktów powstaje już zupełnie inna historia.

Za półtora tygodnia, w Miami, Mardy Fish będzie miał swój kolejny, sportowy oraz medyczny egzamin. Ten drugi może się okazać dość trudny ze względu na dłuższą podróż samolotową. Amerykański tenisista korzysta na razie z tzw. ochronnego rankingu. Pozycję nr 25 ATP, ostatnią przed czasem swej dłuższej nieobecności, będzie mógł użyć w dziewięciu turniejach na przestrzeni 32 tygodni. Oznacza to, że aż do września od strony sportowej może się o nic nie martwić. Jeśli idzie o sferę psychiczną takiej pewności ani żadnej gwarancji na razie nie ma. W wywiadach przed Indian Wells Fish podkreślał, że jego powrót na korty to nie jest tylko jego prywatny problem, ani kwestia samych sportowych ambicji. „Setki tysięcy ludzi, może nawet miliony cierpią na podobne dolegliwości. Można sobie z nimi poradzić i przy pomocy lekarzy można z tego wyjść. Ja chcę spróbować i pokazać cierpiącym, że jest to możliwe nawet na dość wysokim poziomie wyczynu”.

Mardy Fish jest jedną z niewielu postaci ze świata sportu, które wyraziły zgodę na upublicznienie swych zdrowotnych problemów. Na ogół jest tak, że o dolegliwościach ze sfery psychicznej ludzie nie chcą rozmawiać i raczej nie wyrażają zgody na posługiwanie się własnym przykładem. Wśród amerykańskich sportowców jest to raczej temat tabu, choć było też kilka postaci wyjątkowych, takich, jak np. golfista Charlie Beljan czy koszykarze NBA Larry Sanders i Royce White. Cierpieli oni dokładnie na ten sam rodzaj dolegliwości, co Mardy Fish.

Sytuacja w zawodowym tenisie wygląda podobnie, z tym tylko, że do tej pory chorobą zbierającą największe żniwo była depresja. W lutym 2013 roku pisałem w tym miejscu o utalentowanej Kanadyjce Rebecce Marino, która właśnie dlatego zdecydowała się przedwcześnie zakończyć świetnie się zapowiadającą karierę. Głośno było też w swoim czasie o depresyjnych problemach Ukrainki Julii Wakulenko. Potrafiła ona wygrywać z gwiazdami formatu Clijsters, Mauresmo czy Safina, a teraz wiadomo jedynie, że jako obywatelka Hiszpanii wylądowała gdzieś w okolicach Barcelony. Nie ma naturalnie żadnego związku przyczynowo-skutkowego pomiędzy chorobami ludzkiej psychiki a grą w tenisa. Z pewnością napięcia, jakie się pojawiają na korcie, rywalizacja o ogromne stawki pieniężne czy częstotliwość startów nie będą sprzyjać osobom, które mają kłopoty ze swoją sferą mentalną. Jednocześnie zaś, co potwierdza przykład właśnie Mardy Fisha, ta sama gra w tenisa może się okazać lekarstwem na przykrą chorobę.