MBI20140912_8996.jpgTenisowa reprezentacja Polski staje w tym roku przed kolejną szansą awansu do Grupy Światowej „Davis Cup by BNP Paribas”. Do tej światowej elity mamy teraz niedaleko, bo odległość wynosi trzy zaledwie wygrane spotkania. Z drugiej strony patrząc może się przecież okazać, że to dystans znów zbyt trudny do pokonania przez naszych chłopców. Rzut oka na składy drużyn, jakie od kilku sezonów regularnie występują w szesnastce najlepszych prowadzi do wniosku, że biało-czerwoni w dalszym ciągu pasują do tego towarzystwa. Sprawa sprowadza się zatem do poukładania w jedną sensowną całość wielu różnych elementów. W tych tenisowych puzzlach istotne jest właściwie wszystko. Od stanu zdrowia i formy czołowych graczy zaczynając, na detalach organizacyjnych, czy nawet układzie sił w krajowej federacji kończąc.

Ogłoszony właśnie przez kapitana Radosława Szymanika skład Polaków na marcowy mecz z Litwą wskazuje na istotną w sensie sportowym reorientację. W zespole pojawił się w końcu ktoś całkiem nowy, czyli młody, obiecujący singlista, a jednocześnie zniknął słynny reprezentacyjny debel. Od strony personalnej zabieg wydaje się niewielki, bo wymiana dotyczy jednej tylko osoby. W istocie można chyba mówić o małej rewolucji w naszym męskim tenisie. Sportowi eksperci taką sytuację nazywają czasem „ucieczką do przodu”. Ekipa, której mocno przybyło lat dostaje zastrzyk świeżej krwi i powstaje dzięki temu całkiem inny układ taktyczny. Nie jest tajemnicą, że o sile drużyn, jakie walczą w corocznych drużynowych mistrzostwach świata w tenisie, w pierwszym rzędzie stanowią specjaliści od gry pojedynczej. Gra podwójna, czyli jeden ledwie punkt z pięciu w całym spotkaniu, to zwykle taki języczek u wagi. Czasem postawienie kropki i przypieczętowanie sukcesu, częściej jednak tylko cień nadziei na coś więcej, albo wręcz pogorszenie i tak już nie najlepszej sytuacji.

Polacy występują w Pucharze Davisa od roku 1925, do dziś jednak bez poważniejszych sukcesów. Miewaliśmy w składzie naprawdę dobrych graczy, jednocześnie niemal nigdy nie dysponowaliśmy ekipą wyrównaną, taką bez słabych punktów. Tak na dobrą sprawę dopiero trzy ostatnie cykle pod tym względem wyglądały inaczej. Niestety, akurat żadna z tych okazji nie została wykorzystana. Jednocześnie niepokojąco podniosła się średnia wieku reprezentantów, co oznacza, że te nasze pięć minut za chwilę może się skończyć. W roku 1991, na korcie Legii przy Myśliwieckiej zadebiutował z W. Brytanią 18-letni Bartłomiej Dąbrowski. Dostał szansę w chwili, gdy najważniejszy wtedy mecz w historii polskiego tenisa był już niestety przegrany. Jak na ironię to właśnie był początek najdłuższej dotąd u nas i najbardziej efektywnej przygody w cyklu. Równo 13 lat startów, aż 62 zagrane mecze, aż 37 zdobytych punktów. Z europejskiej perspektywy patrząc osiągnięcia Bartka imponują. Szkoda tylko, że zwykle miały miejsce na peryferiach Davis Cup. W roku 2001 w meczu z Izraelem w Bytomiu w drużynie pojawił się po raz pierwszy Łukasz Kubot. Dziś jeden z filarów reprezentacji, autor 19 pkt wywalczonych w singlu i 4 pkt w deblu. Trzy lata później w Livorno, z Włochami, pierwszy raz trafił do składu Michał Przysiężny. Tenisista grający pięknie, jednak z powodu licznych kontuzji i skoków formy dość nierówny. W singlu zanotował dotąd 10 zwycięstw, ale i 12 porażek. Od sezonu 2008 i meczu z Białorusią w Mińsku błyszczy mocno gwiazda Jerzego Janowicza. Lider zespołu, który ostro goni Kubota i ma do niego w singlu już tylko 2 pkt straty. Pasja i poświęcenie, jakie ten człowiek wkłada w każdy swój reprezentacyjny występ to wartość sama w sobie. Z nim nie strach się wybierać na najtrudniejsze nawet wyprawy, ale – co oczywiste – łodzianin musi też mieć odpowiednie wsparcie w kolegach.

Na przestrzeni ostatniej dekady w reprezentacji, poza wspomnianą żelazną trójką, próbowani byli jeszcze i inni tenisiści. Tacy jak np. Filip Urban, czy Adam Chadaj, potem przez dwa lata Dawid Olejniczak, epizodycznie Marcin Gawron, w końcu Grzegorz Panfil, który przez cztery sezony dostał chyba najwięcej szans. Dziś do składu wchodzi 19-letni Kamil Majchrzak. Chłopak z Piotrkowa Trybunalskiego, zdolny, perspektywiczny, zaczynający właśnie pisać swą profesjonalną biografię. W zespole zastąpił on Mariusza Fyrstenberga, co oznacza, że Radosław Szymanik wziął pod uwagę rozstanie naszej najskuteczniejszej od lat deblowej pary. Przy okazji kapitan postanowił wreszcie ułożyć reprezentację Polski w nieco inny sposób, co zresztą już wcześniej kilka osób mu sugerowało. Chodzi tu o danie sobie możliwości wyboru podczas meczu kilku przynajmniej opcji w singlu i pozostawienie otwartej obsady gry podwójnej. Do jednego mocnego deblisty, a takim jest teraz w ekipie na Litwę Marcin Matkowski, można obecnie, w zależności od wyniku po pierwszym dniu, dokooptować każdego z pozostałej trójki (Janowicz, Kubot, Majchrzak). Wcześniej ten nasz skład był od początku do końca sztywny, bez szans na jakąkolwiek modyfikację. Para deblowa, owszem, często gwarantowała punkt, ale też skutecznie blokowała aż dwa miejsca. Gdy dwa razy jeden z singlistów złapał kontuzję (ze Słowenią we Wrocławiu i Białorusią w Łodzi) za kulisami zespół przeżył chwile trwogi. Na nasze szczęście ostatnie mecze w niedzielę o niczym już wtedy nie decydowały. Teraz pole manewru zrobiło się znacznie większe, a jeśli tylko Kamil okaże się tenisistą z perspektywami, opcja ewentualnego atakowania Grupy Światowej może nam zostać przedłużona o kilka lat.

Podczas spotkania z dziennikarzami Szymanik wyraźnie zaznaczał, że jego ekipa nie zagubiła tak wyraźnie wcześniej widocznej dobrej aury. Zarówno Michał Przysiężny, jak i Mariusz Fyrstenberg, obaj pominięci w składzie na Płock, podkreślali, że nadal są do dyspozycji trenera, chcą pomagać kolegom, a przy następnej okazji gotowi są wrócić do składu. Debel Fyrstenberg/Matkowski, do którego tak się przyzwyczailiśmy, występował w reprezentacji od meczu z RPA w Polokwane w roku 2003, aż do ubiegłorocznej batalii z Chorwatami na Torwarze. Przez 11 lat panowie zdobyli razem dla biało-czerwonych 19 cennych punktów. Być może trafi się im jeszcze następna okazja, a niewykluczone, że obaj wrócą do wspólnych występów. Niewiele osób wie, że US Open 2011 miał być ich startem pożegnalnym, tymczasem po największym wtedy sukcesie, czyli finale na Flushing Meadows, Marcin i Mariusz wytrzymali potem ze sobą jeszcze przez trzy sezony. Zarówno oni, jak i pozostali koledzy z ekipy to żywy dowód, że w całej polskiej drużynie wciąż drzemie ogromny potencjał. Rzecz sprowadza się do tego, by to co w tych ludziach najcenniejsze umieć wydobyć w najbardziej odpowiednim momencie.

Karol Stopa