FEDCUP MECZ AGNIESZKA RADWANSKA - MARIA SZARAPOWAWieczorny pociąg z Krakowa do Warszawy, oprócz akcentów narciarskich, jako że zaczynał swój bieg w Zakopanem i Krynicy, w niedzielę wieczorem tętnił tenisem. Byłem zaskoczony, ile znanych mi osób ze świata mediów i nie tylko, a także jak wielu bardzo młodych czasem kibiców wybrało się mecz Polska – Rosja. Choć nasze panie, w przytłaczającej rozmiarami Tauron Kraków Arenie sromotnie przegrały walkę o półfinał, nastroje wśród podróżujących były pogodne. Jadąc w tamtą stronę wiele osób autentycznie liczyło na wynik korzystny dla Polek, albo przynajmniej na większą dramaturgię widowiska. W podróży powrotnej z kolei nie towarzyszyło im uczucie gigantycznego zawodu. Znajomy tłumaczył to prosto. Gdy w piłkarskich mistrzostwach świata trafiamy Niemców, albo Holendrów to kibice naturalnie marzą o przyjemnej niespodziance i czasem faktycznie do niej dochodzi. Jednocześnie, gdy słynni rywale zagrają wielki mecz, a Polacy na boisku nie są w stanie się przeciwstawić, wtedy ta porażka boli jakby nieco mniej.

Reprezentacja Rosji to jedna z potęg Fed Cup by BNP Paribas. Ośmiokrotne finalistki rywalizacji, ekipa, która cztery szanse na główne trofeum (2004, 2005, 2007 i 2009) potrafiła wykorzystać. Jest  dość prawdopodobne, że w połowie listopada dorzuci do kolekcji jeszcze tytuł nr 5. Dwa lata temu prowadzona silną ręką przez Szamila Tarpiszczewa sborna wyraźnie się jednak rozsypała, gwiazdy zaś pogniewały i poróżniły z federacją tak bardzo, że przed finałem z Włoszkami potrzebna była niemal łapanka. Na korcie doszło do katastrofy, rok później nastąpił spadek do World Group II. Te wydarzenia podziałały niczym zimny prysznic. Mecz z Polkami poprowadziła nowa od roku pani kapitan, mistrzyni Roland Garros 2004, kiedyś rakieta nr 2 WTA, Anastazja Myskina. Zaufały jej dwie gwiazdy, Maria Szarapowa i Swietłana Kuzniecowa. Obie zjawiły się w Krakowie w optymalnej wręcz dyspozycji. Cała ekipa sprawiała wrażenie zrelaksowanej, niezwykle pewnej swego i wyraźnie czuła się w naszym kraju, jak u siebie w domu. Rosjankom spodobało się miasto i hotel, zachwycone były obiektem oraz nawierzchnią. Miały tylko obawy, jak przyjmie je publika, bo znały krótkie spięcia z siatkarskich mistrzostw świata. Tymczasem trybuny zachowywały się nad wyraz kulturalnie i spokojnie. Delegaci ITF szybko orzekli, że nie widzą w tym pojedynku żadnych specjalnych zagrożeń, poza tłumem, jaki niebezpiecznie napiera na barierki, natarczywie prosząc o autograf przed meczem i tuż po.

W przypadku naszej reprezentacji trudno się zachwycać przegraną, ale też nie ma dziś powodów do rozdzierania szat, o ile tylko przy próbie oceny kobiecego tenisa ktoś twardo stąpa po ziemi, nie zaś buja w obłokach. Z pozycji rankingowych, wcześniejszych meczowych doświadczeń, ze stylu gry rywalek i kilku jeszcze okoliczności wynikało jasno, że to będą ciężkie przeprawy naszych pań. W istocie siostry Radwańskie na zbyt wolnym dla nich korcie stanęły przed koniecznością wykonania katorżniczej pracy, a i to bez gwarancji osiągnięcia tą drogą sukcesu. Choć coś im tam wyraźnie nie pasowało obie starały się wejść w swoje pojedynki tak mocno, jak tylko się da. Obie też, po słabych otwarciach, były blisko wyrównania szans. Za to w pierwszym rzędzie należą się Uli i Agnieszce brawa oraz szacunek. Występ tej młodszej potwierdził, sygnalizowaną na początku sezonu, zwyżkę formy. Po tym, co ujrzeliśmy w II secie gry z Szarapową, powrót Uli w okolice trzeciej dziesiątki WTA wydaje się już tylko kwestią czasu. W przypadku Agnieszki nic się specjalnie nie zmieniło. To jest wciąż jedyna Polka, która osiągnęła wyniki, o jakich po wojnie marzyły kolejne pokolenia, zaś jej występ w Krakowie ani niczego nie otwiera, ani nie zamyka. Nadal mamy prawo liczyć, że w jakimś następnym ważnym turnieju wszystko będzie pasowało i wtedy dyżurni klakierzy znów będą mogli poszaleć. Oby tak jak najdłużej! Jednocześnie widać coraz wyraźniej, kiedy i z kim ona jest w stanie dyktować dziś na korcie swoje warunki, a z którymi rywalkami, nielicznymi na szczęście, ma chyba większy teraz kłopot. Te dla niej niewygodne nie tylko doskonale poznały już zagrożenia ze strony Polki, ale też potrafią się do walki z nią przygotować. Trening Marii na godzinę przed niedzielnym pojedynkiem z Agnieszką był zindywidualizowany, niebywale konkretny, ustawiony idealnie głównie pod to, co ta akurat rywalka lubi zagrywać. Potem nastąpiła ogólna i raczej krótka rozgrzewka Polki przed tym samym spotkaniem. Kapitalny materiał szkoleniowy, jaki naprawdę wiele tłumaczy i przybliża. Pod warunkiem naturalnie, że ktoś zechce z tego cokolwiek zrozumieć…

Rok temu, po historycznym play-offie z Hiszpanią („Grupa w grupie”) wyrażałem swoje uznanie dla dokonań naszej liderki i lekką obawę zarazem, czy właściwie w pojedynkę da ona radę na aż tak wysokim poziomie rozgrywek, przy większych obciążeniach, z coraz trudniejszymi rywalkami. Te wszystkie uwagi pozostają aktualne. Nasza kobieca reprezentacja w terminie 18-19 kwietnia zagra teraz ze Szwajcarkami mecz o utrzymanie w pierwszej ósemce. Być może w katowickim Spodku, kilka dni po turnieju WTA tam rozgrywanym. Byłby to dość naturalny i rozsądny wybór. Tak czy inaczej, na własnym korcie kolejny, niebywale ważny egzamin. Polskie tenisistki, ale i ich kapitan Tomasz Wiktorowski, wciąż są nuworyszami w światowej elicie drużyn. Przydałoby się im więcej czasu i więcej okazji na oswojenie z takimi sytuacjami, jak krakowska. Bo na razie to zarówno nasi panowie w barażu z Australią o Grupę Światową Pucharu Davisa i panie z Rosjankami o półfinał Grupy Światowej Pucharu Federacji okazali się chyba nie dość sprytni i pomysłowi przy ustalaniu nawierzchni na te pojedynki. Rutyniarze rozgrywek w podobnych sytuacjach są zwykle bezlitośni i przebiegli aż do bólu. My tego raczej jeszcze nie potrafimy, albo też z praw gospodarza korzystamy na razie zbyt delikatnie. Ze słabszą ekipą Helwetek będzie okazja do poprawy i precyzyjniejszych ustaleń.

Mecz w Krakowie pokazał, że organizacyjnie jesteśmy już w stanie zaistnieć w takich rozgrywkach na bardzo wysokim poziomie. Kilka rzeczy wymaga drobnych korekt, ale wszystko idzie w dobrą stronę. O coraz większej liczbie osób można już powiedzieć, że to sprawdzeni w boju specjaliści, bardzo przydatni przy następnych okazjach. Największa zdobycz to jest jednak ta niesamowita, pięknie się prezentująca i sportowo reagująca, 15-tysięczna widownia. Ludzie, którzy pociągami i samochodami zjechali pod Wawel z całego kraju. Uświadomienie sobie, że oni są i można teraz na nich liczyć, podnosi poprzeczkę dla całego polskiego tenisa. Zaczynamy chyba inną rozmowę o tym sporcie w naszym kraju. Nowy, jakże cenny impuls otrzymała federacja, od lat bezskutecznie szukająca strategicznego sponsora. Jeśli ta szansa nie zostanie wykorzystana to już doprawdy nie wiadomo, co nam może pomóc. Stacje telewizyjne – bez żebrania o łaskę w starym stylu i bez żadnych dodatkowych zachęt – skłonne są niemal walczyć o transmisję z takiego święta dyscypliny. Podnieśli też chyba głowy wszyscy, którzy na polskich kortach starają się na co dzień zaistnieć tam w sensie sportowym, albo biznesowym. Okazało się, że po prostu można już inaczej. Z wielkim rozmachem, nowocześnie, a zarazem w znakomitej atmosferze. W Krakowie nie wyszło nam sportowo. Trzeba wierzyć, że lepiej pójdzie w kwietniu i dostaniemy następną szansę za rok. Tenis jest zbyt pięknym, globalnym i bogatym sportem, by wciąż w gumiakach pchać się na jego salony. Dorośliśmy w końcu do czegoś więcej.

Karol Stopa