W czasach antycznych ludzie czcili herosów sprawności fizycznej kimkolwiek by oni nie byli i zawsze z mocno konkretnych powodów. Imponowało ówczesnym bywalcom stadionów, że ktoś potrafi być od nich lepszy, jak umieli zatem wyrażali swój podziw. Publiczność towarzysząca współczesnej rywalizacji jest zupełnie inna. Gdy ktoś w żółtej koszulce lidera wygrywa kolejny etap kolarskiego wyścigu, a robi to poza swym krajem ojczystym, rzadko wywołuje entuzjazm. Rozumowanie patrzących z boku jest proste.

Zawodnik był na czele klasyfikacji więc nie ma się co dziwić, że pierwszy minął linię mety. Nic szczególnego się przecież nie zdarzyło, nie warto temu poświęcać czasu. W miarę jak sport staje się rządzonym przez gigantyczne pieniądze rajem dla celebrytów kibice bezpardonowo dzielą też gwiazdy wyczynu na swoich oraz na wrogów. Jedni na boisku są poważani, inni mniej, albo wcale. Fani przelewają swe najgorętsze uczucia wyłącznie na tych, z którymi się identyfikują. Pozostałych nie ma. Trzeba ich nienawidzić i życzyć wszystkiego, co najgorsze. Kiedyś mogło się wydawać, że akurat na sportowej arenie nie powinny mieć miejsca takie podziały. Świat kiboli plus nałóg bukmacherskiego hazardu spowodowały, że jest niestety  dokładnie odwrotnie…

Australian Open 2015 wygrali faworyci: Serena Williams i Novak Djokovic. Dwie gwiazdy tego sportu, dominujące postacie poprzedniego i kilku innych jeszcze sezonów, liderka i lider rankingu, oboje rozstawieni z nr 1. Nim odbili na Rod Laver Arena pierwsze piłki przeczytałem na forach dyskusyjnych miażdżące opinie na temat finałowej mizerii, jaka niechybnie czeka każdego śmiałka, który ośmieli się włączyć telewizor. Amerykanka walczyła z Rosjanką Marią Szarapową, Serb ze Szkotem Andy Murray’em. W pierwszym przypadku po korcie biegały 23 wielkoszlemowe tytuły, w drugim 9. Wynik końcowy obu pojedynków okazał się w miarę łatwy do przewidzenia, bo znów wygrali ci, którzy robią to niemal zawsze. Jednocześnie obie gry wręcz zaskoczyły dramaturgią, a długimi fragmentami także poziomem. Nie ma żadnego sensu jakakolwiek dyskusja z anonimami, paplającymi o różnych swoich wyobrażeniach na ten temat. Internet to przecież taki nowoczesny Hyde Park. Trzeba w nim za wszelką cenę zaistnieć i znaleźć odbiorców dla idiotyzmów własnej produkcji. Nie obowiązują tam przecież jakiekolwiek zasady.

Pal sześć całe to towarzystwo, ćwierć amatorów, półamatorów i tych, co to jedynie stali kiedyś obok kortu. Kraj mamy wolny, każdy może sobie pisać co chce, albo mówić, co mu ślina na język przyniesie. Niestety w tej magicznej przestrzeni popisują się także swymi poglądami ludzie o konkretnych nazwiskach i funkcjach, rozmaici redaktorzy naczelni, komentatorzy, kierownicy czy eksperci. Jak jeden mąż, wszyscy oficjalni specjaliści od tenisa. Nie ukrywam, na tych właśnie zagiąłem parol i to do nich kierowałem swoje uwagi. Reszta mnie nie interesuje. Od słynnej już konferencji na Torwarze z Jurkiem Janowiczem w roli głównej przyglądam się uważnie całemu temu towarzystwu. Coraz częściej dochodzę do wniosku, że łodzianin wykrzyczał wtedy prawdę na temat ludzi, którzy tak przymilnie potrafili merdać przed nim ogonami. Kiedy czytam dziś jak jeden czy drugi z tej grupy fachowców w chwili rozgrywania widowiska, jakim pasjonuje się cały świat, namawia swych odbiorców, by poszli lepiej do kina, albo dłużej pospali zamiast oglądać „te nudy”  ze złości przestaję kontrolować swe reakcje. Tak się można wypowiadać na forum prywatnym, nie publicznie.

Antena z kolei na pewno nie jest właściwym miejscem na spostrzeżenia w tej materii i tu mieli rację ci, którzy mi na to zwrócili uwagę. Co do meritum zaś to podczas niedzielnego finału właściwie miał miejsce ciąg dalszy sprawy polskiego „tenisowego mistrzostwa świata z Perth”. Koleżance, która w roli ekspertki tak uroczo przyklaskiwała bzdurom na antenie stacji tv powiedziałem w oczy, co sądzę na temat zrozumienia roli osoby, mającej uwiarygodnić istotne fakty. Teraz na podobne vis a vis mam nadzieję w przypadku kolejnych postaci. Sprawa jest poważna, mimo to w żadnym razie nie zamierzam robić z siebie – jak to mawiał Zdzisio Ambroziak – „Jamesa Bonda”. Przy okazji  wyobrażam sobie, jak ostro On by w takim momencie walnął pięścią w stół. Ludzie, którzy uczyli mnie dziennikarstwa kładli w głowę, że sport jest piękną dziedziną życia i trzeba zeń wydobywać to co wartościowe i godne zapamiętania. Dziś na gwiazdy zawodu niestety wyrastają ci, którzy opisują afery, korupcję, plotki z życia prywatnego albo doping. Pomiędzy tymi skrajnościami – tak uważam – mimo wszystko powinno być jeszcze miejsce na coś, co da się nazwać popularyzacją dyscypliny, przystępnym wyjaśnianiem jej tajników, uwypuklaniem tego, co zawsze ludzi porusza, a więc walki i ogromnego przy tym wysiłku. Ekspert tenisowy, który w imię jakichś nieznanych mi racji próbuje zohydzić mecz dwóch graczy z najściślejszej czołówki jest dla mnie pomieszaniem z poplątaniem. Rozumiem, że można przedkładać tenis kobiecy nad męski, bądź odwrotnie, któraś z postaci podoba się bardziej albo mniej, jeden styl gry odpowiada, inny niekoniecznie. Żadną miarą jednak pojąć nie mogę i na pewno nie zaakceptuję antypropagandy dyscypliny.

Serb i Szkot to dość osobliwa tenisowa para, a ich mecze od zawsze były spektaklami trudnymi w odbiorze. Po wygranym przez Murray’a finale US Open 2012 właśnie o zrozumieniu i właściwym docenianiu ich rywalizacji przez szeroką publiczność ponad godzinę rozmawiałem telefonicznie z Wojtkiem Fibakiem. Padło wtedy mnóstwo niezwykle trafnych uwag z jego strony, w szczególności w kwestiach taktyki i tak generalnie sprytu na korcie Andy’ego. W finale Australian Open 2015 tym sprytniejszym na koniec okazał się jednak Novak. Nabrał rywala na swoje słanianie się na nogach, a potem tę chwilę zaskoczenia wykorzystał bezwzględnie, o co pokonany zaraz po meczu wyraźnie się pogniewał. Pojedynek przez dwa sety miał dość wysoki poziom oraz widowiskowość, potem atrakcje czysto sportowe zeszły na dalszy plan, a zaczęła się straszna batalia o to, kto mocniejszy fizycznie. Sztuką jest w ogniu walki trafnie to wszystko ująć, uwypuklić to, co na korcie godne podziwu i zarazem nie mieszać z błotem, gdy odmawiające posłuszeństwa ręce i nogi generują kolejne błędy. Mówić prawdę, ale bez wazeliny i zarazem bez zniechęcającej do widowiska krytyki to jedno z najtrudniejszych zadań przed mikrofonem. O wiele łatwiej piać peany przy artystach dyscypliny. Kłopot w tym, że ten ostatni gatunek nam wymiera, wyraźnie przegrywa z gwiazdami szkoły przetrwania. Tymczasem spektakl trwa (show must go on). Co najwyżej zmieniać się będzie zachwycająca nim publiczność. Sama gra jeszcze przez długi czas nie.

Dziennikarze zajmujący się w naszym kraju tenisem to dość wąska liczebnie grupa ludzi. Jeszcze do niedawna, aby ich policzyć wystarczało palców jednej ręki. Cudowne rozmnożenie nastąpiło za sprawą sióstr Radwańskich i Janowicza. Ja rozumiem, że opisywanie sukcesów biało-czerwonych to przyjemne zajęcie, jednocześnie jednak uważam, że sam wątek patriotyczny to odrobinę za mało, aby traktować tych ludzi poważnie. Na odpowiedni znak jakości trzeba w tej profesji zapracować. Nie byłoby źle, gdyby potencjalni kandydaci zdecydowali, czy chcą być dalej kibolami z internetu, skaczącymi od sportu do sportu, czy osobami, które się starają specjalizować w jednej dyscyplinie. Naturalnie wiem, jak to teraz wygląda od strony zatrudniających firm, ale zaręczam, że za moich czasów wcale nie było lepiej. Istota sprawy leży w chęci ciągłego rozwijania swego warsztatu i w pogłębianiu wiedzy. Także w pasji, jaką człowiek ma w sobie, albo nie. Ktoś kto na korcie nigdy się nie spocił, nie zagrał kilkunastu spotkań turniejowych, nie odbył treningu, albo nawet nie trzymał w ręku rakiety, udaje Greka jeśli sądzi, że środowisko tenisowe o tym nie wie. Grupa ludzi mających u nas kontakt z zawodową rywalizacją jest coraz szersza, można się łatwo dowiedzieć, co oni sądzą o takich, pożal się Boże, ekspertach przed mikrofonem czy laptopem.

Na koniec dla poprawy nastroju jeszcze plotka z Melbourne. Dowód na to, że problem, o jakim piszę ma nie tylko polski wymiar.  Podczas konferencji prasowej Sereny Williams padło nagle hasło „hindrance”. Amerykanka za okrzyk, przeszkadzający Marii Szarapowej w odbiciu piłki, została zgodnie z regulaminem pozbawiona punktu. Wiele osób na Rod Laver Arena nie wiedziało, o co tak naprawdę chodzi. Paradoks  polegał na tym, że w Melbourne doszło do sytuacji identycznej, jak w finale US Open 2011, gdy kara sędziowska za identyczne zachowanie doprowadziła potem do sukcesu Australijki, Samanthy Stosur. Wstaje jakiś dziennikarz australijski i jak najpoważniej pyta Amerykankę, czy miała już kiedyś taką przygodę. Sala ryczy ze śmiechu. Serena z kpiącą miną i ironią w głosie: „A Ty w ogóle śledzisz tenisowe wydarzenia…”