TENNIS-AUS-HOPMANChwytający za serca obrazek wiwatującej pary, Agnieszki Radwańskiej oraz Jerzego Janowicza, uruchomił w kraju lawinę. Wielu rodaków przed telewizorami wpadło w szampański humor bez żadnej dodatkowej zachęty. Szczerze uradował ludzi drugi z rzędu finał Pucharu Hopmana i sobotni sukces Polaków z mocną ekipą amerykańską. Mile połechtał fakt, że to jednak biało-czerwoni zagrali na korcie mnóstwo świetnych akcji, a na trybunach widać było cały czas morze polskich akcentów. Kiedy dodać fantastyczny klimat w naszej ekipie, te wszystkie przyjazne wobec siebie gesty albo żarty, no i obowiązkowo te przeprowadzane przez australijskiego spikera przezabawne wywiady po meczach, słowa pochwały same się cisną na usta. Jeśli ktoś w Ministerstwie Spraw Zagranicznych będzie szukał kandydatur do nagród za rozsławianie w świecie dobrego imienia Polski i Polaków to na niwie sportowej chyba trudno dziś o lepszy przykład.

„Jesteśmy mistrzami świata…” – przeczytałem na twitterze młodego dziennikarza, pasjonującego się tenisem, w kilka dosłownie chwil po zakończeniu gry mieszanej. Widać serce mam jeszcze mocne, skoro szlag mnie nie trafił od razu na miejscu. I nic nie zmieniło, dopisane już po przecinku „…nawet jeśli nieoficjalnymi!” Mój znakomity humor wyparował, a za chwilę przekonało się o tym kilka ekip telewizyjnych i radiowych, telefonujących z prośbą o wypowiedź. Naturalnie nie było szansy, aby zatrzymać puszczony w ruch mechanizm dmuchania w ten balon. „Jesteśmy mistrzami świata w tenisie” – usłyszałem zaraz i przeczytałem we wszystkich komunikatorach. Pal sześć tych kompletnych ignorantów, trzymających klucz do maszynerii, ale dlaczego telewizyjni komentatorzy dyscypliny, piszący o niej dziennikarze, byli zawodnicy czy trenerzy w sposób tak bezmyślny, z nieskrywanym triumfem na twarzy, powtarzają bzdurę? Czy nie rozumieją, że mniej zorientowanym robią w ten sposób wodę z mózgu?! W mediach zajmujących się non-stop informowaniem każdy sukces i każda niemal tragedia uruchamia dziś podobną głupawkę i od dawna nie ma tam znaczenia, czy przekazujący nam, co się stało, posiada jakąkolwiek wiedzę o sprawach, w jakich zabiera głos. Liczy się wtedy szybkość i zadęcie z jak najgrubszej trąby. Dlaczego jednak kretynów robią z siebie wówczas osoby, występujące niby w roli ekspertów?!!

Harry Hopman był w latach przedwojennych doskonałym graczem, a po wojnie najwybitniejszym trenerem w historii australijskiego tenisa. To on zbudował potęgę na Antypodach, długo prowadził obie reprezentacje, wciąż odkrywał nowe gwiazdy. Był pasjonatem debla oraz miksta, a na korcie poznał swoje dwie kolejne żony. Cztery lata po śmierci, w uznaniu zasług tego człowieka, w roku 1989 zorganizowano turniej par mieszanych. Dostał formułę corocznej, drużynowej rywalizacji, z czasem na stałe zlokalizowano go w Perth. Gdy dla uczczenia pamięci Hopmana użyto określenia „Championships” (mistrzostwa), w lokalnych mediach ktoś dopisał słówko „World”. W ten sposób doszło do – tak często teraz powtarzanych, lecz jedynie w znaczeniu potocznym – nieoficjalnych mistrzostw świata. We wszystkich dokumentach jednak, mimo wpisania imprezy do kalendarza ITF-u, ta nazwa nigdzie się nie pojawia. Posługują się nią głównie dziennikarze, chcąc w ten sposób wyolbrzymić rangę wydarzenia. Nie ma mowy natomiast, by któraś z kolejnych zwycięskich reprezentacji wypinała pierś i ogłaszała się nagle „mistrzami świata”. O wiele bardziej uprawnione byłoby to wobec np. triumfatorów Pucharu Davisa czy Pucharu Federacji, tymczasem i w tych rozgrywkach oficjalnie raczej się z tej nazwy nie korzysta, a medialnie funkcjonuje ona rzadko.

Czy się to komuś podoba, czy nie Pucharem Hopmana rządzą dziś w pierwszym rzędzie sponsorzy, agencje menadżerskie i stacje telewizyjne. To na tym szczeblu ustala się, kto będzie uczestnikiem imprezy, a dość luźno traktowany regulamin sprawia, że nawet wśród drużyn zaproszonych składy zmieniają się jak w kalejdoskopie, zaś na miejscu trudno się czasem zorientować, kto się tam tylko bawi, a kto traktuje występ nieco poważniej. W tej sytuacji wszystkie te pompatyczne zaśpiewy i porównania do sytuacji, jaką znamy np. z rozegranych niedawno mistrzostw siatkarzy i wielkiego w nich tytułu polskiej drużyny, są co najmniej nie na miejscu. W tenisie od lat mamy wyraźną różnicę między tym, co jest poważną rywalizacją o duże pieniężne stawki i większą albo mniejszą, lecz jednak zabawą o jakieś symboliczne kwoty. Nazwa „world championships” nadawana jest dziś tylu rozmaitym tenisowym imprezom, tylu rywalizacjom na korcie piekarzy, stolarzy, lekarzy, adwokatów, a nawet dziennikarzy, że tego wszystkiego nawet z grubsza nie da się wyliczyć. Osobiście z moim kolegą, Zbyszkiem Weselim, dwa razy zdobywałem tytuł niby wicemistrza świata dziennikarzy w tenisie, a było to przed wieloma laty w austriackim Portschach i w słoweńskim Portorożu. Jednocześnie obaj doskonale wiedzieliśmy, że uczestniczymy tam nie w klasycznych mistrzostwach świata, a w fajnej zabawie. Na kuli ziemskiej było i jest przynajmniej kilkuset ludzi mediów, grających w tenisa dużo lepiej od nas, lecz nie startujących w takich imprezach, bo albo brak im wiedzy o ich istnieniu, albo mają wtedy inne zajęcia, albo też nie znaleźli się akurat w grupie krewnych i znajomych królika, z automatu obstawiających podobne okazje.

Z tego radosnego i budującego występu Agnieszki i Jurka w Perth płyną – moim zdaniem – same pozytywy. Było to dość mocne meczowe przetarcie w całkiem innych niż w kraju warunkach. Nasi odnieśli kilka wartościowych indywidualnych zwycięstw i te wyniki mogą szybko zaprocentować. Pokonanie przez Radwańską liderki cyklu, Sereny Williams, to nie jest rezultat, jaki kiedykolwiek trafi do oficjalnego bilansu spotkań WTA, lecz przy najbliższej okazji na korcie może być tym przysłowiowym języczkiem u wagi. Patrząc okiem sportowego psychologa nasi przed trudnym sezonem zaliczyli dobrą sportową zabawę, na dodatek z radosnym happy endem. Od następnego tygodnia aż do końca sezonu czeka ich już tylko turniejowa harówka, w trakcie której ten niby tytuł nie będzie miał żadnego znaczenia. Poza którymś tam niedowartościowanym komentatorem nikt tego za chwilę nie wspomni. Za to jak się tylko komuś z naszej dwójki w rywalizacji ATP czy WTA, nie daj Boże, noga poślizgnie, pierwsi wystartują z krytyką oraz oryginalnymi tytułami dokładnie ci, którzy dziś z taką pompą odnotowują występy „polskich mistrzów świata z Perth”.

Karol Stopa