Up2Us Hosts Tennis Clinic For South LA Kids With Tennis Great Pam ShriverW stołecznej Akademii Juana Carlosa Ferrero dwaj chłopcy, tak na oko 10-latkowie, rozgrywali pod okiem hiszpańskiego szkoleniowca treningowy mecz. Po długiej i dość dramatycznej wymianie ten, który w końcu piłkę zepsuł poirytowany cisnął rakietą o kort. Fran Penalva Salveron nie ruszył na krok ze swego narożnika tylko bez zastanowienia zaordynował podopiecznemu dziesięć pompek. Liczył je głośno, a potem czekał aż chłopak podejdzie do siatki i skruszony powie „przepraszam”. Kiedy rozmawiałem o tym wydarzeniu z Pawłem Bojarskim, głównym polskim szkoleniowcem „Equelite”, spytał tylko, czy na korcie nie stał czasem Carlos Herrero Tambo, bo on jest w takich sytuacjach o wiele bardziej kategoryczny: „Mamy starannie wypracowane, latami ćwiczone wzory zachowań. Dotyczą wszystkich sytuacji. Tego, jak trzymać rakietę przy zamachu do forehandu, jak się odnieść do sytuacji nietypowej, jak układać relacje z młodym zawodnikiem czy jego rodzicami. Cały hiszpański tenis opiera się na takich standardach. Nie ma w nim ani przypadkowych ludzi, ani przypadkowych wariantów szkolenia. Od federacji zaczynając, na najmniejszym klubie kończąc”.

Z bólem w sercu muszę stwierdzić, że u nas sytuacja jest dokładnie odwrotna, a to polskie szkolenie tenisowe jest jak nasz kraj z okien samolotu. Z góry piękna szachownica, po zejściu w dół okazuje się, że kompletnie pozbawiona sensu. Historycznie patrząc najpierw mieliśmy wielu znakomitych, jeszcze przedwojennych fachowców. Potem ci trenerzy klubowi zostali pochłonięci przez komercję, pieszczotliwie w latach zarobkowych wyjazdów nazywaną „sztundami”. Skala tego zjawiska, a zwłaszcza absurdalność postaci, jakie się wtedy obnosiły po mieście z koszami pełnymi piłek, nakazywała pilne działania. Potrzeba było kilku przynajmniej zarządów PZT, a każdy przecież ma 4-letnią kadencję, by panowie działacze w końcu zaakceptowali potrzebę uporządkowania sytuacji. Mimo rozlicznych obstrukcji z ich strony w listopadzie 1995 roku powstało wreszcie, grupujące specjalistów w jednym miejscu, szkolące oraz posiadające prawo wydawania jakże istotnych w tym zawodzie licencji, „Polskie Stowarzyszenie Trenerów Tenisa”. Po blisko 12 latach organizacja ta w zasadzie zakończyła swą działalność, teraz ma miejsce proces jej odbudowy. Przyczyna tych wszystkich wahnięć, rozłamów czy powrotów jest wciąż ta sama. To patologiczna wręcz niechęć federacyjnych decydentów do łączenia ludzi i spraw. Oni, ci z centrali, po pierwsze, nikomu niczego nie chcą oddawać pod zarządzanie. Po drugie, niemal od zawsze wolą sami przydzielać. Szczególnie na zasadzie: coś tam dla głosującego na mnie Zenka, coś z kolei dla Zdziśka, bo on swój, z naszej parafii. A jakiś abstrakcyjny interes dyscypliny? Kto by nim sobie głowę zawracał…

Przestaje dziwić cokolwiek, gdy dorzucimy jeszcze postacie kolejnych prezesów. Każdy zjawiał się ze swym własnym, odmiennym od dotychczasowego oglądem rzeczywistości, a niektórzy, jak choćby ten ostatni, potrafili być mistrzami świata w rozwalaniu wszystkiego, co zastali. W PZT funkcjonuje do dziś sensowny skądinąd projekt o nazwie „Licencjonowani Trenerzy Tenisa”. Pomysł przyszedł z ministerstwa, wykonanie chwalono, idea podupadła, gdy zabrakło środków. Nie do końca jest jasne, czy miała to być kiedyś konkurencja, czy raczej uzupełnienie PSTT. Wiadomo, że po dziś dzień środowisko trenerskie jest zdezorientowane. W innym miejscu, przy pomocy mediów społecznościowych, powstał i komunikuje się ze światem „Związek Zawodowy Trenerów Tenisa w Polsce (nazwa tymczasowa)”. Podobnie działa zbliżona poglądami „Akademia Trenerów Tenisa”. Obie oddolne inicjatywy celują we własny związek zawodowy i przyciągnęły dotąd sporo znanych i ciekawych postaci. W pierwszy weekend listopada ludzie ci skrzyknęli się w Nieborowie. „Celem spotkania jest integracja społeczności trenerów tenisa i wypracowanie wspólnego pomysłu na reprezentację naszego środowiska. Chcemy również porozmawiać na temat możliwości założenia organizacji reprezentującej prawa trenerów tenisa” – napisali w założeniach. Z relacji obecnych tam wynika, że dyskusja była ciekawa, choć mocno krytyczna i chaotyczna. U zebranych jednak żadną miarą nie da się zanegować szczerości intencji, jak również wyraźnego buntu przeciw temu, co jest do tej pory. Oni się na to nie godzą, nie chcą dalej być nieobecni przy związkowych wyborach, albo istotnych dla szkolenia decyzjach, oczekują, że ktoś ich wreszcie potraktuje jak partnera, a nie natręta.

Od momentu, kiedy gigantyczna fala wyjazdowa, związana z czasem stanu wojennego drastycznie uszczupliła stan kadrowy polskiego tenisa upłynęło bardzo dużo czasu. Na naszych kortach, jeśli idzie o kadrę szkolącą, mamy teraz całkiem nową, inną niż kiedyś sytuację. Brzuchacza z koszem piłek, który nie za bardzo wiedział, o czym mówi bądź nie potrafił tego zademonstrować, zastąpiły przynajmniej dwa pokolenia ludzi świetnie wyedukowanych i z dobrą praktyką. To są trenerzy, którzy swobodnie posługują się obcymi językami, zapraszani z wykładami na konferencje, oczytani w specjalistycznych publikacjach, których zresztą bywają autorami, mający zaliczone kursy albo staże zagraniczne, nieraz w bardzo dobrych klubach. Większość z nich ma dziś niestety kłopot z odnalezieniem się w naszej przaśnej tenisowej rzeczywistości, z dopasowaniem do realiów, jakie fundują im kluby, regiony czy rodzima federacja. Wielu stawia na działalność własną, albo szuka coraz bardziej licznych klubów prywatnych, istniejących poza strukturami. Na poziomie centrali wciąż trudno się dogadać, bo tam byle działacz oczywiście wie o szkoleniu więcej niż taki trener, a jak trzeba dokonać wyboru to zawsze się znajdzie czyjś krewny, albo znajomy.

Działacze Polskiego Związku Tenisowego śnią i marzą o wielkich pieniądzach, jakie przyniesie im długo wyczekiwany strategiczny sponsor. Chyba nawet mają już pomysł, jak tę kasę pomiędzy swymi klubami, czy regionami rozdzielać. Nie słyszałem, by któregoś z panów olśniło, że przecież ten święty tenisowy Mikołaj z workiem gotówki może tak naprawdę nigdy nie trafić do biura PZT na Stadionie Narodowym. I że może tych potrzebnych środków trzeba dziś zacząć w końcu szukać wokół siebie. Mocne światowe czy europejskie federacje naturalnie mają wielkich sponsorów, ale przez długie lata ciężko na to pracowały. Niezależnie od tego każda z federacji posiada fundamenty w postaci dobrze zorganizowanego, zwartego i sensownie funkcjonującego ruchu amatorskiego, ma poukładane struktury trenerskie, sędziowskie, medialne i jeszcze kilka innych. Wszystkie te gałęzie fantastycznie rozkwitają, ponieważ o każdą ktoś sensownie dba, wyznacza cele i drogi poruszania, określa przywileje i opłaty. Wystarczy – jeden czy drugi działaczu z bożej łaski – trochę najpierw pomyśleć i nie zarzynać wziętymi z sufitu płatnościami, a wtedy i na takim poletku obrodzi. W miejsce pięciu zwalczających się i opluwających grup trenerskich środowisko powinno mieć szansę zjednoczenia się w jednej organizacji, za to sensownie poukładanej. Dodajmy w tym miejscu, że koniecznie poukładanej przez samych trenerów, nie przez działaczy, którym wara od takich spraw.

Rodzice przyprowadzają dziś swe dzieci do Akademii „Equelite” przy Podskarbińskiej, bo marzą o innych niż nasze, hiszpańskich standardach. Na polskich kortach takie szkoleniowe schematy to był kiedyś zwyczajnie świat fikcji. Dziś mamy w ręku już niemal wszystkie narzędzia, by móc wdrożyć nowoczesny, powtarzalny model, mimo to dalej drepczemy w miejscu. Cała ta sytuacja z trenerami zaczyna niepokojąco przypominać casus Państwowej Komisji Wyborczej. Organu tego nie można odrzucić, obejść czy zlekceważyć. Jest niezbędny do przeprowadzenia kolejnych wyborów, jednak nie w tym składzie ani kształcie. Na obu poletkach, zarówno tenisowym, jak i wyborczym, widać potrzebę pilnego remontu. Kłopot w tym, że nie do końca jest jasne, kto ma go przeprowadzić.

Karol Stopa