Tennis 2014 ATP Tennis Herren World Tour Finals Media Day at The O2 The Top eight players with tSzybkość nawierzchni, jaką ułożono w praskiej 02 Arena, to był z całą pewnością dyżurny temat tegorocznego finału Pucharu Federacji. Narzekały szczególnie tenisistki niemieckie, spodziewano się zatem oficjalnego protestu i kary dla gospodarzy za minimalne przekroczenie ustalonych norm. Ostatecznie jednak pokonane machnęły ręką. W światku drużynowych rozgrywek, gdzie miejscowi od zawsze pomagają sobie przy ustalaniu warunków rywalizacji, nic w zasadzie się nie zmienia. To z czym mamy do czynienia obecnie naturalnie odbiega od czasów zamierzchłych, kiedy możliwe były jeszcze te wszystkie chwyty, określane dziś jako partyzanckie. Tym niemniej nawet teraz, jak się okazuje, można w przestrzeni wyznaczonej przepisami ITF-u znaleźć rozwiązania dogodne dla swoich.

Wszyscy zapatrzeni w wynik spotkania Czechy – Niemcy, a zwłaszcza w niesamowitą dramaturgię trzeciej gry singlowej, Petry Kvitovej z Angelique Kerber, pewnie nie zauważyli, co w Pradze stało się z poziomem sportowym widowiska. Lawina nieudolności przy próbach przeprowadzania ataku  i spora przewaga błędów nad piłkami bezpośrednio wygranymi w pierwszym dniu, w drugim nieco już lepsze proporcje, ale wciąż gołym okiem widoczna ogromna niepewność. Dotyczyło to nawet  pań, które znane są z gry ofensywnej. Wymowny jest tu przykład głównej gwiazdy zespołu Petra Pali. Dwukrotna mistrzyni Wimbledonu po finałach cyklu WTA w Singapurze, gdzie zresztą źle wypadła na korcie wolnym, wysoko odbijającym piłkę, miała problem z odnalezieniem swych naturalnych odbić na nawierzchni, jaka zwykle bardzo jej odpowiada. Częściowo tłumaczy całą tę sytuację finałowa presja, reszta to chyba jednak kłopoty, jakie się pojawiają przy przeskakiwaniu z jednego rodzaju podłoża na inne.

O kłopotach z formą, wielkim zmęczeniu zawodników i wyjątkowo jednostronnych, nieciekawych meczach piszą światowe media w relacjach z Londynu, gdzie trwają właśnie finały cyklu ATP. Tylu uszczypliwości i mocno krytycznych uwag pod adresem męskich rozgrywek dawno nie czytałem. Z drugiej strony mam wątpliwości, czy aby te pretensje kierowane są pod właściwy adres. Naturalnie każdy z występującej ósemki graczy ma dziś jakąś swoją własną historię i da się znaleźć powód, dla którego gra teraz gorzej albo lepiej. Niewykluczone jednak, że w męskim cyklu, podobnie jak u pań konsumujemy dziś skutki decyzji, podejmowanych przez kierownictwo ATP i WTA jeszcze w latach 90-tych, a odnoszących się do szybkości kortów. Nie jest żadną tajemnicą, że w obawie przed zdominowaniem rozgrywek przez tenisistów o warunkach fizycznych i stylu Johna Isnera albo Ivo Karlovica, zapoczątkowano wówczas proces wyraźnego spowalniania nawierzchni. Z kalendarza znikały i dalej znikają imprezy, gdzie piłka ślizga się zamiast odbijać, albo gdzie przewaga serwisu może okazać się zbyt duża. Klasyczne przykłady to paryska hala Bercy, albo moskiewski kompleks olimpijski. Po rezygnacji ze „ślizgawek” pojawiło się tam więcej gwiazd, ale też od razu zmienił się, i to zdecydowanie, profil tych turniejów.

Na stronie internetowej ITF bez problemu można się dowiedzieć, jak mierzona jest dziś prędkość podłoża i zajrzeć do pięciu katalogów nawierzchni, od bardzo wolnej aż po bardzo szybką. Każda firma i marka mają swoje opisy i charakterystyki, federacja podpowiada też, co jest akurat zalecane. Ostatecznego wyboru dokonują szefowie turniejów, lecz po konsultacjach i zatwierdzeniu decyzji przez ATP lub WTA. Nie ma w tym wszystkim żadnego przypadku, ani czyjegoś widzimisię, wiadomo, że od lat zwalniamy tę grę i robimy to w sposób przesadny. Konsekwencją jest inny typ gracza, jaki się nam na kortach pojawił. Błyskotliwego technika zastępuje coraz częściej wydolny maratończyk. Sprawność i wytrzymałość wzięły górę nad sposobem odbijania. Potężny serwis czy forehand niewiele pomogą, kiedy piłka wkręca się w nawierzchnię i skacze wysoko w górę, bo wtedy o wszystkim decyduje w pierwszej kolejności praca nóg, a dopiero potem ważna jest ręka.

Zwalnianie szybkości kortu, albo jego przyspieszanie, nie jest samo w sobie niczym nagannym. To tak, jak przy pojedynczym meczu Pucharu Davisa czy Pucharu Federacji. Sprawa staje się poważna i bardziej skomplikowana, gdy mamy do czynienia z długotrwałym procesem. Bo wtedy musi paść ważne pytanie: czy ludzie, którzy zarządzili zmiany zdają sobie sprawę z konsekwencji swojego postępowania i czy wiedzą, w jaką stronę zmierza dyscyplina. Ze światowym tenisem początkowo było trochę, jak z narciarstwem alpejskim. Tyle, że w cyrku na górskich zboczach wszystko od lat idzie w stronę specjalizacji, bo zjazdowcy dalej nie sprawdzają się w roli slalomowców i odwrotnie. Na kortach z kolei ma miejsce proces odmienny. Ci sami gracze potrafią dominować na wszystkich rodzajach nawierzchni. Dzieje się tak po pierwsze dlatego, że są oni wybitni, ale po drugie chyba też częściowo z powodu ułatwień, jakie otrzymali. Kuksańce serwowane dziś mistrzowi Australian Open, uczestnikom finału US Open, czy gwieździe tenisa kanadyjskiego wydają się nie na miejscu. Dopiero przyszły sezon pokaże, czy to byli jednorazowi, przypadkowi bohaterowie, czy raczej osoby jeszcze nie gotowe do wyczynów, jakie stały się codziennością wielkiej czwórki.

Tak przy okazji wydaje się, że nastąpiła polaryzacja w grupie tych niedawno dominujących postaci. Novak Djokovic, samotny lider, genialnie dysponowany, sprawiający wrażenie kogoś, kto gra na korcie, jaki sobie ułożył pod domem na własne potrzeby. Roger Federer, wciąż znakomity, lecz wyraźnie krok z tyłu za Serbem. Andy Murray, ewidentnie regres pod względem wydolności i gry, co mogło zostać spowodowane operacją oraz zmianą trenera. Rafael Nadal, kolejny raz nieobecny i znów generujący pytanie o to, jaki rodzaj jego powrotu zobaczymy. Pozostali zapewne już wiedzą, że za rok ich przygotowanie do sezonu i startów na nawierzchniach tak egzaminujących nogi oraz płuca musi być znacznie lepsze. Bo w następnym turnieju dla najlepszych aż takich dysproporcji w starciu z innymi mistrzami nie da się już tak łatwo wytłumaczyć.

Karol Stopa