Serena Williams (USA)Nawet Sir Alfred Hitchcock, mistrz psychologicznego thrillera, nie powstydziłby się dramaturgii, jaką zaprezentowały nam uczestniczki tegorocznego BNP Paribas WTA Finals. Na ekstra premię zasłużyli w Singapurze układający plan gier grupowych, zwłaszcza ten z czwartku i piątku. Nagle się okazało, że przy odpowiedniej kolejności pojedynków rywalizacja o miejsca oraz ewentualny awans może wyglądać niebywale frapująco.

Dyskretnie kontrolowany przez organizatorów system „robin round” miast nudzić, albo rodzić podejrzenia – jak w latach poprzednich – jest w stanie nas zachwycać. Na korcie Maria Szarapowa poddała się presji, zmarnowała w drugim secie meczu z Agnieszką Radwańską prowadzenie 5:1 i ostatecznie odpadła z turnieju, tracąc przy okazji szansę zostania liderką cyklu na koniec roku. Simona Halep, choć mogła w pojedynku z Aną Ivanovic zgubić przed półfinałem największą swą rywalkę, Serenę Williams, zagrała fair i rywalizowała aż do końca. Wygłaszanych publicznie bredni na ten temat – dla jasności, nie tylko w języku polskim – nie warto nawet przytaczać.

Niesamowitych emocji dostarczył półfinał Sereny Williams z Karoliną Woźniacką. Dwa miesiące temu, w finale US Open, mieliśmy tę samą parę i popis jednej tylko aktorki. W Singapurze po raz drugi na przestrzeni tygodnia Amerykanka odsłoniła swoje wyjątkowo słabe oblicze, lecz Dunka nie potrafiła tego wykorzystać tak, jak to zrobiła Rumunka w meczu grupowym. Przy wszystkich uzasadnionych zachwytach nad lepszą dziś sprawnością i skutecznością Woźniackiej wciąż nie da się zapomnieć o konsekwencjach, jakie wynikają z jej osobliwego stylu gry i techniki stosowanej przy konkretnych uderzeniach. Podobnie, jak w przypadku Polki to regularne operowanie średnio szybkimi i z reguły krótkimi jednak piłkami skutkuje przy spełnieniu jednego, za to dość istotnego warunku. Potrzebna jest mianowicie pomoc ze strony rywalki. Kiedy ta po drugiej stronie przestaje bezsensownie psuć i zaczyna trafiać w narożniki nadzieje zwykle gasną. Raz dochodzi do tego szybko i bezwzględnie, jak w batalii rumuńsko-polskiej, innym razem koniec następuje po długo trwającej walce i zwrotach akcji, jak u Dunki i Amerykanki, gdy pokonanej nie wystarczyło nawet prowadzenie 4:1 w tie-breaku trzeciego seta.

Rok temu, w Stambule, Serena Williams zwyciężała swobodnie wszystkie przeciwniczki, choć dokuczały jej wtedy różne zdrowotne problemy. Teraz, w siódmym finale imprezy bilansującej sezon sięgnęła po swe piąte zwycięstwo. Niby kolejny, taki sam jak zawsze jej wielki sukces. Z drugiej strony nie do końca. Nie da się dziś zapomnieć o tych szczęśliwych dla niej okolicznościach ze spotkań grupowych oraz z półfinału. Przecież taka sytuacja nigdy dotąd nie miała miejsca, zaś losy Sereny zawsze zależały od niej samej, nie zaś od tego, co zrobią, albo czego nie zrobią rywalki. Nie da się też zapomnieć, że cały obecny sezon w każdym niemal punkcie był dla Amerykanki słabszy od poprzedniego.

Tak jak napisałem kilka dni temu („Koniec królowej?) tenisistka z Florydy właśnie przekroczyła swoją czerwoną linię i zegar odejścia już tyka. Moim zdaniem zegar odmierza też czas zmiany na tronie. Dziś tą najpoważniejszą kandydatką do zostania nr 1 wydaje się Simona Halep. Rumunka jest tenisistką wyjątkowo wszechstronną, sprytną, potrafiącą idealnie godzić atak i obronę, technicznie bliską ideału. Jej największy mankament stanowią kiepskie warunki fizyczne. Są już niestety pierwsze sygnały, że organizm może tych gigantycznych obciążeń nie wytrzymać. Z czwórki tegorocznych triumfatorek wielkoszlemowych dwie mistrzynie, ta z Paryża – Maria Szarapowa, i ta z Londynu – Petra Kvitova ogromnie w Singapurze zawiodły. Ta z Melbourne, Li Na, zakończyła karierę i tylko dlatego ujrzeliśmy w akcji Woźniacką, która skorzystała z miejsca zwolnionego przez Chinkę.

Nieporozumieniem był występ Eugenie Bouchard. Dla niej sezon powinien się skończyć dwa miesiące temu, bo już we wrześniu i październiku Kanadyjka funkcjonowała głównie w wymiarze marketingowym, nie zaś na korcie. Najtrudniej rzetelnie ocenić Anę Ivanovic. Z jednej strony sporo pozytywów i wielki powrót Serbki w klasyfikacji, z drugiej wciąż niedosyt i stale te same błędy, irytujące zwłaszcza w pojedynkach o dużą stawkę.

Oceny, jakie wystawiono azjatyckim mistrzostwom cyklu są różne, a zastosowane kryteria czasem wręcz śmieszne. Kanadyjska dziennikarka Kamakshi Tandon podzieliła np. grającą ósemkę po kobiecemu i zamiast grupy czerwonej oraz białej utworzyła grupę blondynek i brunetek. Patrząc z tej strony na skład półfinałów i na finał widać, że nastał teraz czas dominacji tych ciemniejszych kolorów, a paniom z blond owłosieniem na korcie wiedzie się gorzej. Tak bardziej serio to przebieg całego turnieju wyglądał jednak dziwnie. Na etapie meczów grupowych fatalnie spisywały się tenisistki, próbujące ostrego ataku i kreujące grę, za to doskonale szło zawodniczkom, stawiającym na defensywę. Od półfinałów sytuacja uległa zmianie. Być może wpływ miały tu warunki, zwłaszcza nawierzchnia wyraźnie zwalniająca odbicie.

Organizatorzy wybrali dobrze znany zawodniczkom decoturf, lecz ułożony w hali na podkładzie drewnianym i w wersji przenośnej („portable”). Znaczy to, że podłoże powstało z większych, gotowych już kawałków, które już na miejscu połączono w jedną całość. Najpierw nie wszystkim to odpowiadało, po kilku dniach przyzwyczajania się, w zasadzie wszystko wróciło do normy. Ostatecznie w całym turnieju zwycięstwo odniósł tenis na tak, nie zaś liczenie po cichu na czyjeś błędy.

Od strony organizacyjnej patrząc przeniesienie finałów cyklu z Turcji do Azji okazało się strzałem w dziesiątkę. Jestem ostatnią osobą, skłonną chwalić szefową WTA, Stacey Allaster, lecz muszę zaznaczyć, że Kanadyjka i jej team wykonali tym razem kawał świetnej roboty. Znaleźć nowych i naprawdę bogatych sponsorów, nieźle zapełnić trybuny podczas aż tak bardzo rozciągniętego w czasie turnieju i jeszcze zaproponować tyle nowinek to sztuka. Ludzie ze związku zawodowych tenisistek czasem przesadzają ze swymi akcjami i zbytnio ufają specjalistom od PR-u, ale widać też, jak świetnie korzystają z nowych sposobów komunikowania i jak fantastycznie wciągają kibiców do swych konkursowych zabaw.

Planów na przyszłość, niezależnie od tego, czy rozgrywkami nadal rządzić będzie Serena Williams, czy może już jednak dziewczyny z rocznika 1990, albo młodsze, w kierownictwie WTA mają bez liku. Niektóre z tych pomysłów wydają się dziś na tyle rewolucyjne, że warto będzie niebawem do nich powrócić.

Karol Stopa