TENNIS-GBR-WIMBLEDONCzeszka Petra Kvitova 72 mile, a więc wynik na poziomie prawie 116 km/godz. Amerykanka Venus Williams także 72 mile. Serb Novak Djokovic identycznie. Francuz Gilles Simon już mniej, mil 71. Robi wrażenie starannie zmierzona średnia szybkość uderzeń z linii końcowej i dokładnie taka, a nie inna kolejność. Pomiar przeprowadzono na korcie centralnym, w pierwszy czwartek Wimbledonu, przy pomocy systemu Hawkeye. Naturalnie w przepastnych zapisach elektronicznej zabawki bez trudu można odnaleźć wskaźniki korzystniejsze dla panów i już nie tak wygodne dla pań, niemniej gołym okiem widać dziś, że w tenisie powoli zacierają się różnice, a reprezentantki płci słabej stają się coraz mocniejsze. Chwilami należałoby się wręcz zastanowić, czy to określenie na korcie ma jeszcze jakiś sens…

Sobotni finał, zagrany po raz pierwszy przez dwie zawodniczki z pokolenia, jakie przyszło na świat po roku 1990, też został zdominowany przez siłę fizyczną i astronomiczne prędkości, nadawane piłce po kontakcie ze strunami rakiety. Spora grupa kibiców jak najbardziej słusznie zachwyca się dziś postępami, dokonanymi przez juniorską mistrzynię Wimbledonu 2012, Eugenie Bouchard. Jednocześnie wielu odnotowało, że Kanadyjka po raz trzeci przegrała w tym sezonie superważny dla siebie mecz z kimś, kto po prostu gra od niej jeszcze szybciej. Tak było w dwóch kolejnych półfinałach, w Melbourne z Li Na oraz w Paryżu z Marią Szarapową, nie inaczej rzecz się miała na mizernych resztkach trawy w Londynie z Petrą Kvitovą. Czeszka nie tylko powtórzyła swój sukces z roku 2011, ale też chyba po raz pierwszy od trzech lat przypomniała, jak poważaną może być za chwilę pretendentką do numeru 1 w rozgrywkach WTA. Eksperci przepowiadali jej taki skok trzy lata temu, być może jednak dopiero teraz przyszła odpowiednia chwila.

Po Roland Garros chwaliłem tenisistki w tym miejscu („Panie przodem”) za urodę pojedynków, rozgrywanych na ceglanej mączce. Wspominałem w tekście, jak liczna i ciekawa stała się dziś młodociana grupa pościgowa. Wimbledon niestety nie potwierdził tego waloru widowiskowości, bo z dramaturgią większości kobiecych gier było w Londynie marnie. Na dodatek turniej po raz kolejny okazał się mocno selektywny dla przyszłych gwiazd. Na wyjątkowo w tym roku śliskim podłożu z kilkunastu obiecujących dam obroniły się dwie: kanadyjska finalistka oraz Rumunka, Simona Halep. Dodatkowym walorem imprezy okazała się za to grupa pań, które przypomniały, że po prostu jeszcze istnieją. Wracająca po przerwie Rosjanka, Wiera Zwonariowa, wolna od narzeczonego golfisty Dunka, Caroline Wozniacki, kolejne dwie z silnej ekipy czeskiej: Lucie Safarova i Barbora Zahlavova Strycova, ambitna jak zawsze Francuzka Alize Cornet i gotowa w każdej chwili sprawić niespodziankę Niemka, Angelique Kerber.

Spojrzenie na trzy rozegrane już w tym w sezonie turnieje wielkoszlemowe uświadamia nam, jak skurczyła się ostatnio przestrzeń dla pań grających tenis zachowawczy, pozbawiony morderczych przyspieszeń. Przy szacunku dla umiejętności i stylu, będącego przecież nawiązaniem do korzeni dyscypliny, nie jest to niestety dobra informacja dla naszej Agnieszki Radwańskiej. Polka zrobiła w tym roku w Australii wyraźny krok do przodu, ale potem we Francji i W. Brytanii kilka do tyłu. Aż do US Open jest trzecią na liście pań, mających najwięcej punktów do obrony. Przy intensywności rejestrowanego teraz oddolnego ataku i przy stanowczo za dużej stagnacji w poczynaniach naszej zawodniczki, może się pojawić problem z zapewnieniem sobie startu w Mistrzostwach WTA w Singapurze. Od czterech lat w kobiecym tenisie kipi i wrze, bo wciąż zmieniają się bohaterki trzech pierwszych imprez głównych. Jeszcze do niedawna trudno było sobie wyobrazić te rozgrywki bez wyraźnej dominacji Amerykanki Sereny Williams, Rosjanki Marii Szarapowej czy Białorusinki Wiktorii Azarenki. Teraz stało się już jasne, że tych kandydatek do zluzowania dotychczasowych liderek jest przynajmniej kilka, a moment zmiany na tronie zbliża się nieuchronnie. Styl, w jakim po swój drugi wimbledoński tytuł sięgnęła 24-letnia Petra Kvitova pokazuje, że ta następna z nr 1 wcale nie musi ustępować poprzedniczkom ani siłą fizyczną, ani tempem gry. Ba, spokojnie może swoje poprzedniczki przewyższyć. A my, patrzący, te rozmaite opowieści o wątłych niewiastach ze zbyt ciężkimi rakietami, albo o słabej płci, która stara się na korcie podołać za dużym obciążeniom, możemy już zacząć wkładać między bajki.

Karol Stopa