Feliciano Lopez ESP in Aktion Internazionali BNL d Italia Rome ItalyPiłka, bardzo wartko się teraz tocząca po murawie brazylijskich stadionów, zmajoryzowała niemal wszystko, co ważne i warte oglądania. Na tej skromnej resztce do zagospodarowania, jak na ironię akurat też będącej trawnikiem, ujrzeliśmy w ostatnich dwóch tygodniach sporo ciekawego tenisa. Podczas turniejów w londyńskim Queens Clubie i w nadmorskim Eastbourne wyjątkowo zabłysła gwiazda 32-letniego Feliciano Lopeza. W stolicy Wielkiej Brytanii Hiszpan pokonał Lleytona Hewitta, Tomasa Berdycha oraz Radka Stepanka, a w finale miał piłkę meczową z Bułgarem Grigorem Dimitrowem. Potem w hrabstwie Sussex obronił tytuł sprzed roku, bijąc czterech rywali, w tym Francuza Richarda Gasquet w pojedynku ostatnim. Przez równo 13 lat nie mieliśmy w męskich rozgrywkach podobnej sytuacji. Zwykle tuż przed Wimbledonem ci wyróżniający się w rankingu gracze nie prezentują przecież aż takiej aktywności i konsekwencji, a na pewno nie występują w tylu ciężkich pojedynkach.

Nie ma cienia wątpliwości, że leworęczny Feliciano Lopez jest tenisistą bardzo utalentowanym i szczególnie na trawie wartym oglądania. Rówieśnik Rogera Federera to jeden z Mohikanów stylu ofensywnego, wciąż potrafiący łączyć znakomity serwis z wyjątkowo pięknym i skutecznym wolejem. Statystycy podpowiadają, że to dziewiąty zawodnik w wieku powyżej 30 roku życia – a więc taki już tenisowy „starszy pan” – wygrywający w tym sezonie turniej cyklu ATP. To, co zaskakuje w jego przypadku to fakt, że nie był dotąd zbyt skuteczny w pojedynkach finałowych, zaś drugie zwycięstwo w Eastbourne to dopiero jego czwarty tytuł w karierze. Z której by strony nie spojrzeć jeszcze jedno potwierdzenie tezy, że zawodowe rozgrywki mocno zdominowali gracze ścisłej czołówki. Ta reszta, która jak widać na przykładzie Hiszpana naprawdę sporo potrafi, może błysnąć tylko wtedy, gdy najlepsi biorą wolne, albo ulgowo traktują konkretny start. Dosadnie ujął to kiedyś słynny Jimmy Connors mówiąc, że od wygrywania liczących się imprez są Bjorn Borg, John McEnroe i on sam, a reszta gra głównie po to, aby ci najwięksi mieli z kim wygrywać w pierwszych rundach.

Wyspiarze dobre występy Feliciano Lopeza przyjęli w sposób bardzo sympatyczny, co ma związek z pewnym zabawnym zdarzeniem jeszcze z Wimbledonu 2011. Było to akurat kilka miesięcy przed nawiązaniem współpracy między Andy Murray’em a Ivanem Lendlem. Szkot wówczas nie miał oficjalnego coacha, bo z boku podpowiadał mu Hiszpan Alex Corretjxa, ale najwięcej jak zwykle miała do powiedzenia mama, pani Judy Murray. Kiedyś niezła zawodniczka, dość aktywna w roli trenerki, na dodatek osoba o niesłychanie dynamicznym usposobieniu. Rozwiedziona od roku 2007 z panem Willem, ojcem obu swych synów, pozwalała sobie czasem na zachowania dość swobodne. Głośno było np. o jej twitterowych zalotach do młodszego o 20 lat gracza z Madrytu. Określenia „Deliciano”, albo „Roman God” z jednej strony oznaczały podziw mamy dla tenisowego kunsztu Hiszpana, ale z drugiej najwyraźniej odnosiły się też do urody zawodnika, który „potrafi zawrócić w głowie niejednej dziewczynie”. Jak na ironię w tamtym Wimbledonie z Francuzem Tsongą odpadł słynny Roger Federer więc odżyły nadzieje na pierwszy od czasów Freda Perry brytyjski sukces na kortach All England Clubu. Kiedy w IV rundzie Lopez w dramatycznych pięciu setach obronił dwie piłki meczowe z Łukaszem Kubotem, w ćwierćfinale doszło do pojedynku Andy’ego z Feliciano. Nietrudno zgadnąć, że brytyjskie bulwarówki nie darowały sobie tej okazji więc po spotkaniu do całej tej historyjki musieli się odnieść zarówno zwycięski syn, jak i pokonany tenisista hiszpański. Znakomicie wybrnęli obaj. Murray przegrał potem w półfinale z Rafą Nadalem, ale już ten „Deliciano” przykleił się na dłużej do oryginalnie grającego Lopeza.

Naturalnie i teraz wszystkie te stare zdarzenia zostały przypomniane przez media. Okazją były dwa kolejne finały, grane na brytyjskiej trawie. Oba turnieje okazały się nad wyraz urokliwe, wyjątkowo dopisała pogoda, zaimponowała frekwencja na trybunach, no a całą resztę zrobił ten słodki i wciąż skuteczny „Deliciano”, który pokazał wszystkim, jak piękny potrafi być tenis, gdy się na kort wprowadzi więcej urozmaicenia. Przy okazji finałów piłkarskich mistrzostw świata widać aż nadto wyraźnie, jakiego rodzaju pojedynki na zielonej murawie pasjonują kibiców, a jakie niekoniecznie. Wszyscy podkreślają sporą liczbę strzelanych bramek, ale wiadomo, że fascynujące mogą też być pojedynki, kończone mało lubianym wynikiem 0:0. Bezproduktywne odbijanie piłki w poprzek, albo do tyłu, wypełniające czas, a jednocześnie powodujące u oglądających odruch ziewania to na pewno nie jest dziś futbol, jaki ludzi na świecie porywa. Gra do przodu, z kontry, tworzenie co chwila sytuacji podbramkowych wciąga zarówno na trybunach, jak i przed telewizorem, bo to jest przecież rodzaj rywalizacji, który musi zainteresować nawet kogoś, kto się na piłce kopanej zbytnio nie zna. Jak się dziś ogląda uważnie mecze tenisowe cyklu ATP i WTA widać dokładnie to samo zjawisko. Na korcie mamy teraz stanowczo za dużo przestojów, np. tego irytującego wycierania się ręcznikiem. Jest też przewaga byle jakiego odbijania na drugą stronę, takiej gry na przeczekanie, bez żadnego specjalnego celu. Ten brak kreacji i ryzyka niestety zabija współczesny tenis. Turnieje na trawie oraz tacy zawodnicy jak Feliciano Lopez są niczym ożywcza bryza. Wraca nadzieja, że może nie wszystko jeszcze stracone.

Karol Stopa