Former tennis player Dinara Safina during Madrid Open Tennis 2014 female singles final match award cW kwietniu 2009 roku, na inaugurację Mutua Madrid Open, gładko pokonała w finale Dunkę Caroline Wozniacki. Miała wtedy 23 lata, więc nikt się nie spodziewał, że to jej przedostatni tytuł z dwunastu wywalczonych. Dwa lata później, krzywiąc się z bólu, rozegrała w stolicy Hiszpanii swój ostatni mecz. Były to trzy sety z Niemką Julią Goerges i porażka 25-latki już w drugiej rundzie. W minioną niedzielę, z sylwetką wyraźnie zaokrągloną, 28-letnia Dinara Safina – bo o niej mowa – zjawiła się na korcie Manolo Santany, by oficjalnie ogłosić koniec kariery. Podczas specjalnej ceremonii zerknęła nagle w stronę Stacey Allaster, pani prezydent WTA i wykonała taki swój zabawny ruch głową. Prośba, skierowana wtedy do Kanadyjki i do własnych kibiców brzmiała stanowczo. „Tylko mi tutaj nie płaczcie!”

W tenisowych mediach w Rosji smutek i żal. Wladas Lasickas i Jewgienij Fiedakow piszą o pożegnaniu z jedyną taką na świecie tenisową dynastią. Przypominają też historię brata oraz siostry, którzy dotarli do pozycji nr 1 w tenisowych rankingach, odpowiednio ATP i WTA. Waleria Li tłumaczy w bardzo osobistym tekście, dlaczego Dinara odchodzi w glorii legendy rosyjskiego tenisa. Na koniec puentuje: „A tych, których przekonuje tylko sukces w wielkim szlemie, nawet nie zamierzam tu namawiać. I tak nie zrozumieją”. Zupełnie inny klimat mamy w opisach dziennikarek amerykańskich, Lindsay Gibbs oraz pracującej ostatnio na potrzeby WTA Courtney Nguyen. Czytamy i u nich o legendzie Safiny, padają dość podobne określenia, cytowane są te same biograficzne informacje. Mimo wszystko jednak teksty tchną optymizmem. „Chcę Wam opowiedzieć szczęśliwą historię dziewczyny, która nazywa się Dinara Safina” – zaczyna pierwsza z autorek. Druga podkreśla, że bohaterka, stracona już dla tenisa, otwiera dziś nowy etap swego życia. Wróciła na prawnicze studia w Moskwie, pomaga bratu w karierze politycznej, podczas Roland Garros chce spróbować sił w roli telewizyjnej komentatorki.

Marat i młodsza o 6 lat Dinara byli poniekąd skazani na kariery w tym sporcie. Ich matka, Rauza Isłanowa to znana postać rosyjskiego tenisa, najpierw zawodniczka, potem trenerka. Ojciec Michaił, z tatarskiej rodziny, za młodu biegał sprinty, potem pracował jako dyrektor klubu tenisowego w Moskwie. Dzięki dobrym relacjom z firmą, zajmującą się przetwórstwem ropy naftowej, siostra i brat za młodu mogli wyjechać do Hiszpanii i tam doskonalić swój warsztat. Dinara, podobnie jak Rafael Nadal czy Gael Monfils, swój pierwszy zawodowy tytuł wywalczyła w Polsce, na kortach w Sopocie. Był rok 2002, a ona miała zaledwie 16 lat. Trudno się było wtedy zachwycać jej grą. Wysoka, silna fizycznie dziewczyna uderzała w piłkę bez przesadnej finezji, za to ogromnie skutecznie. Szerokie ramiona, długie ręce oraz nogi pomagały uruchamiać potężne dźwignie. Biegała po korcie słabo, lecz umiejętnie robiła użytek ze swego zasięgu. Przez pięć sezonów, aż do roku 2007, stale coś dokładała do swych zdobyczy turniejowych i poprawiała ranking.

Po Sopocie weszła po raz pierwszy do setki WTA, w 2005 zadebiutowała w 20-tce, w 2006 na krótko w 10-tce. Potem w jej życiu zjawił się ktoś szczególny. Kontrowersyjny, gburowaty chorwacki trener, Żeljko Krajan. U jego boku ostro trenująca dziewczyna została poddana jeszcze bardziej surowemu reżimowi. Przyniosło to efekt po czterech miesiącach sezonu 2008. Na kortach w Berlinie Dinara ograła Justin Henin, Serenę Williams, Wiktorię Azarenkę i Jelenę Dementiewą, zaraz potem w Paryżu dotarła do finału Roland Garros z Aną Ivanovic. Po drodze był super dramatyczny pojedynek i obrona meczbola z Marią Szarapową. Zaczęło się szaleństwo. Do końca roku na konto trafiły cztery ważne turniejowe tytuły oraz srebrny medal igrzysk w Pekinie. Siostra Marata wykonała skok na pozycję nr 2 WTA. W sezonie 2009 przychodzą dwa kolejne wielkoszlemowe finały, Melbourne i Paryż. Od kwietnia, na czas 25 tygodni, aż do października, Rosjanka zostaje 19-tą w historii liderką kobiecego tenisa. Dodajmy od razu liderką kontrowersyjną, krytykowaną przez światowe media równie ostro, jak w swoim czasie Serbka Jankovic, czy Dunka Wozniacki. Pech Dinary polegał w dużej mierze na tym, że na szczyt klasyfikacji trafiła w nieodpowiednim dla siebie momencie. Chodziło głównie o to, że nie przypominała poprzedniczek. Nie grała w tenisa ani tak pięknie, jak Henin, która po Berlinie ogłosiła po raz pierwszy koniec kariery, ani nie wyglądała tak efektownie, jak Ivanovic czy Szarapowa. Marketingowo też przegrywała wtedy z większością koleżanek.

Mówiono, że jest postacią nudną i brak jej osobowości. Na korcie czasem eksplodowała, albo klęła jak szewc, lecz podczas konferencji prasowych była wręcz nieśmiała. Potrafiła cichym głosem, za to zdumiewająco otwarcie opowiadać o swych błędach. Prywatnie ktoś wrażliwy, rodzinny, szczery aż do bólu i bardzo wesoły. Słuchającym uwielbiała opowiadać trudne do zrozumienia dowcipy. Ot, młoda, zwykła dziewczyna, dość mocno zbudowana, misiowata i przez to zabawna w ruchach. Jako tenisistka była absolutną perfekcjonistką. Interesował ją trening, trening i raz jeszcze trening, o każdej niemal porze dnia. A potem turnieje. Ktoś z takim podejściem nie nadawał się na bohaterkę tenisowej opery mydlanej, tak chętnie i często opisywanej przez brukowce.

Sezon 2009, gdy została nr 1, był niestety także początkiem jej końca. W Los Angeles wyszła na kort z bandażem na dłoni. Nieudolnie próbowała przekroić nożem wielki orzech kokosowy i skończyło się solidnym rozcięciu ręki. Potem od Cincinnati i finału z Jeleną Jankovic zaczął jej ostro dokuczać kręgosłup. Uraz nasilał się z każdym tygodniem. Nie pomagały ani zabiegi, ani zastrzyki przeciwbólowe. Moskwianka mordowała się przez cały kolejny sezon. W żaden sposób nie była w stanie osiągnąć poprawy schorowanego kręgosłupa. Rokowania lekarzy nie dawały żadnych szans. Ponosiła ciężkie porażki, przyjmowała kolejne, ostre słowa krytyki i spadała w klasyfikacji. Po nokautach na starcie sezonu 2011, wynikach typu 0/6 1/6 z Bartoli w Hobart, czy 0/6 0/6 z Clijsters w Melbourne, w Madrycie wywiesiła białą flagę.

Nie była przygotowana na taki scenariusz. Planowała grę do trzydziestki, potem szukanie zajęcia. Pierwsze tygodnie i miesiące bez rakiety były straszne. Miała zaledwie 25 lat, ale miast szykować do treningu, czy turnieju leżała godzinami na łóżku i patrzyła w sufit. Smutek i nostalgię wylewała czasem na twitterze. Poprawa nastąpiła niedawno. Dinara podjęła decyzję i odcięła tenisową pępowinę. Odnajduje dziś coraz to inne rodzaje aktywności, odwiedza kina, teatry i muzea, jeździ po świecie, uczestniczy w publicznych imprezach. Nie ogranicza się już, jak dawniej, przy stole. Ukochana czekolada jest cały czas w zasięgu ręki. Przestała się krępować, wstydzić swych słabości, czy wyglądu. Wciąż podkreśla, że nie ma ochoty na pracę trenera tenisowego. A na kort, jak jeszcze kiedyś wróci, to już tylko w amatorskiej zabawie z przyjaciółmi.

Karol Stopa