„Z wypowiedzi Janowicza każdy słyszy tylko to, co chce usłyszeć”. Przeczytałem kilkaset rozmaitych opinii, odnoszących się do niedzielnego incydentu na Torwarze. Żadna nie trafia w istotę sprawy równie celnie jak ta, przynajmniej moim zdaniem. Autorem wspomnianego wyżej wpisu jest syn wielkiej polskiej mistrzyni strzelectwa sportowego, kiedyś dziennikarz, dziś człowiek marketingu, Michał Roliński. Ma po stokroć rację, bo niestety jest to kolejna ze spraw, akurat mała w porównaniu do tych naprawdę dużych i ważnych, jakie mieszkańców naszego kraju skutecznie dzielą i antagonizują. Mam też wrażenie, że tego, co się wydarzyło na konferencji po meczu z Chorwatami, podobnie jak tych polskich sporów fundamentalnych, nie uda się już – niestety – ocenić ani kategorycznie, ani jedną miarą. Bo nastąpiło tam tak typowe dla nas pomieszanie z poplątaniem. Lider polskiego tenisa, rozsierdzony po porażce, wyrzucił z siebie wiele zdań w dużej mierze prawdziwych. Jednocześnie, nie była to w żadnym wypadku odpowiedź na naprawdę dalekie od prowokacji pytanie, zresztą akurat skierowane do innej osoby. Miejsce i okoliczności też nijak nie pasowały do rozważania kwestii aż tak pryncypialnych. A nad autorem niefortunnej tyrady też należałoby się pochylić, bo – używając jego własnej argumentacji – „w końcu, kim on takim jest”, że wkracza tam, gdzie ma jednak niewiele do powiedzenia…

Nie lubię wracać do tych samych tematów, więc długo się zastanawiałem, czy powinienem w tej sprawie zabierać głos. Niecały miesiąc temu pisałem tu, że nie potrafimy dyskutować o sportowej przegranej („O jednej „sierocie”). Miałem wtedy na myśli głównie media oraz kibiców. Teraz okazało się, że trudna sztuka rozmowy o porażce obca jest też niektórym naszym sportowcom. A w jeszcze większym stopniu ich bezpośrednim opiekunom, jak widać niepotrafiącym sobie wyobrazić, co się stanie, gdy emocjonalny ponad miarę młody człowiek, który nie ostygł po bolesnych dla niego niepowodzeniach na korcie, trafi na okazję, by się wyładować. Dziś na świecie nikogo nie dziwi, że tenisiści po meczu wchodzą najpierw do wanny, wypełnionej lodem. Robią to, aby zregenerować mięśnie i ostudzić swoje zmysły. Dopiero potem ruszają na spotkanie z mediami. W trakcie wielkoszlemowych turniejów czas rozpoczęcia konferencji prasowych bywa nieraz z tego powodu mocno opóźniany. Dawniej wyglądało to różnie. W eleganckich klubowych pomieszczeniach, ale i w znanych hotelach, krążą wciąż opowieści o szatniach, czy pokojach, zdemolowanych kiedyś przez gwiazdy, wyładowujące swe napięcia. Nie ma wokół nas ludzi odpornych na stres. Są tacy, którzy znają profesjonalne metody postępowania w podobnych sytuacjach, albo pełni amatorzy na tym polu…

Sądziłem naiwnie, że Puchar Davisa z Chorwacją wywoła dużo pytań o stan naszego tenisa. Trudno przecież przejść obojętnie wobec faktu, że kolejny ważny mecz u siebie drużyna narodowa przegrywa w trudnym do zaakceptowania stylu. Wyrażałem liczne swe obawy po barażu z Australią („Lekcja”). W zasadzie większość zawartych tam argumentów mogę dziś spokojnie powtórzyć. Mamy ekipę – tak mówią sami zainteresowani, ale i eksperci z zewnątrz – pasującą idealnie do Grupy Światowej. Praktyka jednak kolejny raz przeczy teorii, że jesteśmy mocni. Wychodzi na kort skład dużo silniejszy, z nieobecnym we wrześniu liderem, znów to my ustalamy warunki, zawodnicy mają na przygotowanie ponad dwa tygodnie, a na korcie jest taka sobie dyspozycja. Co gorsza nie widać wiary w sukces. Idzie nam jak po grudzie nawet tam, gdzie powinno być z górki. Naturalnie, rywale nie byli łatwi, ale na tym poziomie trzeba już chyba zapomnieć o ekipach formatu Estonii czy Madagaskaru. Rok temu chwaliłem biało-czerwonych za to, że są grupą osób, które się lubią i chcą jednoczyć wokół wspólnego celu. Już jednak podczas meczu z Australią z tą chemią było gorzej. Teraz atmosfera siadła jeszcze wyraźniej. Krążą na ten temat rozmaite plotki, jak jest naprawdę nie wiem i nie zamierzam dociekać, bo to nie moja rola…

Na Torwarze najweselej i najtłoczniej było w loży VIP-ów. Mecz reprezentacji to oczywiście ważna biznesowa okazja, warta starań. Jednocześnie dobrze byłoby zadbać o proporcje, bo z drugiej strony mieliśmy pustawe trybuny oraz brak porządkowych, który powodował ciągłe spacery kibiców po schodach, otwieranie drzwi w trakcie gry, irytację zawodników i sędziów. Na deser pojawił się jeszcze jakiś szaleniec z plecakiem. Wszedł sobie nagle na środek kortu podczas niedzielnego singla. Strach pomyśleć, co by się stało, gdyby miał nieodpowiednią zawartość tego plecaka. Kiedyś na Roland Garros i na Wimbledonie poleciało za taki numer kilka organizatorskich głów. U nas nie bardzo wiadomo, do kogo kierować pretensje. W PZT trwa rewolucja kadrowa, przypominająca wylewanie dziecka z kąpielą. Zostało już niewiele osób, kojarzonych z tenisowym środowiskiem. Ta akurat federacja, z powodu zaniedbań kolejnych zarządów, wciąż nie ma sponsora strategicznego, ani sponsorów głównych. Brak jej własnych imprez, na których w świecie generuje się potrzebne środki. Nie istnieje ośrodek, do szkolenia wyławianych w terenie talentów, bo najpierw trzeba by takie centrum wybudować, a potem zapłacić fachowcom od selekcji. Łatwiej nazwać centralnym klub kogoś z zarządu i przejąć odpowiednie środki. Niektórzy tylko po to, aby ten pomysł zrealizować latami dawali się wybierać do władz. Normą było przecież, że trzeba coś dla siebie załatwić. Nowa ekipa, m.in. ojciec bohatera z Torwaru, po blisko roku działania, może się pochwalić wywiadami w stylu wczesnego Gierka i szeregiem posunięć o charakterze PR-owskim. Reszta ma być potem…

Na koniec jeszcze kamyk, a raczej spory głaz do własnego, dziennikarskiego ogródka. Dla mnie to zdumiewające, że w trakcie wspomnianej konferencji na Torwarze nikt z obecnych tam nie potrafił się przeciwstawić wybuchowi za stołem prezydialnym. Niestety od dłuższego czasu mam coraz gorsze zdanie o swym środowisku. Na tenisowym akurat poletku fachowość i odpowiednie normy postępowania ludzi mediów skończyły się wraz z pojawieniem się u nas dużych, zawodowych imprez. Resztę załatwił internet, potem wielki biznes i polityka. Tłumy ignorantów na konferencjach, na których dawano dobrze się najeść i napić, infantylne, wywołujące wstyd pytania, żenujące teksty i jeszcze głupsze tytuły. Familiarne relacje z zawodnikami, których potem należałoby czasem zganić, a tu nie wypada, bo to kumpel z takiej, czy innej okazji. Wychowany na znakomitych sprawozdaniach, jakie w „Przeglądzie Sportowym” pisała kiedyś pani Elżbieta Cunge, a potem Adam Choynowski, nie potrafię odnaleźć się w świecie, w którym nieważna jest prawda i fakty, bo o wszystkim decyduje teraz klikalność albo oglądalność. Wciąż mnie zdumiewa bezczelność ludzi, którzy mimo bladego pojęcia o dyscyplinie, mają odwagę o niej pisać, bądź mówić. Czasem w domu, podczas transmisji z turniejów, pieklę się przed telewizorem, cedząc przez zęby, niczym Janowicz, zdania zaczynające się od „a kim Wy do diabła jesteście…” Żona mnie wtedy uspokaja i przypomina, że ja już nie muszę patrzeć na to wszystko dookoła, tak jak dawniej, z pasją i z wielką chęcią naprawiania tego świata. Jako dziennikarski emeryt na szczęście nic już teraz nie muszę…

Karol Stopa