Agnieszka Radwańska w pechowych dla siebie okolicznościach przegrała finał prestiżowego turnieju WTA w Indian Wells. Powiało groteską. Ekspert ze szklanego ekranu widać oczekiwał hucznego wesela. Widział siebie w roli piewcy sukcesu i stracił koncept, gdy się okazało, że musi nagle uderzyć w tony zbliżone do pogrzebowych. U ludzi prasy pojawił się problem metody. Pochwały za cały turniej miały swój sens, lecz nie pasowały już autorom do niedzielnej porażki. Samą kontuzję, tak generalnie, trudno krytykować, zwłaszcza, gdy jest ona następstwem splotu przypadków. Co jednak zrobić wobec urazu zmęczeniowego, który pojawia się przeważnie wtedy, kiedy brak odpowiedniego przygotowania do długotrwałego wysiłku? W miejsce próby zracjonalizowania tego, co się faktycznie wydarzyło na korcie, wydrukowane zostały mniej lub bardziej dokładne opisy przebiegu gry. Absurdalny poziom osiągnęły tradycyjnie dywagacje internetowe. Z jednej strony pojawiły się tam deklaracje, które świadczą o wielkich uczuciach kibiców i ich solidarności z naszą tenisistką. Było też typowe dla fanów bagatelizowanie przegranej, w rytm znanego „Polacy nic się nie stało”. Z drugiej strony niestety znów pojawiła się burza w szambie. Na zawodniczkę bez widocznego powodu kolejny raz wylano kubły pomyj, padły absurdalne wręcz zarzuty o symulowaniu urazu albo o ustawianiu wyniku pod bukmacherów.

„Sukces ma wielu ojców, porażka jest sierotą” – powiedział kiedyś amerykański prezydent, John Fitzgerald Kennedy. Wtedy, w 1961 roku, chodziło mu o sytuację geopolityczną i klęskę w Zatoce Świń. Posłany tam przez niego desant był ważny, bo miał obalić reżim Fidela Castro. W rywalizacji sportowej, szczególnie w naszym kraju, trudno znaleźć drugą taką, równie często występującą zależność. Nastawiamy się dziś przecież niemal tylko i wyłącznie na wielkie wygrane. Wypatrujemy ich pilnie nawet tam, gdzie są one po prostu niemożliwe. Media bez umiaru pompują balon oczekiwań. Jeśli gwarantowany przez wszystkich sukces nie wyjdzie to nieszczęśnik, któremu się nie udało strącany jest od razu w otchłań. Osobliwe dzikie prawo, przejęte od tej strasznej hołoty, która jak tylko podczas meczu piłkarskiego coś nie ułoży się po jej myśli, gotowa zniszczyć pół stadionu albo miasta.

Powszechnie pożądane zwycięstwo i wyklinana zazwyczaj porażka, w rzeczy samej, są ze sobą wyjątkowo mocno powiązane. Trochę tak, jak awers i rewers medalu, jaki jest wręczany, ponieważ w walce prowadzonej na ustalonych wcześniej zasadach – ktoś został pokonany, bo okazał się gorszy od rywala. Wychodząc na kort centralny Wimbledonu i zatrzymując przed ostatnimi już drzwiami tenisiści mogą sobie przeczytać, zawieszone nad ich głowami, fragmenty wspaniałego poematu Rudyarda Kiplinga „If”. W liście do syna ojciec wymienia rozliczne warunki, jakie ten musi spełnić, aby osiągnąć człowieczeństwo oraz dorosłość. Jeden z tych istotnych warunków można również odnieść do świata sportu: „Jeśli potrafisz przyjąć sukces i porażkę, traktując jednakowo oba te złudzenia” (if you can meet with Triumph and Disaster and treat those two impostors just the same). W brytyjskiej tradycji to identyczne traktowanie zarówno tego, który wygrywa, jak i tego przegrywającego, zawsze było niezwykle istotne. Przez długie lata pokonany nie był tam istotą niższego gatunku, do obowiązkowego wyśmiania czy wyszydzenia. Niestety dzikie zwyczaje trafiły ostatnio także do wyspiarzy. Sprzed kilkunastu lat zapamiętałem jednak osobliwą scenę. Była to ranna podróż londyńskim metrem, akurat dzień po bolesnej półfinałowej porażce Tima Henmana. Pasażerowie czytali prasowe relacje. Rozmawiano o wimbledońskim występie tenisisty, na którego tak liczyli, a który znów zawiódł. To były bardzo fachowe wypowiedzi anonimowych dla mnie osób. Wypowiedzi dalekie od potępienia czy nienawiści, ciekawe analizy całych sekwencji z pojedynku, poszukiwanie nadziei na postęp w kolejnym turnieju.

Jedna z naszych śniadaniowych telewizji zaplanowała sobie na rozpoczęcie nowego tygodnia rozmowę o kalifornijskim sukcesie najlepszej z Polek. Autorzy programu, podobnie jak spora grupa rodzimych sympatyków dyscypliny, byli niemal pewni, że Włoszka Flavia Pennetta zostanie pokonana przez krakowiankę w grze o milion dolarów. Ponieważ jednak życie napisało w Indian Wells inny scenariusz, ten fragment programu po prostu został skreślony. Z punktu widzenia interesów stacji decyzja wydaje się niby logiczna. Wątpliwości, i to poważne rodzą się, gdy spojrzymy z szerszej perspektywy. Bo u nas o tych, którzy akurat coś na polu sportowym przegrali, ludzie tak generalnie nie chcą i chyba nawet nie potrafią rozmawiać. Nie ma ani gdzie, ani kiedy uczyć się prowadzenia takich rozmów. Dokładnie tak samo, jak to ma miejsce w przypadku naszego dialogu na inne trudne tematy, np. przemijania, choroby, czy śmierci. Przez cztery lata nieuleczalnej choroby bliskiej mi osoby, aż do jej odejścia, mogłem boleśnie przekonać się, ilu znajomych, przyjaciół, czy nawet członków rodziny nagle się od nas odsunęło, wyraźnie wybrało ucieczkę od nieszczęścia, wolało nie mieć nic wspólnego z taką trudną sytuacją.

I jeszcze jedna ważna uwaga, odnosząca się do Agnieszki. Miałem w przeszłości okazję rozmawiać wielokrotnie o jej grze z różnymi postaciami polskiego środowiska tenisowego. Wszyscy ci ludzie, w końcu sami wielokrotnie wylewający na korcie litry potu, o naszej liderce wyrażali się tylko z uznaniem, czasem wręcz z dumą, mocno doceniając jej wyniki i to, co zrobiła dla dyscypliny. Padała czasem uwaga, odnosząca się do stylu krakowianki, innym razem drobna propozycja dotycząca treningu albo sugestia na temat meczowej taktyki. Wiele razy te rozmowy o konkretnym wygranym, ale i o przegranym spotkaniu były wyjątkowo interesujące. Jedna zależność tam się powtarzała. Im lepszy gracz, tym padały większe słowa uznania dla poczynań naszej tenisistki. A już ci, którzy mieli okazję z nią choć raz odbijać nie przyjmowali żadnej żartobliwej konwencji. „To nie są jakieś tam żarty. Muszę naprawdę solidnie wyciągać nogi, by zdążyć do jej piłek” – powiedział mi kiedyś o treningu z Radwańską były reprezentant kraju, Dawid Olejniczak. Przekonał od razu.

Karol Stopa