W teatrze ze sceny pada zwykle zaskakujące, zapadające w pamięć zdanie. W filmie z reguły wszystko zmierza ku hollywoodzkiej sielance. Nim pojawi się napis „The End” dają nam znać, że bohaterowie powinni odtąd żyć długo i szczęśliwie. Na estradzie obowiązują raczej standardy rewiowe. Schody, jak w Casino de Paris, balet z gigantycznymi piórami, albo wszystkie ręce na pokład, tłum wykonawców zgodnie podryguje w rytm wpadającego w uszy kawałka. Bywa, że jesteśmy w takich sytuacjach zaskakiwani, ale ponieważ scenariusze pisze profesjonalista to głównie na skali jego talentu trzeba szukać szansy odejścia od schematu.

Sport jest na szczęście jedną z tych dziedzin życia, w której niczego nie da się definitywnie przewidzieć. Każdy finał, zwłaszcza finał wieloetapowej, albo wielodniowej rywalizacji to jest wielka niewiadoma. Mądrzy ludzie mówią, że to właśnie największa wartość, jaką niesie ta dziedzina naszego życia. Gdyby było zawsze, jak chcą eksperci, gotowi zadekretować swe oczekiwania i prognozy, albo gdyby rację mieli coraz mocniej zdeterminowani i wyjątkowo czasem nachalni współcześni kibice, to śledzenie tego, co dzieje się na końcu rozgrywki, nie miałoby większego sensu.

Ćwierć wieku minie niebawem, odkąd po raz pierwszy usiadłem na stanowisku telewizyjnego komentatora, ale nie pamiętam wielkoszlemowego meczu finałowego, który jednocześnie byłby widowiskiem tak zaskakującym, co do wyniku, tak marnym w sensie poziomu gry i jednocześnie tak trudnym do oceny, bo przecież toczącym się długimi chwilami w sposób wręcz irracjonalny. Australian Open jest imprezą z wyjątkowo długą tradycją, gdy mowa o zaskakującym składzie finału turnieju mężczyzn. To właśnie w Melbourne te ostatnie mecze kończyły się czasem w zdumiewający sposób. Ostatnie australijskie zwycięstwo, odniesione w 1976 roku przez Marka Edmondsona, kogoś z rankingiem nr 212 ATP, gdy po drugiej stronie stał były lider, słynny John Newcombe, to wyczyn, jakiego w erze tenisa open nikt nigdzie dotąd nie powtórzył.

W czasach trochę nam bliższych tylko dwa razy zdarzyło się coś, co należałoby nazwać dużą niespodzianką. W roku 1998 Marcelo Rios nie wytrzymał presji z Czechem Petrem Kordą. Chilijczyk uważany był wtedy za geniusza rakiety, lecz kilka ważnych egzaminów na korcie oblał, a z życiem pozasportowym do dziś sobie nie radzi. W roku 2002 nocne męsko-damskie uciechy tuż przed finałem kosztowały Marata Safina pewny zdawałoby się tytuł. Rosjanina ograł Szwed Thomas Johansson, tenisista, który wcześniej i później nie wyróżniał się z tłumu. Jeszcze dłuższa jest lista dziwnych jednorazowych finalistów, dla których ostatni mecz okazał się za trudnym wyzwaniem. Nie było niestety żadnych atrakcji, gdy w 1999 roku Szwed Thomas Enqvist wyszedł do gry z Rosjaninem Jewgienijem Kafelnikowem. Bliźniaczo wyglądało to w 2001 i 2003 roku, jak na Amerykanina Andre Agassiego trafiali Francuz Arnaud Clement i Niemiec Rainer Schuettler. Podobnie przebiegały pojedynki Szwajcara Rogera Federera w 2006 z Marcosem Baghdatisem z Cypru i w 2007 z Fernando Gonzalezem z Chile. Rok później Francuz Joe-Wilfried Tsonga, zachwycający po drodze, nie miał nic do powiedzenia w ostatniej grze z Serbem Novakiem Djokoviciem.

Istniały więcej jak poważne obawy, że ta ostatnia historia, sprzed 6 lat, powtórzy się jota w jotę w 2014, a Stanislas Wawrinka zostanie dopisany do długiej listy tych, którzy spalili się w swym pierwszym podejściu do największego tenisowego tytułu. Tymczasem stało się coś, czego nie wymyślił nawet Mats Wilander w półgodzinnej studyjnej rozprawce Eurosportu. Okazało się, że poza kątem nachylenia strun, szybkością rotacji, wariantami taktycznymi, różnymi sposobami nabiegania na piłkę, średnimi statystycznymi, wykresami z komputera i całą tą – jak ja to nazywam – analizą zawartości tenisowego „cukru w cukrze”, na korcie potrafi nagle zdarzyć się coś jeszcze. Coś, co całe to ględzenie przed meczem każe wyrzucić do kosza.

Na rozgrzewce Rafael Nadal, lider rankingu, pierwszy rozstawiony i pewny faworyt do 14-tego wielkiego tytułu, doznał kontuzji dolnego odcinka pleców. Jak opowiadał, zapytany o to wprost przez dziennikarzy (na podium, w trakcie ceremonii nie wspomniał o tym słowem), to był pierwszy sygnał, że z organizmem jest coś nie tak. Podczas pierwszego seta kilka razy przemknęło mi przez głowę, że Hiszpan gra chyba jakoś inaczej niż w półfinale z Federerem, ale wtedy akurat spektakularny tenis tego drugiego dotąd ze Szwajcarów zdecydowanie wybijał się na główny plan. Na początku drugiego seta nastąpiło drugie, mocniejsze tąpnięcie w kręgosłupie. Jak wiadomo przeszywający ból w tej okolicy nie zwiastuje niczego dobrego. To dokładnie była chwila, w której nastąpił koniec normalnego widowiska, a już na pewno czegoś spodziewanego w meczu tej dwójki. Cała reszta idealnie nadaje się na długą rozmowę na kozetce u psychoanalityka. Oceny, jakich zwykle używamy, opisując taki finał, od stanu 2:1 dla Wawrinki w drugim secie przestały mieć jakiekolwiek znaczenie.

Do końca tego II seta Nadal nie serwował już, nie biegał i nie odbijał piłek, tak jak zwykle. Cierpiał i z rozpaczą na twarzy oddawał punkt za punktem. Wawrinka najpierw eksplodował podczas rozmowy z sędzią, gdy domagał się podania mu przyczyn opuszczenia kortu przez rywala. Potem chyba go sparaliżowało, gdy dostał niemal w prezencie drugiego seta i czekał na zrozumiałe w tej sytuacji poddanie, albo na już do końca słabszą grę Rafy. Tymczasem Hiszpan ani myślał zejść z kortu. Na dodatek po zastrzykach przeciwbólowych zaczął odbijać piłki wyraźnie lepiej. U Szwajcara nastąpiła wtedy głęboka, mentalna zapaść. Ktoś zasadnie określił ten stan, jako „skurcz mózgu”. Niewiele zabrakło, aby grający na 45-50 % Rafa doprowadził do piątego seta ze Stanislasem. Ostatecznie skończyło się happy endem dla gracza, który w zaistniałej sytuacji nie miał prawa wypuścić pojedynku z rąk. Jak ocenił pokonany za całokształt Stan zasłużył na tak wielką wygraną. Dla Nadala Melbourne raz jeszcze okazało się „bolesną imprezą”. Temu wielkiemu tenisiście wypada dziś życzyć, aby uraz, jaki się nagle pojawił nie był czymś poważnym. Lekarze i eksperci od dawna ostrzegali, że kończą się fizyczne możliwości herosa z Majorki.  On tymczasem, od powrotu w lutym 2013 roku, zachowywał się, jak ktoś zaprzeczający prawom biologicznym, obowiązującym na ziemi.

Najnowszy ranking ATP to zwyczajnie szok. Pękł mit o wielkiej czwórce, nowi ludzie na bardzo wysokich pozycjach. Czytając przed turniejem prognozy znanego tenisisty, Gillesa Simona, nie przypuszczałem, że aż tak szybko mogą się sprawdzić wszystkie rewolucyjne sugestie Francuza.

Karol Stopa