Na początku listopada była gwiazdą światowego sympozjum trenerów w Meksyku. Nie kojarzono jej dotąd z pracą szkoleniową, ona tymczasem, na potrzeby wykładowców ITF-u, siadła pierwszy raz w życiu na wózek inwalidzki i zagrała z osobą uprawiającą wheelchair tennis. Kilka dni później przez nasze media przewinęła się seria, utrzymanych w sensacyjnym tonie, doniesień na jej temat. Były to głównie przedruki z niemieckiego „Bildu”. Bulwarówka intrygowała czytelników tekstem o gwieździe, która została misjonarką na Mauritiusie. Niewielu wtedy zadało sobie trud i sięgnęło do źródła. Tymczasem prawie miesiąc wcześniej, w magazynowym wydaniu „L’Eguipe”, ukazał się reportaż z tej pięknej wyspy na wschodnim afrykańskim wybrzeżu i długa, szczera rozmowa ze znakomitą tenisistką. Autorką w obu przypadkach była znana we Francji dziennikarka i reporterka, Dominique Bonnot. Autorem zdjęć i filmów, Roberto Frankenberg. Tematem – nowe życie trzeciej kiedyś zawodniczki list światowych, 38-letniej dziś Francuzki, Mary Pierce.

Cała historia złożona jest z dwóch rozdziałów. Pierwszy to droga do wielkich sukcesów. Córka bardzo kontrowersyjnego Amerykanina z kryminalną przeszłością i spokojnej, wręcz flegmatycznej Francuzki. Urodzona w Kanadzie i przez niemal całe życie związana z Florydą. Od kiedy wzięła do ręki rakietę odmieniła życie swoje i rodziny. Opisuje z detalami coraz to twardsze i wyczerpujące treningi, przeskakiwanie kolejnych etapów kariery. Dochodzi na koniec do postaci Nicka Bolletieriego, który swymi metodami potrafił uruchomić w niej to, co miała najlepsze. Pierce, zabijająca każdą nadlatującą piłkę, była, jak się okazało, zawodniczką nieosiągalną dla rywalek. Niszczyła w stylu, jaki potem do perfekcji doprowadziły siostry Williams. Kilka dni po ukończeniu 20. roku życia Mary zdobywa w Melbourne swój pierwszy wielkoszlemowy tytuł. Pięć lat później zostaje mistrzynią Roland Garros. W roku 2005, po serii niepowodzeń i kontuzji, 30-latka gra znów zaczyna grać swój natchniony tenis. Dochodzi do finałów Paryża i Nowego Jorku. Na przestrzeni piętnastu sezonów zalicza sześć wielkoszlemowych finałów. Dwa z nich przynoszą jej te najcenniejsze tytuły.

„Moje życie w tym czasie, od 18 do 25 roku, uważam za wielką katastrofę. To było życie bez sensu i bez celu” – mówi dziś Francuzka. Opisuje scenę, kiedy po ceremoniach i radosnych wywiadach, wraca do pustego hotelowego pokoju. Stawia na stole puchar, przeznaczony dla mistrzyni Australian Open i zaczyna zastanawiać, do czego jest jej potrzebny ten kawałek metalu. Dla mnie opowieść ma znaczenie osobliwe. Z racji obowiązków telewizyjnych w 1995 roku byłem w Melbourne dość blisko szalejącej ze szczęścia triumfatorki i przyznam do głowy mi wtedy nie przyszło, że może istnieć jakiś inny jeszcze wymiar tego zdarzenia. W życiu Pierce takich dwuznaczności było więcej. Zaręczona ze słynnym baseballistą, Roberto Alomarem, w ostatniej chwili zrezygnowała z małżeństwa. Powikłane relacje z ojcem po jego wyjściu z więzienia. Do końca niezbyt czytelnie poukładane związki z krajem ojczystym matki. Ni to Amerykanka, ni to Francuzka. Do dziś Pierce we Francji jest jak te słynne już „motyle w brzuchu”, które sama wywołała, próbując nieudolnie po francusku opowiedzieć o tremie, jaką przeżywała przed paryskim finałem roku 2000.

Rozdział drugi jej życia zaczyna się tam, gdzie osiągnęła ostatnie wielkie wyniki. Po finale Roland Garros 2005 poznała pastora i jego żonę ze wspólnoty „Church Team Ministries”. Zaprosili ją do siebie w odwiedziny, na Mauritius. Pojechała tam na wakacje i doznała olśnienia. Rok później, podczas turnieju WTA w Linzu, ciężka kontuzja kolana właściwie zakończyła jej sportową karierę. Zastanawiając się, co dalej, przypomniała sobie o wyspie i o ludziach, których na niej poznała. Od najmłodszych lat ciekawiło ją mocno to, co dotyczy wszelkich przeżyć duchowych człowieka. Przez matkę została wychowana po katolicku, ale interesowała się niemal wszystkimi religiami, czytała Biblię i książki psychologiczne. W roku 1997 znalazła duchową partnerkę. Od turnieju WTA w Rzymie Amerykanka Linda Harvey-Wild była tą osobą, z którą wspólnie zwiedzała kościoły i organizowała rozmaite religijne spotkania.

Uśmiecha się, kiedy słyszy dziś zarzuty, że zwariowała, jest indoktrynowana, albo dała się podejść ludziom z sekty. Ona uważa, że trafiła w odpowiednie miejsce, w odpowiednim czasie. Spotkała na swojej drodze Boga i to ostatecznie rozwiązało wszystkie jej problemy. Nigdy dotąd nie czuła się lepiej, jak teraz, zarówno fizycznie, jak i mentalnie. Jeśli tylko poprawi się stan jej kolana, czuje się gotowa, by wrócić na kort. Przecież oficjalnie swej kariery nie zakończyła. By nie wyjść z wprawy ćwiczy z dziećmi pastora i lokalną młodzieżą. Na Mauritiusie przebywa od 2008 roku. Na przemian pracuje tam, modli się z grupą zielonoświątkowców, odpoczywa. Nie marzy o powrocie do tenisa, ale jeśli taki będzie boski plan, kto wie. Wszystko w życiu zdarza się – jej zdaniem – po coś. Nie ma zdarzeń bezsensownych i niepotrzebnych. Pogodzona z przeszłością, ufna w przyszłość, spełniona i szczęśliwa wychodzi teraz na spotkanie ze światem wielka ongiś tenisowa gwiazda, Mary Pierce.

Nie potrafię i nie chcę szukać tłumaczenia opisanej sytuacji. Każdy człowiek ma prawo do własnej prawdy i do własnego szczęścia, z kolei strywializować lub wykpić takie postawy jest zdecydowanie najłatwiej. Wiem, że Pierce nie jest pierwszą wybitną postacią tenisa, która po zakończeniu kariery sportowej szuka ciągu dalszego w religii. Australijka, Margareth Smith Court, albo Amerykanka, Andrea Jaeger to przykładowo dwie panie, które wcześniej poszły drogą Francuzki. Czasem mam wrażenie, że wielkich emocji z kortu nie da się u niektórych wygasić przez samo tylko odstawienie rakiety do kąta.

Karol Stopa