Maria SzarapowaZakręciła się trenerska karuzela. W trakcie jednego tygodnia dowiedzieliśmy się, że zdolna Amerykanka, Sloane Stephens, związała swe losy z Paulem Annacone, dawnym opiekunem Peta Samprasa, a ostatnio Rogera Federera. Brytyjska gwiazda, Laura Robson, po kilku personalnych przymiarkach i po zaawansowanych negocjacjach z Markiem Woodfordem, zerwanych z powodu zbyt wysokich żądań finansowych Australijczyka, zdecydowała się na rozwiązanie tymczasowe. Opieka o charakterze konsultacji ze strony cenionego w branży  Nicka Saviano, sparringi i wspólne wyjazdy na turnieje w towarzystwie Jesse Wittena, który niedawno zakończył karierę.

Dziwoląg układu tkwi w tym, że z pomocy obu Amerykanów korzysta też najbliższa przyjaciółka Laury, Eugenie Bouchard z Kanady. Główny szlagier to naturalnie ruch Marii Szarapowej. Jej głównym trenerem został Holender, Sven Groeneveld. Szkoleniowiec ten od lat jest uważany za ścisłą światową elitę, a po zakończeniu współpracy z teamem Adidasa za kulisami trwał bój o nawiązanie z nim współpracy. Rosjanka przebiła wszystkich. Niewykluczone, że był to ruch od dawana zaplanowany, bo poprzedni coach Marii, Szwed Thomas Hoegstedt, nie osiadł – jak zapowiadał – w domowych pieleszach, lecz wylądował w obozie Caroline Wozniacki. Z ławki trenerskiej Dunki ma zniknąć definitywnie tata Piotr. W kategoriach niespodzianki przyjęto też informację, że Ana Ivanovic ostatecznie niczego w swym zespole nie zmienia. Po tym, jak Brytyjczyk Nigel Sears wykoślawił i jej grę, i sylwetkę, można przyjąć już tylko plan powrotu do normalności. Zadania podjęli się wcześniej trzej mało dotąd znani rodacy Serbki. Teraz sparring-partner Nemanja Kontic został głównym trenerem, a dwójka Zlatko Novkovic i Branko Peric będzie nadal odpowiadać za kondycję i fizjologię.

Cztery miesiące temu, inspirowany rozstaniem Szarapowej z Hogstedtem opisałem dokładnie („Z ciucholandu”), co mi gra w duszy, kiedy słyszę o tego rodzaju szkoleniowych roszadach. Temat jest bodaj tak stary, jak instytucja specjalnie opłacanego trenera, a postać taka zjawiła się na korcie wraz z pieniędzmi, jakie przyniosła 45 lat temu era open. Początkowo były to kwoty symboliczne i taki charakter miały pierwsze modyfikacje na ławce. Dziś bez umiaru szasta się milionami, więc trudno oczekiwać, że gospodarni i rozsądni będą, obdarzani taką kasą, młodzi ludzie. Grono międzynarodowych ekspertów dawno już machnęło ręką na ten problem. Na zasadzie: a kto teraz bogatemu zabroni. Ludzie sami podróżujący po turniejach, zaglądający za kulisy rozgrywek i potem opisujący ciekawsze zjawiska, wiedzą doskonale, jak słabym warsztatem posługuje się wielu potencjalnych kandydatów na nauczycieli gry, a jednocześnie jak niechętni wszelkim zmianom są zwykle sami grający. Weryfikacja na linii coach – zawodnik następuje zazwyczaj bardzo szybko. Gdy jest negatywna zwykle jedynym wyjściem jest doprowadzenie do kolejnej roszady.

Na blogu dziennikarza tenisowego, Matthew Cronina, czytam o lawinie zmian trenerskich w WTA. Niemal same fakty, kilka ciekawostek, żadnego wniosku. Jedyna przygana, jaka się pojawia to porównanie do zjawisk, znanych Amerykaninowi z zawodowej ligi baseballowej. W swoim lipcowym tekście sugeruję wtargnięcie na korty obyczajów znanych dotąd z boisk piłkarskich. Za turniejową porażkę najłatwiej jest obwinić trenera, którego się zwalnia i bierze następnego. Bywa, że to akurat trafna diagnoza i właściwy ruch, ale generalnie ten styl i taki pośpiech jest wyjątkowo niewskazany w tenisie. Jest to dyscyplina, która premiuje szybkość i efektowne przyspieszenia, ale jej podstawą są najpierw utrwalone nawyki. O jakości każdego uderzenia decyduje w pierwszym rzędzie dobrze wyuczona powtarzalność. Modyfikacje, albo zmiany muszą być przemyślane. W żadnym wypadku nie wolno ich dokonywać pochopnie. A wciąż nowi opiekunowie, chcąc się popisać, zwykle próbują przeróbek na siłę i tak naprawdę demontują fundament, na jakim oparta jest cała konstrukcja.

Osobiście uważam, że zmiana trenera, szczególnie dokonana przez doświadczonego gracza, po kilku sezonach wspólnej pracy, jest czymś naturalnym. Czasem jest wręcz niezbędna, by można było jeszcze mówić o postępie. Inaczej wygląda sytuacja z tenisową młodzieżą. Alarm powinien się obowiązkowo włączyć w przypadku początkujących gwiazdek, które skaczą z kwiatka na kwiatek, zaś w trakcie roku zaliczają współpracę z paroma szkoleniowcami. To zwykle prowadzi do sportowej katastrofy. Tydzień zmian trenerskich, tak mocno niepokojący moich amerykańskich kolegów, dla mnie akurat nie jest niczym zaskakującym. W piłce nożnej operuje się pojęciem „okna” na określenie czasu, kiedy rozmaite zmiany – tam chodzi głównie o transfery zawodników – są dozwolone, a nieraz wręcz pożądane. W wyczynowym tenisie takie „okno” to jest właśnie listopad i grudzień. Bardzo krótki czas poza turniejami, gdy można wszystkie swe sprawy uporządkować, dokonać odpowiednich zmian, przygotować formę na nowy sezon w inny sposób. A czy będzie to modyfikacja właściwa, pokaże czas. Nam nie wolno zapominać, że są to za każdym razem decyzje szefów jednoosobowych firm. Podejmowane na ich ryzyko i za ich pieniądze.

Karol Stopa