Austria od lat uważana jest za kraj narciarzy. Nad pięknym, modrym Dunajem ludzie chętnie wiwatują po zwycięstwach alpejczyków, po cichu marzą jednak o sukcesie w którymś ze sportów globalnych. Kiedyś taką postacią był w Austrii Thomas Muster. Mistrz Roland Garros 1995, lider rankingu ATP, tenisista wyróżniający się nadludzką wydolnością. Nie poszli w jego ślady ani Stefan Koubek, ani Jurgen Melzer. Teraz na horyzoncie coraz jaśniej zaczyna świecić nowa gwiazda. Nazywa się Dominic Thiem. We wrześniu skończył 20 lat. Do granicy pierwszej setki brak już tylko 22 lokat. Ćwierćfinały w Kitzbuehel i wiedeńskiej Stadthalle, seria doskonałych wyników we futuresach i challengerach, kilka spektakularnych zwycięstw, dały mu skok w górę w trakcie jednego sezonu o blisko 200 miejsc. Cztery lata temu chłopca z Wiener Neustadt wypatrzył Ivan Lendl. Dzięki jego rekomendacji długi i bardzo korzystny kontrakt zaproponował „Adidas”. Od ośmiu lat z młodym tenisistą ćwiczy dawny coach Borisa Beckera, 52-letni dziś Gunther Bresnik.

Prawdziwy przełom w karierze Thiema nastąpił jednak dopiero podczas ostatnich Świąt Bożego Narodzenia. Bresnik od lat powtarza, że najważniejszym elementem, decydującym o sukcesie w zawodowym tenisie, jest odporność gracza na zmęczenie i stres. Dlatego od początku szukał dla Thiema przede wszystkim odpowiedniego trenera przygotowania fizycznego. Omal nie dopiął targu ze słynnym Pierre Paganinim, członkiem teamu Rogera Federera. Późną jesienią 2012 spotkał starszego o 8 lat kolegę. Przyprowadził go podstępem na trening chłopaka. Znajomy po 10 minutach patrzenia wyszedł z hali. „Gunther, wiem już wszystko. Od bioder do góry on jest fantastyczny. Od bioder w dół jest zerem. Jeśli chcesz, mogę się nim zająć”.

Dla kogoś z boku współpraca, jaka się wtedy rozpoczęła, mogła wyglądać na dziennikarski żart. Utalentowany junior, a z drugiej strony 60-letni Sepp Resnik, jedna z niezwykłych postaci austriackiego sportu. Ktoś, kto za młodu uprawiał gimnastykę, potem piłkę nożną, judo, lekkoatletykę, pięciobój nowoczesny, potem błyszczał na Hawajach w triathlonie dla żelaznych ludzi, startował w super-maratonach, organizował dalekie wyprawy na rowerze, był wszędzie tam, gdzie można przekroczyć granice ludzkiej wytrzymałości. Na pierwszym, marcowym treningu, panowie biegali sobie wzdłuż kanału w rodzinnej miejscowości Dominika. Młodszy zaproponował, by ruszyć na drugą stronę, bo tam więcej słońca. Starszy ofertę przyjął i za chwilę, w slipkach, wszedł do lodowatej wody, trzymając ubranie nad głową. Zdumiony partner najpierw mamrotał coś o moście, potem zrozumiał, że musi pójść w ślady trenera. Zwłaszcza, że ten go już ostro poganiał, ostrzegając, że nie zamierza czekać zbyt długo…

To, co nastąpiło w kolejnych miesiącach, w szczególności rodzaje zajęć i ich pora, nie mieści się żadnym znanym kanonie tenisowego treningu. Resnik nienawidzi nowoczesnych sal i tych wszystkich monitorowanych, oryginalnych urządzeń do pracy nad przygotowaniem ogólnym. Przyjaciel dał mu do dyspozycji połowę doliny w pobliżu Gutenstein, w Dolnej Austrii. Domek myśliwski, wokół lasy, strumienie, głusza. Mnóstwo przestrzeni i nikogo wokół. Raj dla kogoś, kto umie wymyślić najbardziej nieprawdopodobne obciążenia z ważącymi po 25 kg klocami drewna, kto marszobiegi zaczyna o północy, a kończy o szóstej nad ranem. Sepp bardzo często wraca do rad swojego trenera sprzed 40 lat, który uważał, że sen, regeneracja, odpoczynek i wygody nie są dla człowieka najważniejsze. Trzeba umieć przetrwać, przeżyć to, co najgorsze. Sam pochłaniał książki wojenne. Obrona Stalingradu, wyprawy alpinistów, „Archipelag Gułag” Sołżenicyna to był świat jego wartości. Dziś stara się do niego przekonać Thiema.

Ojciec tenisisty i trener Bresnik wiedzą, że Sepp zachowuje się czasem jak szaleniec, ale obaj są zdania, że w tym jego szaleństwie jest ukryty głęboki sens. „Tenis to getto. Zamknięty świat idiotów, na każdym kroku powtarzających to samo. Dominic, jako jeden z nich, drogą normalną nie ma szans na sukces. Do nadzwyczajnych celów trzeba nadzwyczajnych metod. Żeby sięgnąć po te wiśnie na torcie koniecznie musi skorzystać z doświadczeń innych dyscyplin, umiejętnie przenieść je na kort. Czasem trzeba przyjąć coś z innych kultur, a innym razem zajrzeć w głąb swego ciała” – tłumaczy Resnik. Uczy chłopaka koncentracji i wyzwalania emocji. Któregoś dnia obudził go o północy i kazał przez 45 minut, w pozycji bez ruchu przy stole, patrzeć w jeden punkt. W dniu 60-tych urodzin trenera Dominic grał we włoskim Este finał futuresa. Wychodząc na kort wrzasnął: „Happy Birthday, Sepp” i w kawałki roztrzaskał rakietę, przygotowaną do gry. Resnik oszalał ze szczęścia. Podopieczny, chłopak z dobrego domu, grzeczny i poukładany, nigdy w życiu nie zrobił dotąd czegoś takiego. Teraz nagle, na znak dany z ławki, potrafi się na korcie zmienić w dziką bestię, gotów jest skoczyć rywalowi do gardła.

Umówili się, że przez pierwszy rok, ten obecny, 2013, Resnik będzie pracował z Thiemem za darmo. Trener sam zapłaci za podróże, za swoje jedzenie, za nocleg. Jedyny jego warunek dotyczył punktualności. „Jak spóźnisz się raz, choćby jedną minutę, odchodzę i nigdy nie wrócę”. Stefan Wagner, dziennikarz, który na łamach austriackiego magazynu „Fleisch” opisał i ozdobił zdjęciami całą tę niesamowitą historię, z jednej strony nie potrafi ukryć swego entuzjazmu do obu postaci. Z drugiej także i u niego wyczuwa się niepewność, co do tego, jaki będzie ciąg dalszy. Sepp niedawno pierwszy raz w życiu został właścicielem telefonu komórkowego. Tylko po to, by – jak sam zaznacza – „być cały czas w zasięgu Dominica”. Jednocześnie wiadomo, że Resnik, który od roku jest na oficjalnej emeryturze, przygotował sobie wyprawę w 80 dni rowerem dookoła świata. Młody tenisista chwilowo wstrzymał mu realizację tego planu. „Opóźnienia nie żałuję – mówi. – Pracując z Thiemem czuję się, jakbym swoje życie przeżywał na nowo. Wróciłem do zdarzeń sprzed 40 i 50 lat”.

Karol Stopa