73-letni Jean-Paul Loth ma opinię jednego z największych autorytetów francuskiego tenisa. Niezły kiedyś gracz, potem przez siedem lat (1980-87) kapitan trójkolorowych w Pucharze Davisa. Kandydował w 2005 r. do fotela prezydenta FFT, lecz przegrał wybory. Człowiek, który go pokonał, Christian Bimes, dziś ma w sądzie sprawę o malwersacje. Wtedy, w ramach zemsty, próbował rywalowi zablokować dostęp do mikrofonu. Loth od lat jest komentatorem tenisa we francuskiej telewizji. Zaczynał w 1988 roku w stacji TF1. Podczas tegorocznego Australian Open z jego wiedzy i analiz korzystał Eurosport. Zawsze chętnie zapraszany do studia, bo wszyscy nad Sekwaną wiedzą, że ma oryginalne spojrzenie i ciekawe poglądy. Znajomy z Marsylii pisze mi, że dwa dni temu, podczas podsumowania rzymskiego turnieju ATP i WTA, Loth odniósł się do niektórych obyczajów, które się rozpleniły w tenisie: „Jean-Paul mówił w studio, że coraz mniej podobają mu się wszystkie zabawy grających z ręcznikiem. Jego zdaniem, co najmniej nieelegancko wygląda na korcie to nieustane wycieranie się. Po twarzy, po rękach, po głowie, po nogach. Przed odbiciem piłki i po rozegraniu akcji”.

Problem sygnalizowałem w tej rubryce pół rok temu. Z kolegą, który nie jest szczególnym fanem dyscypliny, patrzyliśmy sobie na mecz dwóch Chinek w wielkim turnieju WTA w Pekinie. Relację, co i rusz, przerywała wciąż ta sama scenka. Li Na, gwiazda kobiecego tenisa, po każdym rozegranym punkcie z dziwną miną na twarzy wykonywała ręką ruch, typowy dla samochodowych wycieraczek. Kolega początkowo myślał, że zawodniczce coś się stało. Dopiero po kolejnej powtórce pojął, że to swoisty sposób żądania ręcznika. Po meczu usłyszałem od niego pytanie, na które do dziś nie potrafię udzielić odpowiedzi. Czemu pojedynki tenisowe zamieniły się współcześnie w publiczny ceremoniał łazienkowy? Przecież w większości indywidualnych dyscyplin sportu przepisy wyraźnie regulują czas przerwy i rytuałów, wykonywanych przy pomocy ręcznika.

Czy młodzi ludzie od podawania piłek, aby na pewno tym się głównie zajmują? – pytał wtedy kolega z ironicznym uśmiechem na twarzy. Oglądając telewizyjne relacje można dojść do wniosku, że na końcu kortu i obok siatki stają młode osoby, zajmujące się w pierwszym rzędzie dostarczaniem ręczników. Normą stały się wielkopańskie gesty grających. Rzut ręcznikiem za plecy bez patrzenia, czy stoi tam osoba, która go złapie. Gdy ręcznik odpowiednio szybko nie znajdzie się w polu widzenia tenisisty, albo nie ma komu go oddać, poprawność zachowań gracza potrafi pęknąć niczym bańka mydlana. Dla osoby z boku irytujące mogą być manewry służące temu, by na kort zabrać koniecznie coś do otarcia twarzy, a nie tylko rakietę. To zrozumiałe, że zmęczony zawodnik w trzeciej, czy czwartej godzinie gry, odczuwa potrzebę usunięcia potu z twarzy, albo rąk. Te same zabiegi, powtarzane z maniakalną dokładnością już od pierwszej odbitej piłki, potrafią wielu patrzących autentycznie zirytować.

Oglądając kiedyś relacje filmowe z pierwszych powojennych turniejów na Wimbledonie odkryłem ze zdumieniem, że gracze odpoczywali wówczas w przerwie na stojąco. Na korcie nie było żadnych krzesełek, ławek czy foteli. Nie zauważyłem też władczych gestów, oznaczających prośby o ręcznik. W trakcie gema widoczny był trawiasty kort, własna rakieta, piłka i przeciwnik po drugiej stronie. Nie da się zaprzeczyć, że tenis współczesny jest o wiele bardziej wyczerpujący niż ten powojenny, a na korcie trzeba wylać więcej litrów potu. Czy jednak czasem w ułatwianiu życia grającym nie poszliśmy trochę za daleko. Zdmuchiwanie pyłków spod stóp gwiazd, które zarabiają ciężkie miliony, może wkrótce oznaczać zabójczą dla dyscypliny przesadę.

Są takie zawodowe turnieje, np. WTA w Linzu, podczas których organizatorzy, co pewien czas podają na ekranie dość szokujące informacje. Dowiadujemy się, że mecz trwa już od godziny, ale czystego tenisa, czyli odbijania piłki, było tam zaledwie pięć, albo dziesięć minut. Z tych wyliczeń wynika jasno, że tego, na co ludzie najbardziej czekają na trybunach, albo przed telewizorami, ubywa niestety systematycznie. Coraz mniej mamy czystej walki, za to coraz więcej wycierania się ręcznikiem, przechadzania po korcie, poprawiania ubioru i wszelakich dziwnych zachowań. Stosowne kroki podjęło ATP, które przy pomocy reguły 25 sekund, rygorystycznie odmierzanych pomiędzy punktami, próbuje przywrócić naturalność. Tenisiści wiedzą o tej zasadzie, przyjęli ją do wiadomości, słyszą przypomnienie przed każdym pojedynkiem, a potem tłumaczą się jak dzieci ze zbyt długich przerw i kłócą z sędziami. W turniejach WTA oraz na poziomie ITF-u poszukiwania jakichś rozwiązań na razie trwają.

Niewykluczone, że organizatorzy turniejów zostaną niebawem zmuszeni, by poważniej zająć się problemem. Rodzice dzieci, jakie zaangażowano do pracy przy podawaniu piłek podczas tegorocznego Roland Garros, wystosowali specjalny apel do szefów imprezy. Przypominają w nim, że umowa dotyczy podawania na korcie piłek, a nie ręczników. W Rzymie, także i na wielu innych turniejach, coraz częściej widzimy rozmaite drobne konflikty. 12-letni chłopak czy dziewczyna czasem autentycznie nie rozumie, albo nie wie, czego chce rozdrażniony mistrz rakiety, dlaczego warczy pod nosem w kierunku dziecka. „Nie godzimy się na to, by nasze córki czy synowie występowali na kortach w roli służących (esclave)” – napisali poirytowani rodzice. Jean-Paul Loth wsparł mocno tę inicjatywę, bo uważa, że mamy w zawodowym tenisie ostatni moment na zatrzymanie, albo przynajmniej ograniczenie złych tendencji.

Karol Stopa