Kilka dni temu amerykański światek tenisa przypomniał nam o smutnej rocznicy. W dniu 30 kwietnia 1993 roku, na korcie centralnym w Hamburgu, podczas ćwierćfinału Bułgarki Magdaleny Malejewej z Monicą Seles, wtedy jeszcze Jugosłowianką pochodzenia serbsko-węgierskiego, w roli głównej wystąpił nagle człowiek, nazwany przez niemieckie tabloidy „obsesyjnym fanem Steffi Graf”. Po siódmym gemie drugiego seta brutalnie zaatakował 19-letnią liderkę kobiecego tenisa. Ugodził nożem w plecy i doprowadził do jej zniknięcia z rozgrywek na ponad dwa lata.

Przez dwa sezony, 1991 i 1992, młodziutka Seles zdobywała po trzy wielkoszlemowe trofea. Obca była dla niej wtedy tylko trawa Wimbledonu. Pechowy rok 1993 otworzyła sukcesem w Australian Open. Po efektownym finale z Graf wzbogaciła kolekcję o swój ósmy z tych największych tytułów. Eksperci mówili, że zostanie następną po Niemce postacią, sięgającą po klasycznego wielkiego szlema. Szaleniec z nożem zmienił jednak bieg tenisowej historii. Po powrocie Monica zaliczyła na kortach trzynaście sezonów, wygrała raz jeszcze Melbourne, triumfowała w kilku imprezach, ale nie odzyskała pozycji, zajmowanej w kobiecym tenisie wcześniej.

Po upływie 20 lat znani eksperci i dziennikarze, szczególnie ci z USA, pochylają się dziś głównie nad losem samej tenisistki. Zastanawiają, ile tytułów Monice uciekło oraz jakiej pozycji w historii dyscypliny ostatecznie nie zajęła. Dwie byłe gwiazdy, Martina Navratilova i Mary-Joe Fernandez z powagą twierdzą, że gdyby nie Hamburg Seles osiągnęłaby łatwo status GOAT (skrót od „greatest of all the times”), czyli zawodniczki wszechczasów. Znane tenisistki zwracają też uwagę na brak serdeczniejszej reakcji ze strony Graf na całe zdarzenie. Navratilova artykułuje zarzut, że Niemka w istocie skorzystała z nieszczęścia koleżanki, bo lista jej rekordów byłaby zapewne dużo krótsza, gdyby Monica nie miała takiej przerwy i takich przeżyć. Jak wiadomo rok po Hamburgu Seles otrzymała oficjalnie obywatelstwo amerykańskie i odtąd, już choćby z tego tytułu, jest trochę inaczej postrzegana przez tenisowe środowisko w swym nowym kraju. W Europie, z której pochodzi, pechowej daty raczej nikt nie przypominał. Za Oceanem zrobiły to niemal wszystkie liczące się tytuły.

Ogromny dramat młodej dziewczyny wchodzącej w świat dorosłych, załamanie jednej z niezwykłych sportowych karier, do tego krzycząca niesprawiedliwość, bo sprawca czynu, jako niepoczytalny, uniknął jakiejkolwiek kary – pod takim kątem przypominano w Stanach historię Seles najczęściej. Poza tym wątkiem czysto ludzkim tragedia z Hamburga odcisnęła swe piętno także i na całej dyscyplinie. W turniejach WTA zastopowała na kilka lat – aż do Lindsay Davenport, a potem sióstr Sereny i Venus Williams – zwycięski pochód gry, którą zwykliśmy nazywać siłową. Steffi Graf i jej legendarne poprzedniczki fascynowały świat techniką odbić, płynnością, elegancją poruszania się po korcie, niebywałą regularnością. Monica Seles, a w ślad za nią, po latach, następne, młodsze zawodniczki, zaproponowały grę opartą na ogromnej sile uderzeń, bez szczególnego zwracania uwagi na precyzję wykonania. Do głosu doszło słynne hasło z akademii Nicka Bolletieriego: „play for winner”. Innymi słowy: uderzaj tak, by skończyć, zabij piłkę za wszelką cenę, nawet jakbyś miał ją za chwilę zepsuć.

Okazało się nagle, że można się wcale tak nadzwyczajnie po korcie nie poruszać, bo wystarczy jak zawodnik posiada argumenty w postaci oburęcznego odbicia z obu stron. To wówczas pojawiły się te rozdzierające, tak dziś mocno irytujące odgłosy, wydawane przez zawodniczki po każdym uderzeniu. Pod koniec lat 80-tych świat eleganckich dam z rakietami przeżył szok, gdy 15-latka o kanciastych ruchach, z wyraźnymi brakami w koordynacji, za to tłukąca na odlew w każdą nadlatującą piłkę zaczęła niszczyć na korcie niekwestionowane dotąd liderki tego sportu. Nie ma wątpliwości, że to ona właśnie była inspiracją dla tych, które się zjawiły za kolejnych 10 lat, czyli większości gwiazd współczesnych.

Atak nożownika Guenthera Parche na odpoczywającą w przerwie zawodniczkę miał także szereg konsekwencji o charakterze czysto porządkowym. Od tego zdarzenia nie ma już meczów tenisowych, które by mogły dojść do skutku bez czujnej opieki armii ochroniarzy. Kontrole znane z lotnisk przeniosły się dziś także na areny sportowe, ludzie ze służb zaczynają być ważniejsi od tych, których postrzegamy, jako głównych bohaterów spektakli na korcie. Aby uchronić tenisowych idoli przed wybrykami kolejnych szaleńców zamknięto ich pod kloszem, odcięto od niemal wszystkich kontaktów z publicznością. Przedstawienie trwa nadal, lecz dekoracje zmieniono i aktorzy zachowują się teraz inaczej. Wielu z nich chyba już zrozumiało, że w życiu jest kilka spraw ważniejszych niż tłuczenie z całej siły w każdą nadlatującą piłkę.

Karol Stopa