Serena Williams została w tym roku mistrzynią Wimbledonu, triumfowała w US Open, zdobyła olimpijskie złoto w singlu i deblu, w Stambule zdominowała prestiżowe WTA Championships, a po drodze powiększyła turniejową kolekcję o trzy tytuły Premier WTA: w Charleston, Madrycie i Stanford. O paradoksie za mało, by móc zamknąć sezon jako nr 1. Doświadczenie i logika podpowiadają, że działacze ITF podejmą za chwilę kuriozalną decyzję i tytuł tenisowej mistrzyni świata 2012 przyznają tej, która w końcowej klasyfikacji jest…dopiero trzecia!! Z drugiej strony nie powinno to dziwić, bo skala tegorocznych dokonań Amerykanki, zwłaszcza liczba i rozmiary jej zwycięstw nad nr 1 Wiktorią Azarenką (bilans 5:0, przegrany tylko jeden set) oraz nr 2 Marią Szarapową (bilans 3:0, oddane 12 gemów), nie zostawiają złudzeń, która z nich trzech była faktycznie najlepsza na korcie.

Jak sobie przypomnieć wszystkie zastrzeżenia, jakie przez dwa ostatnie lata zgłaszano pod adresem Karoliny Woźniackiej w roli liderki cyklu, można mówić teraz o innej jakości. Ta nowa gwiazda, tenisistka z Mińska, w pierwszej części sezonu wyraźnie dominowała nad resztą pań. Zagrała bardzo dobrze we wszystkich turniejach ważnych i zdobyła w Melbourne swój pierwszy wielkoszlemowy tytuł. To koronny argument, by uzasadniać obecność Białorusinki na tenisowym tronie. Wydaje się dziś, że jej nazwisko na szczycie listy na koniec roku nie drażni aż tak mocno, jak to miało miejsce w 2010 i w 2011 roku w przypadku Dunki. Z drugiej strony ludzie są nadal nie przekonani do zasad obowiązującego rankingu WTA i wciąż nie zaakceptowali tego systemu.

Zaraz po ostatnich piłkach finału w Stambule można było usłyszeć pierwsze głosy krytyczne. Francuz Patrick Muratoglu, aktualny coach, a jednocześnie bliski przyjaciel Sereny Williams, powiedział dziennikarzowi Reutersa: „Dla mnie to zaskakujące. Dwa wielkoszlemowe tytuły, igrzyska, Madryt, teraz te mistrzostwa, a miejsce dopiero trzecie. W tym systemie jest błąd i ktoś odpowiedzialny powinien go szybko znaleźć”. Konieczność przeanalizowania punktacji zgłaszało i zgłasza więcej osób, niekoniecznie zaangażowanych po stronie którejś z zawodniczek. Ponieważ nie wymaga to metod naukowych trzeba ustalić właściwą proporcję pomiędzy premiowaniem pań, pracowicie wypełniających zobowiązania kalendarzowe i zaliczających potrzebne 16 startów, a sowitym nagradzaniem tych, które grają najlepiej w turniejach największych. Dziś – jak się okazuje – liczba punktów za zwycięstwo w wielkim szlemie w dalszym ciągu jest za mała w stosunku do tego, co można wywalczyć, zwłaszcza w imprezach WTA z grupy Premier.

Nie jest żadną tajemnicą, że Melbourne, Paryż, Londyn i Nowy Jork to turnieje, na jakie zwraca uwagę bez przesady cały świat. To przy nich aktywizują się kibice, których na co dzień tenis nie obchodzi. Zarządza tymi wielkimi przedsięwzięciami Międzynarodowa Federacja Tenisowa, ciało będące od lat w wyraźnej opozycji do władz zawodowych rozgrywek. W tej sytuacji nie powinno dziwić, że szefowie WTA korzystają z każdej okazji – również tej, jaką jest tworzenie skali punktowej – by nadać swoim cotygodniowym turniejom jak największe znaczenie. Jak gdzieś przeholują to mamy potem do czynienia z przesadnym nagradzaniem pań ciułających punkty, albo ze zwichnięciem proporcji.

Problem ma już dość długą brodę i regularnie jest wywoływany na koniec ostatnich sezonów. Trudno dalej udawać, że nie istnieje, albo sprytnie go obchodzić. Jeśli energiczna i przesadnie pewna siebie szefowa WTA, Kanadyjka Stacey Allaster nie usiądzie do stołu ze sternikiem ITF, Włochem Francesco Ricci-Bittim to za kilka lat historycy dyscypliny będę mieli używanie przy opisywaniu tak kuriozalnych sytuacji jak ta tegoroczna. Serena Williams, grając przez cały rok naprawdę dużo, zaliczyła jeden z najlepszych sezonów w historii tenisa, ale na koniec roku wyprzedziły ją Białorusinka i Rosjanka. Obie wprawdzie niemiłosiernie ogrywane przez amerykańską gwiazdę, ale za to występujące wszędzie tam, gdzie życzy sobie kanadyjska pani prezydent.

Karol Stopa